Wycofałem się na czworakach – nie zapomniałem o tym drugim, wypatrującym czubka mojej głowy z góry na południu. Nie miał szansy na pewny strzał, ale nie zamierzałem dawać mu okazji. Jego ogień informował tych dwóch, stanowiących sekcję granatnika.
– Wyłaź z bunkra! – zawołałem stłumionym głosem po dotarciu do głównej transzei. Przycupnięty w gnieździe strzeleckim Błażejski był na tyle blisko, że zdołał chwycić mnie za rękę.
– Ostrożnie – wyszeptał, a mnie poniewczasie przypomniała się własna instrukcja w tej kwestii. – On może widzieć drzwi. Niech pan spojrzy, jak biegnie ten rów.
Lodowate ciarki przemknęły mi po kręgosłupie.
– Stój! – Tym razem niemal się wydarłem. – Nie wychylaj się z bunkra! Okop jest pod obstrzałem!
Wcale nie próbowała wychodzić. Miotała się pewnie po pełnym dymu i trupów wnętrzu, po omacku szukając… No właśnie, na dobrą sprawę, nie wiedziała nawet czego. Granaty do podlufowego pallada wyglądały jak bardzo duże naboje pistoletowe i było niemal pewne, że nawet jeśli je wymaca, zwyczajnie ich nie rozpozna.
Okazało się, że narobiłem wystarczająco dużo hałasu. Granat przeleciał nad resztkami dachu i pacnął miękko o zewnętrzną stronę workowego szańca. Potem odtoczył się chyba i nim zapalnik zainicjował wybuch, zdążył oddalić się o następny metr, ale mówiąc o celności, nie należało brać go pod uwagę. Błąd wyniósł więc kilkadziesiąt centymetrów. O tyle bliżej powinien upaść, by wylądować nam na kolanach.
– Są za blisko! – Teraz już i mogłem, i musiałem krzyczeć, jako że obaj lekko ogłuchliśmy. – Nie wychylaj się! Idę na tamtą stronę! Stąd się nie da strzelać!
– Wykończy pana!
Trochę za późno próbował mnie chwycić. Nie pokazałem snajperowi więcej niż kawałek potylicy – ale to wystarczyło. Pocisk wyczesał mi przedziałek we włosach. Natychmiast runąłem z powrotem pod ścianę.
– Może… Gdybyśmy wszyscy razem skoczyli… – Błażejski kiwnął głową ku zachodowi i skarpie, która już raz dała schronienie mnie i Jovance. – Was nie trafił, a biegaliście wte i wewte.
– Nie – mruknąłem. Zastanawiałem się gorączkowo.
– Ale tu nas wykończą granatami!
– Nie – powtórzyłem, już stanowczo. – Za schronem jest facet z automatem. Ten drugi też nie przylazł z samym granatnikiem. Skoszą nas, nim przejdziemy przez worki.
– Ale oni mają granaty! Mamy tak siedzieć i czekać?!
– Bez paniki – warknąłem. – Widzisz ten deszcz granatów? Mają może jeden albo dwa. Nie będą ich marnować. – Chciał mi wierzyć, więc nie skomentował. – Słuchaj, muszę wejść do środka. Przejdź dalej i jak dam znak, postrzelaj trochę w tę górę.
Nie był zbytnio przekonany. Pokiwał jednak głową, ścisnął karabin i zaczął przesuwać się ku wschodniemu końcowi rowu. Był przy pierwszej z dwóch strzelnic tego odcinka, kiedy znad jego głowy ryknął krótką serią karabin maszynowy. Padł jak długi, a ja potrzebowałem drugiej serii, by zrozumieć, że kaem tłucze z wnętrza schronu, a celem jest góra na południu. Zaskoczenie było kompletne.
Nogi same poniosły mnie ku drzwiom. Jeżeli nawet snajper próbował mnie zabić, nie spostrzegłem tego: kaem zajazgotał akurat kolejną serią. Przeskoczyłem próg i zderzyłem się z Jovanką. Opasana taśmą amunicyjną, tuląc do piersi masywny karabin, próbowała właśnie pokonać drzwi w przeciwnym kierunku.
– Na dwór! – krzyknęła mi w twarz.
– Snajper! – Zastąpiłem jej drogę, całkiem niepotrzebnie, bo nie tyle sama rwała się na zewnątrz, co wypychała mnie.
– A tu granatnik! Wyłaź!
