Выбрать главу

Kilkanaście osób tańczyło na niewielkim tarasie. W ogrodzie tłoczyło się już około dziesięciu par. Niektóre przysiadały przy okrągłych stoliczkach pod girlandami kolorowych lampionów, inne poruszały się w plamach światła i cienia. Rozpoznała kilkoro gości. Ją też paru rozpoznało i zdziwiło się, co tu robi. Nie należała ani do tego miejsca, ani do tego czasu. Sędzia Hornsztyk raczej nie pasuje do Lizzi Słowik, księżniczki miejscowego brukowca. Wszyscy wiedzieli, że gdyby tylko chciał, mógłby teraz siedzieć w Jerozolimie albo Tel Awiwie. Jeżeli jego kariera posuwała się zbyt wolno, to dlatego, że zdecydował się – tak, tak – zdecydował się zamieszkać właśnie tutaj. Nie cierpiał specjalnie z powodu wyroku, który sam na siebie wydał. Był miejscowym intelektualistą, sędzią Południa i sumieniem Negewu. Od czasów Ben Guriona nie było człowieka, który nadałby tak wielkie znaczenie pustyni, jak Pinchas Hornsztyk, sędzia. Stał teraz na progu swojej willi, trzymając w lewym ręku pęk sztucznych ogni. Prawą ręką wyciągał po jednym i wręczał każdemu z gości. „Przyjęcie odbywa się w ogrodzie” – mówił do nich z bladym uśmiechem, który drżał mu na wargach jak nieszczelna żaluzja. Sprawiał przy tym wrażenie, jakby pragnął oszczędzić gościom najmniejszej zwłoki. Dlaczego jego przyjaciele, rodzina – zdumiała się Lizzi – nie zmusili go, by opuścił ten groteskowy posterunek przy drzwiach i wszedł do środka?

A może właśnie z tej odmienności czerpie siłę? I jaka to może być siła? Czyniąca dobro czy zło? A może po prostu siła, dzięki której potrafi zignorować niewygodne towarzyskie konwenanse.

– Śmierdzi forsą – stwierdziła stojąca obok kobieta, bezwładnie oparta o bar.

Lizzi wrzuciła do ust garść słonych orzeszków i zaczęła żuć. Jej oczy pod ciężkimi powiekami rozglądały się wśród tłumu gości. Pnie drzew pomalowano złotą farbą, łańcuchy ze złotego papieru kołysały się pomiędzy gałęziami.

– Ona ma gdzieś Hor-Hornsztyka i te jego fa-fajerwerki – roześmiała się pijana kobieta.

Lizzi wymamrotała coś w odpowiedzi i westchnęła w duchu: Jakie to obrzydliwe, jakie to wszystko obrzydliwe.

– Kto finansuje tę uroczystość? – zapytała swoją sąsiadkę przy barze i dodała czym prędzej: – Nazywam się Lizzi Badihi, jestem reporterką „Czasu Południa”.

Miała wystarczająco duże doświadczenie, aby się przedstawić, zanim uzyska jakąś informację. Żeby nie mówiono potem, że oszukała rozmówców albo że nie wiedzieli, z kim rozmawiają.

Popatrzyła na swoją drobną sąsiadkę i zastanawiała się. co jest jej namiętnością. Miłość? Pieniądze? Sława?

– Kt-t-to fi-finansuje? Fiu! Wina Lubicza, oto, kto f-finansu-je! Tata żony sędziego okręgowego Hor-Hornsztyka. Znasz sklep z winami koło dworca autobusowego? Pamiętasz, jak sprowadzili z Jugosławii wino z ołowiem? Byłaś wtedy mała. Tata! Teść Hornsztyka. Właśnie on. To on zadbał, żeby jego zięć mógł się poświęcić dobru publicznemu. Popatrz na te obrazy, na lampiony. To nie z pensji sędziego! Lubisz kawior? Ja go jem, bo jest drogi. Gdyby był tani, tobym go nie jadła, rozumiesz? Weź!

Lizzi zauważyła, że małej kobietce przestał się plątać język. Obrzydliwa donosicielka – stwierdziła w duchu i wzięła kanapkę z kawiorem i kaparami.

– A Lubicz jest tutaj? – spytała. – Znasz go?

