- Nie - powiedział spokojnie. - Po prostu wiem zawsze to co potrzebuję wiedzieć. A teraz ruszajmy w dalszą drogę, proszę! Oboje potrzebujemy czystego odzienia, odrobiny odpoczynku... i szklanki chłodnego wina!
Rozdział DZIEWIĄTY
LEKARZ Z BIZANCJUM
Dom greckiego lekarza wznosił się w pewnej odległości od miasteczka Fiesole, na końcu alei cyprysów, tworzących wokół przybywającego dwie ściany zieleni. Zbudowany dwa wieki wcześniej, podczas bratobójczych walk gwel-fów i gibelinów, był niewielkim kasztelem, niegdyś zapewne wzmacniającym obronność starożytnego etruskiego miasta. Miał wysokie, czerwonawe mury, których blanki osłonięto rozległym, lekko spadzistym dachem. Czworokątna wieża, również przykryta dachem, podkreślała obronny charakter budowli, lecz otaczające dom ogrody w niczym nie ustępowały zieleni w najbogatszych posiadłościach i łagodziły surowy wygląd starych murów, czyniąc je wręcz przyjemnymi.
Wielkie pnie, u stóp których leniwie sączyło się źródełko, ocieniały duży, kwadratowy zbiornik i tworzyły oazę spokoju. Na jej terytorium swobodnie rozrastały się rzędy oleandrów i drzew bobkowych, krzewy dzikiej róży, wielkie niebieskie i czarne irysy, kępy lawendy, duże białe piwonie, granaty o purpurowych kwiatach, drzewa cytrynowe i pomarańczowe w wielkich donicach z czerwonej gliny. Na rozległych grządkach, otoczonych sznurami bukszpanu, uprawiano wszelkie rośliny lecznicze i zioła potrzebne lekarzowi. Rosły tam również drzewa owocowe: czereśnie, śliwy, grusze. Za niewielkim wzgórzem położony był duży warzywnik, dochodzący aż do zabudowań sąsiedniej fermy. Na zapleczu domu, w cieniu starej, lecz jeszcze bujnej winorośli, znajdował się rodzaj tarasu, utworzonego z dawnego muru. Taki był dom, który Demetrios zawdzięczał hojności Lorenza.
- Jako jego lekarz mam także pokój w pałacu na via Larga, i w innych rezydencjach, lecz Wspaniały wie, że lubię swobodę i życie na uboczu. Dlatego dał mi ten dom. Nie jest wystarczająco wielki ani piękny, by budzić pożądliwość, ale czuję się w nim dobrze i pracuję w spokoju, tym bardziej że tutejsi ludzie wyrobili mi opinię czarownika i trzymają się z daleka. Prawdą jest, że na krańcu mojego ogrodu znajduje się droga prowadząca do Fontelucente...
Fiora nie potrzebowała wyjaśnień na ten temat. Jak wszyscy okoliczni mieszkańcy, wiedziała, że groty w Fontelucente udzielały schronienia wspólnocie czarowników, równie sławnej jak ta z Norcji koło Spoleto. Beltrami nigdy nie pozwalał swej córce udawać się na spacer w tamtym niebezpiecznym kierunku. Nie znała więc domu Demetrio-sa, choć nie był on odległy od willi Beltramiego.
Jakiś mężczyzna otworzył przed podróżnymi ciężką bramę nabijaną żelaznymi, zardzewiałymi ćwiekami. Był tak samo niski i krępy jak Demetrios był nadmiernie wysoki i chudy. Miał kwadratową, wyrażającą odwagę twarz o złamanym nosie, grubą szyję, potężne ramiona, mocno zarysowane usta. Był znacznie młodszy od swego pana, i mógł mieć trzydzieści pięć lat. Czarne, sztywne i rzadkie włosy dopełniały obrazu postaci, która powitała ich radośnie, z równie widoczną ulgą:
- Myślałem, że nigdy nie wrócisz, panie! - powiedział. -Jego wysokość Lorenzo przysyłał po ciebie dwukrotnie...
- Co odpowiedziałeś?
- To co kazałeś: że pojechałeś do Prato, by tam dotknąć Świętej Przepaski balsamem, który zrobiłeś na bóle krzyża madonny Lukrecji, matki jego wysokości...
- A za drugim razem?
- Że jeszcze nie wróciłeś...
- Doskonale - pochwalił Demetrios z półuśmiechem. - Fioro - dodał kładąc dłoń na ramieniu swego sługi -przedstawiam ci Estebana z Toledo w Hiszpanii. Tam go spotkałem przed kilkoma laty. Jest jednocześnie moim asystentem, majordomusem, ogrodnikiem, wykonawcą mojej woli, a czasem również moimi oczami i uszami... Nie znasz go, ale on cię dobrze zna. Pewnej nocy zobaczył kilka osób wchodzących do pobliskiego klasztoru i wychodzących z niego... w innej kolejności. Wraz z Sarnią, egipską niewolnicą, wypożyczoną mi z pałacu Medyceuszy, i na szczęście niemą, stanowią całą służbę w tym domu.
