Wiedziała, że wierci mu dziurę w brzuchu i opowiada bzdury. Jedna jej połowa zastygła ze strachu, druga gorączkowo broniła swojej godności zawodowej. Dziesięć lat pracuje dla „Czasu Południa”, pilnie i z poświęceniem. Dlaczego więc właśnie teraz, kiedy taki dramat rozgrywa się na jej terytorium, miałby na nią spaść z przestrzeni kosmicznej Tel Awiwu meteor zwany Cementem? A co jej zostanie do roboty? Pisać o nowym smaku wafelków z miejscowej fabryki słodyczy? Jedno wiadomo na pewno: ona nie będzie współpracować z Cementem!
Ujrzała w myśli Adulama, który zamachał skrzydłami, uniósł się do nieba i zniknął z anielskim uśmiechem na twarzy.
– Na pewno dasz sobie radę?
– Tak.
Lizzi o mało nie skłoniła się nisko przed słuchawką.
– Posłałem ci premię za kruka i dzieci.
– Dziękuję.
– To było, zanim dowiedziałem się o morderstwie.
Telefon zamilkł znienacka.
Parking był ciemny i pusty, deszcz znowu zaczął padać. Lizzi poczuła się samotna.
Rozdział 4
– Lizzi, idź do domu.
W głębi duszy znudziło się jej wysłuchiwanie tych słów. Wszyscy ciągle ją przeganiają, przestawiają z miejsca na miejsce, jakby była pustą puszką po coca-coli. Tym razem powiedział to szwagier Benci, mąż Georgette. Inspektor Bencijon Koresz bardzo lubił Lizzi, jeśli nie spotykał jej w godzinach pracy. Teraz zbliżała się siódma wieczór. Lizzi była na nogach od szesnastu godzin i nie miałaby nic przeciwko uśmiechowi i kilku miłym słowom, a nawet kubkowi gorącej zupy. Nikt jednak niczego takiego jej nie zaproponował. Pewnie to wszystko przez ten wygląd. Ciężka sylwetka z wiecznie pochyloną głową, jak u jucznego zwierzęcia. Może Chanel nr 5 coś tu zmieni.
Nie sprzątnięto po przyjęciu. Złote łańcuchy pokrywały podłogę z czarnego marmuru i biały fortepian, kołysały się między drzewami w oświetlonym ogrodzie, nasiąkały deszczem. Członkowie rodziny zebrali się w salonie. Gdyby nie żałoba, można by ich wziąć za uczestników przyjęcia, które przeciągnęło się do białego rana. Podwładni Benciego zachowywali się jak policjanci w amerykańskim filmie. Mierzyli odległości, zdejmowali z mebli odciski palców, otwierali szafy i szuflady. Hornsztyk siedział na fotelu. Policzki pokrywał mu szary zarost, który czynił go jeszcze starszym. Lizzi na siłę wtłoczyła do głowy myśclass="underline" Ten człowiek spał ze mną, kiedy mordowano jego żonę. Wydawało się jej, że wczorajsza przygoda zdarzyła się w innej epoce i komuś zupełnie innemu. Lubicz, jego żona, Miriam, siostra Aleks, i dwoje osieroconych dzieci – wszyscy siedzieli wyczerpani na białej brokatowej kanapie. Widać było, że są pod wpływem środków uspokajających. Szwagier, Neeman Aszbel, wziął na siebie kontakty z władzami. Teraz ruszył w stronę Lizzi, poruszając się ze złowróżbną miękkością.
– To ty jesteś ta dziewczyna z gazety – stwierdził takim tonem, jakby mówił: „Odkryłem w końcu, kto kradnie mi listy ze skrzynki”. – Nie chcemy tutaj prasy.
– Lizzi – poprosił Benci. Poczuła, że ton Aszbela zdenerwował także i jego. Wziął ją za łokieć i usiłował poprowadzić w kierunku drzwi.
– Pan Aszbel nie jest gospodarzem – powiedziała, chcąc zyskać trochę na czasie. – Jeśli gospodarz zażąda, żebym się wyniosła, to poczekam na zewnątrz.
– Gospodarz nie ma pojęcia, co się tutaj dzieje – zasyczał jej Aszbel prosto w twarz. – Jego żona została zamordowana! Poprosił mnie, żebym wszystkim się zajął. Bardzo proszę! – Otwierał i zamykał usta tak blisko jej twarzy, że Lizzi mogła zobaczyć złote plomby w zębach.
