– Nie wychylaj się – warknąłem. Miała zdrowe odruchy, więc choć niczego jeszcze nie rozumiała, jej ręka sama poszukała najbliższego karabinu.
– Co się dzieje? – Tak jak ja, mówiła szeptem.
– Na początku mogli nas widzieć. – Zacząłem ostrożnie poruszać stopą. – Ale potem już na pewno nie. A walili dokładnie tam, gdzie trzeba. Jesteśmy w środku pola rozrzutów.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – Przy okazji zdejmowania automatu z pleców ściągnęła wstążkę do włosów.
– Nie wiem… Jeśli ktoś tu jest, powinien nas sam, bez pomocy artylerii… Ale tak to wygląda – rozłożyłem bezradnie ręce. – Jakby gdzieś obok siedział obserwator.
Wyjrzała ze szczeliny.
– Nic nie widać, kurczę… Po prawej był, zdaje się, taki jakby występ.
– Dwieście metrów – skrzywiłem się, kręcąc stopą. – Cóż to jest dla karabinu.
– Niby tak… – Dopiero teraz przemknęło mi przez głowę, że roztrząsam problemy taktyczno-techniczne z nocną recepcjonistką. – Tylko że to najdalsze miejsce, z którego widać tę łączkę.
Chyba tylko zwichnięta – zmieniłem temat na ciut bardziej optymistyczny. Powoli wstałem i zgiąwszy się wpół, by nie wystawać zanadto na zewnątrz, zrobiłem krok, odrywając nawet na moment prawą stopę od podłoża. – No proszę: Małkosz znów mobilny.
Nie dała się zwieść. Kiedy usiadłem, bez słowa wzięła moją nogę, ścisnęła między udami i wyjęła z kieszeni szortów ciasno zwiniętą foliówkę. W środku była ubłocona skarpeta. Jedna z tych, których brakowało w jej butach.
– Nóż – rzuciła. Podałem jej scyzoryk. Ostrożnie zdjęła mi but i tnąc skarpetę, sporządziła z niej opatrunek. Stopa została usztywniona – szybko i fachowo.
– W poprzednim wcieleniu musiałaś być pielęgniarką.
– Gotowe – dociągnęła sznurówki. – Sprawdź.
Wstałem, by natychmiast opaść. Na kolana. Z klęczek łatwiej się unosić.
– Coś się rusza w krzakach – rzuciłem szeptem. – Chyba idą.
– Hej! Jesteście tam?
Nie wiem, dlaczego omal nie uszkodziłem kolby opadającą z wrażenia szczęką. Ostatecznie nie powinienem być zaskoczony idealną polszczyzną: stalowego deszczu nie ściągnął nam na głowy jakiś tubylec.
– Nie odzywaj się – szepnęła klęcząca plecami do mnie Jovanka.
– Nie strzelać! – Głos przesunął się jakby bliżej opadającego z góry urwiska. Jovanka miała rację: ktoś przychodzący w uczciwych zamiarach nie uprawia takich podchodów.
– Jak się nie pokaże – rzuciłem za siebie – znaczy, że odwraca uwagę. Mogą wyjść na ciebie.
– Dam radę.
Miałem nadzieję. Skrócony krawędzią tarasu horyzont pozostawał pusty. Nie w takim tempie poszukuje się rannych rodaków.
– Mamy wam pomóc! – Facet czytał mi w myślach. Teoretycznie mogli nas pomylić z Bośniakami i potraktować z moździerza. Mała szansa, ale niełatwo pogodzić się z myślą, że ojczyzna próbuje człowieka zabić. Otwierałem już usta, kiedy odblokowało mi mózg. Znałem ten głos. Kiedy jego głowa ukazała się na tle odległego lasu, byłem jeszcze sparaliżowany swym odkryciem. Nie tym dotyczącym osoby. Poraziło mnie to drugie, ważniejsze.
Był dobrym żołnierzem, a moździerz niemal doszczętnie wymiótł taras z roślinności. W efekcie zostałem zauważony bardzo szybko i niemal natychmiast poczęstowany serią z peemu. Część przeszła górą, część zmieliła przedpiersie. Nie próbując odpowiadać, zanurkowałem do okopu. Przeskoczyłem metr dalej i wychyliłem się ponownie, szukając celu. Nie znalazłem. Skrył się i rzucił granat. Stalowe jajo szybowało jeszcze, gdy z tyłu zajazgotały dwa automaty: kałasznikow Jovanki i coś lżejszego.
– Granat!
– Dostał! – odkrzyknęła z jakimś dzikim triumfem w głosie. Przykucnęła niepotrzebnie, bo granat nie doleciał. Taras był wbrew pozorom spory.