Nie wiem, dlaczego to jej wola wzięła górę. Byłem oficerem, a ona nawet nie szeregowym, snajper miał mnóstwo kul, a ten z RPG-7 mógł dysponować już tylko bezużyteczną rurą bez rakiet. A jednak dałem się wypchnąć. Błażejski nie strzelał i nie działo się nic, co mogłoby odwrócić uwagę tego drania na górze. Mogłem tylko grzmotnięciem między łopatki posłać dziewczynę w stronę północnego ramienia okopu i pobiec za nią, licząc na łaskawość losu. Gdybyśmy dopadli zakrętu naprawdę szybko…
Trzeci wystrzał z granatnika wyleczył mnie z nadziei. Jovanką pognała dalej, ale mnie podmuch eksplozji dopadł za blisko drzwi. Fala sprężonego powietrza rzuciła mną o ściankę z worków, obaliła, splątała ręce z nogami i karabinem. Na domiar złego upadłem w poprzek okopu i zaklinowałem się beznadziejnie. Wtedy nadleciała pierwsza kula. Usłyszałem ją. Warknięcie, uderzenie, szelest piasku. Blisko. Wyszarpnąłem nogę spod karabinu i zacząłem się obracać, w pełni świadom żółwiego tempa swych ruchów. Dwa, może trzy mierzone strzały – tyle wybuch w bunkrze podarował snajperowi i tyle musiałbym przetrwać, by dotrzeć za zakręt rowu. To znaczy: gdyby Jovanka zachowała się rozsądnie. Zawracając i wbiegając z powrotem do odsłoniętego odcinka transzei, przekreśliła ostatecznie moje szanse.
– Chowaj się! – krzyknąłem, przewracając się na plecy. Następny nabój trafił do komory. Pocisk powinien równie łatwo dosięgnąć celu, ale nagle snajper zaczął się spieszyć. Broń powtarzalna jest stosunkowo powolna i jeśli strzelec chciał wykorzystać okazję i trafić także Jovankę, musiał zrezygnować z jakości mierzenia na rzecz ilości.
– Szybko! – usłyszałem jej krzyk. Podciągnąłem kolana jeszcze bliżej nosa i jakimś cudem wykonałem przewrót w tył, lądując na łokciach i kolanach. Właśnie wtedy zrozumiałem, jak strasznie zawaliłem sprawę.
– Chowaj się!!! – ryknąłem, rzucając się w kierunku Jovanki i niemal natychmiast waląc z powrotem na brzuch, zdradzony przez źle ustawioną stopę.
Stała i była bliżej kryjówki! To na nią musiał polować każdy rozsądny strzelec. Trzeba być ostatnią idiotką, by zrobić to, co zrobiła, czyli poderwać do ramienia ciężki jak cholera karabin maszynowy i stojąc w szerokim wykroku, zacząć się przestrzeliwać z ukrytym pół kilometra dalej snajperem.
Jedna pięciostrzałowa seria, druga, następna… Jeżeli celowała we właściwą górę – a wcale nie byłem tego pewny – to musiała mierzyć dość nisko. Nie mogłem nawet porządnie pobiec, bo gdybym się wyprostował, ta wariatka rozniosłaby mi głowę, pognałem więc w jej stronę jak własny praprzodek, nieufający jeszcze dolnym kończynom na tyle, by nawet w biegu nie podpierać się górnymi. A ona strzelała, strzelała i strzelała… Wciąż żywa. Nie rozumiałem tego.
Prawdziwy cud dane mi jednak było obejrzeć parę sekund później, kiedy Jovanka płynnym, cudownie skoordynowanym ruchem zeskoczyła mi z drogi, otwierając przejście do północnej odnogi transzei, zamarła na ułamek sekundy, po czym podniosła dymiącą lufę kaemu i króciutką, dwustrzałową serią odłupała czubek wychylającej się zza worków głowy.
Potem okazało się, że były to ostatnie dwa naboje w taśmie. Ale cudu nie umniejszyło to w żaden sposób.
Major Olszewski wszedł do kontenera, nie pukając.
– A już myślałem, że to dyżurny – westchnąłem, dźwigając się z łóżka. – Pół godziny temu zamówiłem kolację.
– Jest w drodze – stwierdził beznamiętnie. Chyba czekał, aż wyrażę mu szacunek, siadając porządnie. – Mam dla pana nieciekawą wiadomość. Okazuje się, że jest pan poszukiwany przez policję.
– Ciekawa wiadomość – udałem zaintrygowanie. Nie spodobała mu się taka reakcja.
– Podobno jest pan zamieszany w morderstwo. Nie ma w tym nic zabawnego.
– Mogę zapytać, jak uzyskał pan tę informację? Podsłuchujecie policyjne częstotliwości?