Wreszcie nastała noc. Wszystkie ślady słońca na zachodnim horyzoncie przykryła ciemność. Na wschodzie zwieszał się nisko kawałek księżyca, ale jego światło nie docierało do wnętrza chevroleta.
Leżąc w ciemności, Colin nie miał nic do roboty, więc rozmyślał, a nie umiał myśleć o niczym innym jak tylko o Royu. Nie mógł już dłużej opierać się prawdzie – to nie była gra. Roy był mordercą. Zepchnąłby pick – upa w dół zbocza. Nie było wątpliwości. Wykoleiłby pociąg. Zgwałciłby i zabił Sarę Callahan, gdyby Colin nie znalazł w jego planie słabych punktów.
Wreszcie – myślał Colin – rozwaliłby mi głowę tą łyżką do opon, gdybym mu się nie wymknął. Co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Ich przysięga nie miała żadnego znaczenia. Być może nigdy nie była nic warta. Możliwe nawet, że Roy zabił tych dwóch chłopców, tak jak twierdził: jednego zepchnął z urwiska w Sandman’s Cove, a drugiego oblał płynem do zapalniczek i podpalił.
Ale dlaczego?
Prawda była oczywista, ale jej źródła niejasne. Colin nie widział w tym wszystkim żadnego sensu i dlatego było to takie przerażające. Fakty, które poznał, były końcowym produktem długiego, twórczego procesu, lecz to, co uruchomiło całą tę lawinę, było okryte tajemnicą.
W jego głowie kłębiły się pytania. Dlaczego Roy chce zabijać ludzi? Czy czerpie z tego przyjemność? Jaką przyjemność, na litość boską? Czy jest szaleńcem? Dlaczego nie wygląda na szaleńca, jeśli nim jest? Dlaczego wygląda jak zwyczajny czternastoletni chłopak? Zadawał sobie te pytania i setkę innych, ale nie znał odpowiedzi.
Colin oczekiwał, że świat będzie prosty i oczywisty. Lubił dzielić go na dwie połowy – siły dobra i siły zła. W ten sposób każde wydarzenie, każdy problem i jego rozwiązanie miały swoją jasną stronę i stronę ciemną, i człowiek zawsze wiedział, na czym stoi. Colin prawie wierzył, że realny świat przypomina krainę z Władcy pierścieni, gdzie błogosławionych i przeklętych uformowano w dwie różne armie. Lecz bez względu na to, jak bardzo wnikliwie analizował zachowania Roya w ciągu ostatniego miesiąca, nie umiał ich zaklasyfikować, nie mógł go nazwać ani świętym, ani łajdakiem. Roy miał wiele cech, których Colin mu zazdrościł, i które podziwiał, ale Roy był również bezlitosnym mordercą. Roy nie był czarny. Nie był też biały. Nie był nawet szary. Przybierał setki, nie, tysiące odcieni szarości, które wirowały i zlewały się ze sobą jak słupy dymu. Colin nie umiał pogodzić swego poglądu na świat z nagłym odkryciem istoty takiej jak Roy. Nie kończące się rozgałęzienia nieuchwytnej jak rtęć moralności Roya były przerażające. Oznaczało to, że Colin musiałby poddać rewizji całą swą bezpieczną filozofię. Powinien powyjmować wszystkich znanych mu ludzi z szufladek, do których ich wcześniej upychał. Musiałby na nowo ocenić każdego z nich, dokładniej niż przedtem, a następnie włożyć ich… tylko gdzie? Jeśli nie istniał czarno – biały system wartości, to i nie istniały też żadne szufladki. Jeśli nie zawsze można było dokonać wyraźnego rozróżnienia między tym, co słuszne, a tym, co naganne, to nie można było również, bez obawy o pomyłkę, poklasyfikować ludzi, poszufladkować ich i zapomnieć. Życie stałoby się wówczas nieznośnie trudne.
Oczywiście, Roy mógł być opętany.
Gdy tylko przemknęło mu to przez głowę, wiedział, że znalazł właściwą odpowiedź i uczepił się jej gorączkowo. Jeśli Roy był opętany przez złego ducha, to znaczyło, że nie jest odpowiedzialny za przerażające czyny, których się dopuszczał. Roy był dobry, lecz ten demon, który w nim mieszkał, był zły. Tak! To było to! Jak dziewczynka w Egzorcyście. Albo chłopczyk w Omenie. A może Roy był opętany przez obcego – stwora z innej planety, istotę, która przybyła na Ziemię z gwiazd. Pewnie. Tak właśnie musiało być. To było lepsze, bardziej naukowe, mniej prostackie wytłumaczenie niż to pierwsze. Nie demon, ale zła, obca istota. Może podobna do złoczyńców ze starego filmu Dona Siegela Inwazja porywaczy ciał. Albo, co jeszcze bardziej prawdopodobne, tym czymś, co opętało Roya, był pasożyt z obcej galaktyki, podobny do opisanego w wielkiej powieści Heinleina Władca lalek. Jeśli miał do czynienia właśnie z takim przypadkiem, to musiał przedsięwziąć pewne kroki od razu, bezzwłocznie, gdy wciąż istniała szansa, co prawda niewielka, uratowania świata. Przede wszystkim musi znaleźć niewątpliwy dowód na istnienie inwazji obcych zagrażających stworzeń. Następnie powinien przekonać innych ludzi, że grozi im oczywiste niebezpieczeństwo. I w końcu musi…
– Colin!