Przez następne pięć minut czekałem. Potem obaj pokazaliśmy się sobie na sekundę, strzeliliśmy i spudłowaliśmy. Inna sprawa, że chyba udało mi się zaprószyć mu oczy piaskiem.
– Już nie żyjesz! – wrzasnąłem. – Załatwię cię, skurwielu!
Tym razem rzucił granat zaczepny, walcowaty. Trudno przeoczyć kształt obiektu, który odbija się kolbą jak tenisową rakietą. Nie powiem, bym zastanowił się nad tym, co robię. Dopiero potem, gdy paskudztwo wybuchło za okopem, pomyślałem, że nie wygłupiłem się tak bardzo.
– Jovanka! – Obejrzała się tylko na ułamek sekundy. – Musimy wiać. To drzewo pod urwiskiem… Odczołgaj się tam.
– Ty idź. – Mówiliśmy szeptem, trudno było ocenić jej emocje.
– Kto tu, kurwa, dowodzi?
– A kto tu, kurwa, jest jednonogi? Nie zostawię cię. W ogóle zapomnij.
Nie było czasu na kłótnie. Schowałem do kieszeni męską dumę, ująłem G3 za pas i szorując brzuchem po upstrzonej lejami ziemi, popełzłem na południowy wschód, gdzie spotykały się urwisko, taras i normalny, skośny stok Pecinaca.
Udało się. Nikt nie strzelał, słyszałem tylko szelest wiatru. Zagłuszał odgłosy mego poruszania się, wypełniał całą okolicę ruchem gałęzi, maskujących ruch rozchylanej przeze mnie trawy. Ale to nie wiatrowi należały się największe podziękowania. Kilkanaście metrów ode mnie leżał martwy polski żołnierz. Ten, którego trafiła Jovanka. I który bez wątpienia wykończyłby nas, pozostając żywym tam, gdzie był.
– Chcieli nas zabić.
Szła przodem i miała kupę roboty z wybieraniem drogi i holowaniem mnie w trudniejszych miejscach, ale i tak się zdziwiłem, że tyle czasu do tego dochodziła.
– Owszem. I nawet wiem dlaczego. Przynajmniej jeśli chodzi o sierżanta Żańca.
Po lewej stronie zza drzew wyjrzała niemal pionowa kamienna ściana, ostatni zryw Pecinaca ku niebu. Wyżej nie było niczego. Cokolwiek krył Pecinac, mogło znajdować się tylko na lewo albo prawo od nas. Skończyliśmy z morderczą wspinaczką. Dotarliśmy do jakiegoś punktu zwrotnego i może dlatego zaczęliśmy rozmawiać.
– Kto to jest sierżant Żaniec?
– Pamiętasz tę… scenę zazdrości przed bramą polbatu? To ten facet, który był z Dorotą.
– Scenę zazdrości! – parsknęła, mimo że postarałem się, by zabrzmiało to żartobliwie. – Chyba że jego masz na myśli: zgarnąłeś mu panienkę, więc teraz chce cię kropnąć.
Wybrała kierunek południowy. Kuśtykałem za nią, używając G3 jako laski.
– Był wtedy z nami – wymamrotałem. – No wiesz, kiedy tych trzech… Dowoził prowiant i wywoził miny. Nawet przez myśl mi nie przyszło, że to ktoś od nas, Polak… Ale teraz widzę, że miał sto okazji. Podejrzewałem jakiegoś tubylca: że zdołał się podkraść, podłożył to draństwo… Nierealne, bo wóz stał na otwartej przestrzeni, stale ktoś się tam kręcił, ale wiesz, człowiek brzytwy się chwyta… I nie pomyślałem, że dla Polaka to tyle, co splunąć. Wystarczyło odłożyć jedną z min na bok, a potem poczekać na odpowiednią chwilę.
– Ale po co?
– Skąd mam wiedzieć – rzuciłem ponuro. – W tym sęk. Zbrodnia doskonała, bo bez motywu. Za to wiem, kto nasłał tych facetów spod Jeżynowej Górki. Był w obozie, kiedy wypytywałem o Błażejskiego, mógł się domyślić, że do niego polezę.
Obeszliśmy wysunięty ku dołowi skalny jęzor i nagle znaleźliśmy się w korycie strumienia. Pierwszego, na jaki się natknęliśmy. Było go tyle, co kot napłakał – woda ciurkała jak z kranu – ale rozmiary koryta sugerowały, że po deszczu czy na wiosnę, gdy topniały śniegi, ktoś bardzo odważny mógłby tędy spłynąć ku dolinom pełnowymiarowym kajakiem. To tłumaczyło wielkość czarnej dziury, z której wypływała woda. Ale już nie bezruch Jovanki. Po lecie nawet środek bruzdy był suchy i twardy i nie było powodów, by się zatrzymywać.