Выбрать главу

Juliana ogarnęło nieoczekiwane rozbawienie.

– Blanche, powiedziałem przecież, że nie chcę patrzeć cierpiętnicę. Zmykaj do łóżka, zanim zmienię zdanie.

Kiedy niedługo potem Verity wyszła z gotowalni, miała na sobie śnieżnobiałą, flanelową koszulę nocną, policzki barwiły jej rumieńce, a długie, tycjanowskie włosy byty rozpuszczone. Podczas gdy dziewczyna przebierała się do snu, Julian zdążył zrobić sobie przy kominku posłanie z koców, które znalazł w szufladzie komody, oraz zabranej z łoża poduszki. Obrzucił dziewczynę przelotnym spojrzeniem, poczekał, aż wejdzie do łóżka i przykryje się po uszy kołdrą, po czym zgasił świece.

– Dobranoc – mruknął, moszcząc się w blasku ognia na swym prowizorycznym legowisku.

– Dobranoc – dobiegło ze środka sypialni.

Cóż za cudowna kara za wszystkie moje grzechy, pomyślał smętnie Julian, wiercąc się na twardym posłaniu. Dlaczego, u licha, to robię? Przecież dziewczyna jest chętna, a ja jej uczciwie zapłaciłem. Tylko Bóg jeden wie, jak bardzo jej pożądałem i wciąż pożądam.

Doszedł do wniosku, że wcale nie kierowała nim niechęć do gwałcenia niewinności, a tym samym do nieuniknionej w takich razach krwi. Było dokładnie tak, jak powiedział. Nie miał ochoty patrzeć na cierpiętnicę.

„Nie będę się wzdragać, płakać ani sprzeciwiać twojej woli”.

Jeśli w języku angielskim istniały słowa bardziej wyprane z erotyzmu, to Julian ich nie znał. Istotnie, cierpiętnictwo! Gdyby tylko go pragnęła, gdyby pragnęła choć troszeczkę, gdyby była zdenerwowana…

Julian na własnej skórze przekonał się, że panna Blanche Heyward nie jest przeciętną, typową tancerką występującą w operze.

Ależ czekają go święta! Pomyślał o Conway i o tym, co straci następnego, i jeszcze następnego dnia. W tej chwili nawet panna Plunkett wydawała się mu w miarę pociągająca.

– Jak spędziłbyś święta, gdybyś nie przyjechał tu ze mną? – zapytała cicho Verity, jakby czytała w jego myślach.

Udał, że już śpi.

Być może jutro pokaże jej, że spędzona z nim w jednym łóżku noc stanowi przyjemne doświadczenie. Lecz wbrew zwykłej pewności siebie, Julian nie sądził, by ta sztuczka mu się udała.

Zasnął.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Tej nocy Verity spała nie najlepiej. Kiedy otworzyła oczy i ujrzała, że firanki w oknach barwi mętne światło budzącego się dnia, była zdumiona, że w ogóle zdołała zasnąć.

Od strony kominka dobiegało ciche pochrapywanie. Dziewczyna bacznie nadstawiła ucha. Zza drzwi nie docierały żadne dźwięki. Czyżby cały dom jeszcze spał? Naturalnie, pan Hollander i Debbie byli zapewne bardzo zajęci do późnych godzin nocnych, i z pewnością zamierzali zajmować się sobą jeszcze przez dużą część poranka.

Dziś miało być po wszystkim – błysnęła jej myśl. W tej chwili powinna być już kobieta upadłą. A poza tym Julian grubo się mylił. Wcale nie była cierpiętnicą. W głębi duszy była trochę skrępowana wspomnieniem jego twardego, przytulonego do niej ciała, rozkosznych pieszczot jego ust. Kiedy wsuwał jej w usta język, wszystko w niej wirowało i tańczyło. Jakże było to cudownie intymne! Powinna czuć odrazę, ale przecież wcale jej nie czuła.

Tak, przyznawała przed samą sobą, z całej duszy pragnę doświadczyć wszystkiego do końca. Przyznawała też, iż spotkało ją srogie rozczarowanie, gdy mężczyzna, poznawszy prawdę o niej, odsunął ją od siebie.

No i teraz pozostawała im jedynie niemiła perspektywa wspólnego spędzenia świąt. I jak ma się sprawa owych pięciuset funtów, skoro minęła pierwsza noc, którą on przespał na podłodze?

Mają przed sobą całe święta Bożego Narodzenia. Cóż za przerażająca perspektywa!

Nieoczekiwanie jej uwagę przykuła pomiata sącząca się do pokoju przez firanki w oknach. Verity zerwała się z łóżka i nie zważając na przenikliwy chłód panujący w pokoju, na bosaka, szybko podeszła do okna. Rozsunęła zasłony. Och!