Przez otwarte drzwi ujrzeli, jak na ulicy przed bramą zatrzymuje się skuter. Zsiadł z niego Beni Adulam i ruszył w stronę wejścia. Miał na sobie prochowiec i czarną koszulkę, którą zastąpił poranną czerwoną, być może na znak szacunku dla zmarłej. Zdążył się ogolić i uczesać, a także – sądząc z zadowolonego wyrazu twarzy – zjeść kolację.
– Policjant? – zapytał Aszbel Benciego.
– Dziennikarz „Dziennika Południa” – odparł Benci.
– Wyrzućcie ich oboje! – rozkazał Aszbel i odwrócił się do nich plecami.
Lizzi odetchnęła z ulgą. Jeśli Benci czegoś nie lubi, to rozkazów. Zwłaszcza tych, które nie pochodzą od jego przełożonych. Z tego właśnie powodu rozwiódł się z Hawacelet i ożenił z Georgette. Beer Szewa aż trzęsła się od plotek, kiedy dwaj policjanci i przyjaciele, Benci Koresz i Ilan-Sergio Bachut, postanowili zamienić się żonami, a były to właśnie siostry Lizzi, Georgette i Hawacelet. To oryginalne rozwiązanie wymyśliła ciotka Klara, w której sklepie odbywały się rodzinne narady poświęcone temu, co jeszcze wówczas nazywano „zdradą”. Dwaj przyjaciele i dwie siostry przyjęli ten wyrok. Mężczyźni spakowali manatki i zamienili się miejscami. Dzieci zostały przy matkach. Hawacelet rozkazywała teraz Ilanowi-Sergiowi, natomiast Georgette czyściła Benciemu buty.
Lizzi zdecydowała się podejść do Hornsztyka i złożyć mu kondolencje. Ponieważ zostanie tu tak długo jak policja i Adulam, powinna zachowywać się nienagannie. Hornsztyk popatrzył na nią, mrużąc powieki.
– Lizzi Badihi – przypomniała mu – „Czas Południa”. Byłam tu wczoraj. Bardzo mi przykro. Rozumiem pański ból.
To było trudniejsze, niż myślała. Wstał z miejsca, uścisnął jej rękę i wyszeptał:
– Tak, tak, dziękuję – a potem ledwie słyszalnym głosem dodał: – Nie wspominaj o wczoraj. – Usiadł z powrotem i zakrył twarz rękami.
Lizzi patrzyła przez chwilę na bezbarwne włosy na jego karku. Pod kołnierzykiem mogła dostrzec dwa rudawe piegi. Przyklękła i powiedziała do pochylonej głowy:
– Czy mogę tu zostać razem z policją?
– Tak, tak – odparł, nie podnosząc wzroku.
Benci skinął na Lizzi i Adulama, aby do niego podeszli.
– Podam wam teraz szczegóły, które udało się dotąd zebrać. Potem się wyniesiecie. Nie chcę tu żadnych akcji partyzanckich, Lizzi!
– Dlaczego zwracasz się tylko do mnie? – zapytała obrażona. – On też tu jest.
– W porządku. Oboje weźcie to sobie do serca. Jak wiecie, wczoraj odbywało się tu przyjęcie z okazji mianowania gospodarza, pana Hornsztyka, sędzią okręgowym. W willi było około siedemdziesięciu, osiemdziesięciu osób. Rodzina, jej przyjaciele, jego przyjaciele, kelnerzy, muzycy, dziennikarze. Ty też tu byłaś, Lizzi?
– Dobrze wiesz, że byłam. Moja notatka o przyjęciu ukazała się dzisiaj rano w wydaniu krajowym.
– O której tu przyszłaś i kiedy wróciłaś do domu?
– Przyszłam mniej więcej o dziewiątej razem z Jackiem Danzigiem, pianistą, a wyszłam kilka minut po jedenastej.
– Pianista został?
– Tak. Przesłuchujesz mnie, mój drogi?
– Owszem. Dlaczego nie wyszliście razem?
– Ponieważ miałam wstać o trzeciej nad ranem, żeby jechać na konferencję prasową, i chciałam się przedtem przespać dwie, trzy godziny.