Drgnął i usiadł, przerażony i roztrzęsiony. Przez chwilę był tak zaszokowany, że nie mógł złapać tchu.
– Hej, Colin!
Głos Roya, wołającego jego imię, sprowadził go z powrotem na ziemię.
– Colin, słyszysz mnie?
Roya nie było w pobliżu. Stał przynajmniej sto jardów dalej. Musiał krzyczeć.
Colin wychylił się w stronę przedniego siedzenia i wpatrywał się w ciemność przez pozbawione szyby okno, ale nie mógł niczego dostrzec.
– Popełniłem błąd, Colin.
Colin czekał.
– Słyszysz mnie?
Colin nie odpowiedział.
– Zrobiłem bardzo głupią rzecz – powiedział Roy.
Colin potrząsnął głową. Spodziewał się tego, ale dziwił się, że Roy ucieka się do tak prymitywnych sztuczek.
– Ta gra zaszła za daleko – powiedział Roy.
Nic z tego – myślał Colin. – Nie przekonasz mnie. Nie po tym, co się stało. Nigdy więcej.
– Chyba wystraszyłem cię bardziej, niż zamierzałem – powiedział Roy. – Przykro mi. Naprawdę.
– Rany – powiedział cicho Colin.
– Tak naprawdę nie chciałem wykoleić tego pociągu.
Colin ponownie wyciągnął się na siedzeniu, ułożył na boku z podkurczonymi nogami, chowając się głęboko w ciemności, która cuchnęła rozkładem.
Roy przez następne parę minut ciągnął swój syreni śpiew, ale zorientował się w końcu, że nie zdoła oczarować Colina. Nie był w stanie ukryć złości. Za każdym razem, gdy występował z nową, bez wątpienia nieszczerą perswazją, w jego głosie słychać było większe napięcie. W końcu wybuchnął: ty mały, zgniły palancie! Znajdę cię. Rozwalę ci twój pieprzony łeb, ty mały sukinsynu! Ty zdrajco!
Cisza.
Wiatr, oczywiście.
I świerszcze, i ropuchy.
Ale ani słowa, które wykrzyczałby Roy.
Ta martwota była denerwująca. Colin wolałby słyszeć, jak Roy przeklina, wyje i tłucze się po złomowisku szukając go, ponieważ wtedy wiedziałby, gdzie znajduje się jego przeciwnik.
Gdy tak nasłuchiwał, ten mdło – słodki odór stawał się coraz silniejszy i Colin znalazł wreszcie makabryczne wyjaśnienie. Chevrolet został rozbity w koszmarnym wypadku; siła uderzenia wgniotła przednie drzwi jedne do środka, drugie na zewnątrz; kierownica pękła na dwie części, pozostało jedynie półkole o zaostrzonych końcach. Być może (teoretyzował Colin) kierowca stracił w wypadku dłoń. Być może ta obcięta dłoń spadła na podłogę. Być może dostała się w jakiś sposób pod siedzenie, w jakiś ciemny kąt, skąd nie można jej było wydobyć, czy nawet zauważyć. Może załoga karetki szukała obciętej kończyny, ale nie znalazła jej. Wrak samochodu zaciągnięto na złomowisko Pustelnika Hobsona i dłoń zaczęła usychać i gnić. I wtedy… wtedy… o Boże, i wtedy stało się tak jak w opowiadaniu Henry’ego, w którym skrwawiona szmata wpadła za kaloryfer i dzięki wyjątkowym warunkom chemicznym i temperaturze zaczęła żyć własnym życiem. Colinem wstrząsnął dreszcz. Tak właśnie było. Czuł to. Wiedział to. Dłoń zaczęła się rozkładać, ale wówczas połączenie gorącego i wyjątkowego składu chemicznego brudu pod siedzeniem wywołało niewiarygodną, złośliwą zmianę w martwej tkance. Proces rozkładu został wstrzymany, choć nie odwrócony, i dłoń została obdarzona swoistą formą życia, złośliwego półżycia. A teraz, właśnie w tej chwili, Colin leżał w tym samochodzie, w ciemności, sam z tą przeklętą dłonią. Ona wiedziała, że on tu jest. Nie mogła widzieć czy czuć, ale wiedziała. Upstrzona brązowymi, zielonymi i czarnymi plamami, oślizła, pokryta ropiejącymi wrzodami, musiała właśnie wydostać się spod siedzenia i pełzła po podłodze. Gdyby sięgnął ręką niżej, znalazłby ją, a ona chwyciłaby jego. Jej zimne palce zacisnęłyby się na jego dłoni jak stalowe szczypce i…