– No pewno, że go znam – zaśmiała się kobieta. – W końcu to mój tata, nie?

Lizzi miała na końcu języka pytanie, czy kobieta jest siostrą gospodyni. Zamiast tego jednak zaczęła żuć kanapkę i wymruczała coś niezrozumiałego, jak zwykle, gdy chciała trochę zyskać na czasie.

Aleks, małżonka bohatera wieczoru, krzątała się po ogrodzie. Miała na sobie suknię z głębokim dekoltem, haftowaną delikatnymi złotymi cekinami, które poruszały się i drżały przy każdym jej oddechu. Piersi wyglądały jak przykryte sieciami rybackimi. Eksponowała swój biust wśród gości, przymykając pomalowane na złoto powieki. Czego ona chce dowieść – myślała Lizzi – co chce osiągnąć, kogo rozgniewać? I ta historia z zatrutym winem, czy to prawda? Jak to możliwe, że nie dostała się do gazet? Oczyma duszy ujrzała nagłówek: „Teść nowego sędziego okręgowego importował z Jugosławii zatrute wino”. Za to na pewno dostanie premię. I znowu przyjdą jej siostry, niech im będzie na zdrowie, zarzucają opowieściami o biedzie i wyciągną tę odrobinę, którą zdoła zaoszczędzić.

– Skąd to imię, Aleks? – zapytała pijaną kobietkę.

– Aleksandra. Na cześć Aleksandry Hasmonejskiej. – Pociągnęła łyk whisky ze szklanki, którą trzymała w ręku, i popatrzyła na kraniec ogrodu.

Lizzi podążyła za jej spojrzeniem i zobaczyła coś, co bez wątpienia było stołem rodzinnym. Siedzieli przy nim rodzice Aleks – Lubicz, właściciel firmy handlującej winami, z żoną, chłopiec i dziewczynka – dzieci Hornsztyków, oraz mężczyzna, który patrzył w ich stronę z troską, najprawdopodobniej mąż jej wstawionej rozmówczyni. Wszyscy oni zajadali ze smakiem i przyglądali się wzrokiem posiadaczy gościom wypełniającym ogród.

Lizzi postanowiła opuścić wrogo nastawioną siostrę gospodyni, pożegnać się z Jackiem i iść do domu. Była, widziała, ma swoje dwieście znaków, więcej nie potrzebuje. Za pół godziny znajdzie się w domu, napisze notatkę i jeśli nic nieprzewidzianego się nie wydarzy, pójdzie spać jeszcze przed północą. System ogrzewania wody w jej bloku często się psuł. Powiedziała sobie po raz nie wiadomo który, że stać ją teraz na własny grzejnik. Jutro – tak, jutro – od razu po powrocie z przejścia granicznego, jeszcze zanim napisze choć jedno słowo, pójdzie i wszystko załatwi. Nie ma dzieci. Nawet urlop wzięła tylko raz, kiedy chciała pojechać do Akki na festiwal. Pracująca dziewczyna może mieć chociaż ciepłą wodę w łazience i nie czuć się z tego powodu winna.

Ruszyła w stronę Jackiego, torując sobie drogę między ludźmi wypełniającymi salon. Dopiero gdy znalazła się obok fortepianu, poczuła, że Aleks idzie w ślad za nią.

– O północy puszczamy ognie sztuczne – powiedziała gospodyni. – Miałaś co pić i jeść? Chyba jeszcze nie idziesz? – Mówiąc to, oddychała chrapliwie, żonglowała słowami jak klaun wyrzucający piłeczki w powietrze. Jej sterczące piersi drażniły nerwy obserwatora nie mniej niż falujące cekiny na sukni.

Lizzi podziękowała pani Hornsztyk („Ależ nie, nie! Mów mi Aleks!”) i poprosiła o wybaczenie, że musi już iść. Przez cały ten czas Jackie nie przestawał grać, z oczami utkwionymi w klawisze. Aleks położyła mu rękę na ramieniu. Krążyły plotki, że pewna pani inżynier się w nim zakochała i kupiła mu mieszkanie na osiedlu F. Aleks była od niego starsza o kilkanaście lat. Lizzi zastanawiała się, czy Jackie ma jeszcze inne starsze przyjaciółki, i obiecała sobie zwrócić uwagę na towarzystwo, w którym się obraca.