– Och! – wykrzyknęła na głos. Odwróciła się w stronę śpiącego na podłodze mężczyzny. – Och, podejdź tu i sam zobacz.

Julian podniósł głowę z poduszki. Był nie ogolony i potargany. Na twarzy malował mu się grymas gniewu.

– Co takiego? – warknął. – Która jest, do diabła, godzina?

– Popatrz – odrzekła Verity, znów odwracając się do okna. – Och, tylko popatrz.

Julian wygrzebał się z pościeli i podszedł do okna. Był w samej koszuli, bryczesach i w skarpetkach.

– Obudziłaś mnie tylko po to, by mi to pokazać? – burknął zaspanym głosem. – Przecież mówiłem ci wczoraj, że będzie padać śnieg.

– Ale popatrz! – zawołała z zachwytem Verity. – Przecież to czysta magia.

Kiedy odwróciła głowę w jego stronę, skonstatowała, że mężczyzna patrzy na nią, nie przez okno, za którym rozciągał się biały całun śniegu.

– Czy zawsze jesteś z rana taka radosna? – zapytał. – Coś okropnego!

Verity wybuchnęła dźwięcznym śmiechem.

– Tylko w Boże Narodzenie oraz wtedy, gdy świat spowija biel świeżego śniegu. Nie zawsze się zdarza, by te dwa tak cudowne zdarzenia pojawiły się jednocześnie.

– Ja marzę tylko o ciepłym, wygodnym łóżku.

– Zatem idź do mojego – odrzekła i znów się roześmiała. – Ja nie zamierzam dłużej spać.

– Odnoszę wrażenie, że Bertie natychmiast każe ci wrócić do pokoju.

– Pan Hollander z całą pewnością o niczym się nie dowie, gdyż do południa nie opuści swego pokoju. Idź więc do łóżka i spokojnie sobie pośpij.

Kiedy wreszcie wyszła z gotowalni przebrana w swą najcieplejszą wełnianą suknię, z elegancko uczesanymi włosami, Julian pogrążony był w głębokim śnie. Verity przystanęła przy łóżku i dłuższą chwilę mu się przyglądała. Gdyby tylko zeszłego wieczoru nie zachowała się tak głupio i niezręcznie…

Potrząsnęła głową i wyprostowała się. Pan Hollander nie poczynił żadnych przygotowań do świąt. Niewątpliwie zamierzał spędzić tych kilka dni w łóżku w towarzystwie rozkosznej Debbie, która dostarczyłaby mu dostatecznej rozrywki. Cóż, w takim razie pokaże im, jak powinny wyglądać święta. Skoro nie mogła zarobić pieniędzy tak, jak się po niej spodziewano, zasłuży na nie w inny sposób.

Dwóch woźniców, lokaj, parobek, kucharka, osobisty służący pana Hollandera, główny zarządca, gospodyni i dwie pokojówki – wszyscy siedzieli przy śniadaniu. Na widok Verity kilkoro z nich poderwało się z miejsc; pozostali nie zwrócili na nią większej uwagi. Najwyraźniej nie byli pewni, czy mają ją traktować jak damę. Kucharka przesłała jej wręcz wrogie i pełne pogardy spojrzenie.

Na twarzy dziewczyny pojawił się promienny uśmiech.

– Nie przeszkadzajcie sobie – powiedziała. – Jedzcie. Czeka was długi i pracowity dzień. – Na widok zdziwienia, jakie odmalowało się na twarzach służby, dodała: – Musimy przygotować święta.

Najwyraźniej Boże Narodzenie interesowało ich tyle samo co Hindusów.

– Pan Hollander nie życzy sobie zamieszania – oświadczyła kobieta będąca zapewne gospodynią.

– Powiedział, że mamy mu tylko dostarczać posiłki i dbać o to, by w kominkach zawsze palił się ogień – dorzucił zarządca.

– I dobrze – odparła pogodnie Verity. – Czy mogę przysiąść się do was i zjeść śniadanie? Nie, proszę, nie wstawajcie. – Żadne z nich nie miało nawet takiego zamiaru. – Czy mogę sama się obsłużyć? A skoro pozwolono wam robić, co chcecie, równie dobrze możecie urządzić sobie święta. W sposób tradycyjny, z odpowiednim jedzeniem, śpiewaniem kolęd, dawaniem prezentów, dekoracją domu ostrokrzewem i jedliną; słowem zrobić i wszystko, na co starczy czasu w jeden dzień. Będziemy się doskonale bawić.