Esteban skłonił się z lekkością, nieoczekiwaną u mężczyzny o tak ciężkiej budowie, po czym klasnął w dłonie. Pojawiła się wysoka dziewczyna o śniadej cerze, ubrana w ciemnoniebieską tunikę, ściągniętą na biodrach jaskrawoczerwoną szarfą, i ukłoniła się.
- Oto donna Fiora - zwrócił się do niej Grek. - Masz jej służyć równie dobrze jak mnie. Jest wyczerpana, brudna i głodna. Wiesz, co masz zrobić. Spalisz ubrania, które ma na sobie i opatrzysz, tak jak cię nauczyłem, rany na jej ciele. Ty zaś, Fioro, musisz odpocząć, a przede wszystkim dać odpocząć twemu umysłowi. Śpij tak długo jak będziesz miała ochotę. Nie ma lepszego lekarstwa.
Ukłoniwszy się ponownie, Sarnia wzięła młodą kobietę za rękę. Przeszły przez salę wejściową będącą dużym, bielonym wapnem pomieszczeniem bez żadnych ozdób, poza malowanymi na niebiesko i czerwono belkami sklepienia. Podłoga zrobiona była z małych cegiełek, na ścianach wisiała uprząż końska, uzdy, kantary, baty, a pod nimi leżały na podłodze narzędzia ogrodnicze... Z sali tej, zapewne ongiś wartowni, wchodziło się na małe podwórko, przez które wiodła droga do właściwego budynku. Sarnia poprowadziła swą towarzyszkę do dużej kuchni. Wnętrze pachniało ragout, gotującym się w garnku nad ogniem, warkoczami cebuli, czosnku, papryki oraz wiązkami tymianku, liści laurowych, majeranku i rozmarynu wiszącymi u powały.
Wiedząc, że wszelka rozmowa byłaby trudna lub wprost niemożliwa, Fiora w milczeniu poddała się zabiegom toaletowym. Sarnia rozebrała ją rzucając ubranie w kąt, by je później zniszczyć. Posadziła dziewczynę w wielkiej misce, gdzie umyła ją, obficie polewając, szybko wytarła, założyła koszulę z cienkiego płótna i aksamitne kapcie, nieco za duże, lecz wygodne. Po czym podała do stołu dużą miskę baraniego ragout z ziołami, gruby plaster sera i ciasteczka z masą migdałową, wszystko podlewane szlachetnym chianti, które przywróciło rumieńce uciekinierce z dzielnicy nędzy i rozpusty.
Fiora dosłownie pochłonęła ten smaczny posiłek i wyraźniej poczuła zmęczenie ciała i umysłu. Potulnie pozwoliła się zaprowadzić do sypialni na piętrze, w której zwróciła uwagę tylko na jedno: oczekujące ją śnieżnobiałe łóżko z odchyloną kołdrą. Z uczuciem szczęścia wślizgnęła się do pachnącej lawendą pościeli i zasnęła ledwo przyłożywszy głowę do poduszki.
Sarnia przez chwilę została przy niej, a stwierdziwszy, że zasnęła, zaciągnęła zasłony przy łóżku. Wróciła do kuchni, gdzie z kolei Demetrios i Esteban usiedli do stołu. Grecki lekarz, po pobieżnej toalecie w ogrodowej fontannie, zamienił łachmany na jedną ze swych ulubionych szat z czarnego aksamitu.
Podczas gdy Esteban kroił leżący na stole bochenek chleba na cienkie kromki, Demetrios nalał sobie kubek wina. Pił powoli, z widocznym zadowoleniem człowieka, który od dawna nie smakował niczego podobnego:
- Nasi przyjaciele, żebracy, są bardzo gościnni, ale ich codzienne pożywienie nie osiąga takiego poziomu. Dobrze jest wrócić do domu...
Z apetytem zabrał się do podanego przez niewolnicę ragoüt, wypił jeszcze szklankę wina i zwrócił się do Este-bana:
- Wykonałeś moje polecenia?
- Tak, panie... Tamtego dnia, kiedy te dwie kobiety odesłano do klasztoru Santa Lucia, podszedłem do mężczyzny, którego mi pokazałeś...
- Do Marina Bettiego, który nie zważając na przysięgę opowiedział pani Pazzi historię pobytu Beltramiego w Burgundii?
- Bądź spokojny, nie myliłem się. Zaczepiłem go. W tym tłumie rozgadanych ludzi wyglądał na zdezorientowanego. Udałem więc jego wielbiciela. Wyraziłem mu podziw za to, że wypełnił obowiązek obywatela Florencji, a nawet chrześcijanina, ujawniając oszustwo popełnione przez Beltramiego, i czyniąc to wbrew własnym interesom, gdyż w ten sposób tracił intendenturę, przynoszącą z pewnością sporo pieniędzy... Moje słowa zdawały się go podnosić na duchu, tym bardziej że inni raczej odsuwali się od niego. Wyszliśmy razem... Esteban przerwał, żeby się napić.