– Jackie wiedział, że wyszłaś bez niego?
– Tak. Pożegnałam się z nim przed wyjściem. Nie myślisz chyba, że to on zamordował Aleks?!
– Nic nie myślę. Kto widział, jak wychodziłaś?
– Skąd mam wiedzieć, kto widział, jak wychodziłam?! Wszyscy. Nikt szczególny. Kogo w ogóle interesuje, kiedy przychodzę czy wychodzę? Ja nie zabiłam Aleksandry Hornsztyk.
– Nie powiedziałem, że zabiłaś.
– To po co te wszystkie pytania?
– Macie listę gości? – zapytał Adulam przymilnym głosem i utkwił w Bencim proszące spojrzenie, dokładnie takie, jakie Benci lubił.
Przebiegły wąż – stwierdziła w duchu Lizzi.
– Tak. Właśnie ją sprawdzamy. Zawsze się zdarza, że ktoś zaproszony nie przyszedł, ktoś inny przyprowadził towarzyszkę albo w ostatniej chwili zmieniono kelnerkę. Morderstwa dokonano gdzieś między jedenastą a za kwadrans druga.
– Rozmawiałam z nią o jedenastej. Z nią i Jackiem Danzigiem – powiedziała Lizzi.
– Została zastrzelona z broni swojego męża. Miał na nią pozwolenie. Znaleźliśmy tylko jeden odcisk palca – Hornsztyka. Strzał oddano na tylnym podwórku, z bliskiej odległości, w tył głowy, kiedy ofiara siedziała na kamiennej ławeczce koło basenu. Z oczywistych względów samobójstwo nie wchodzi tu w grę. Za pięć dwunasta jeden z wynajętych kelnerów zapytał gospodarza, czy podać kawę. Ten kazał mu zwrócić się z tym do gospodyni. Wtedy kelner odparł, że nie mógł jej znaleźć. Hornsztyk więc polecił podać kawę.
Benci przerwał na moment potok wymowy i rozejrzał się po pokoju. Filipinka nakryła stół obrusem i ustawiła na nim półmiski z kanapkami oraz dzbanki z kawą i herbatą, zupełnie jakby przyjęcie trwało nadal. Hornsztyk oparł głowę na rękach, oczy miał zamknięte. Można by pomyśleć, że boi się tego, co mógłby ujrzeć. Rodzice Aleks zaciągnęli dzieci do stołu, przekonując je po cichu, żeby „wzięły coś do ust”. Miriam została sama na kanapie. Jej nikt nie zaproponował, by „wzięła coś do ust”. Przez chwilę na jej twarzy znać było obrazę, potem wstała, podeszła do barku, otworzyła go i nalała sobie drinka. Aszbel, który dotąd stał w pobliżu inspektora i dziennikarzy i przysłuchiwał się ich rozmowie, podszedł szybko do żony i dotykając jej ramienia, szepnął coś do ucha. Strząsnęła jego rękę i odwrócona plecami do zgromadzonych w pokoju, wypiła jednym haustem.
– Goście zaczęli wychodzić – mówił Benci – i oczywiście chcieli pożegnać się z gospodynią, ale ponieważ jej nie było, zadowolili się wymianą grzeczności z bohaterem przyjęcia. Hornsztyk twierdzi, że nie miał pojęcia, gdzie się podziała. Ponieważ musiał stać przy wyjściu, ściskać ręce, odpowiadać na podziękowania, i tak dalej, zawołał w końcu szwagierkę i poprosił, żeby odszukała Aleks. Miriam w odpowiedzi posłała mu wulgarną odżywkę. Była pijana.
– Tak – potwierdziła Lizzi. – Też mogę zaświadczyć, że była pijana.
– Mąż Miriam, Neeman Aszbel, usłyszał, że podniosła głos, i podszedł sprawdzić, co się stało. Hornsztyk poprosił go, żeby odnalazł Aleks. Aszbel przeszukał pokoje na piętrze, na parterze, ogród, piwnicę i wreszcie znalazł ją siedzącą na ławce przy basenie. Martwą. Było to o pierwszej czterdzieści pięć.
– Lizzi, co się stało? – usłyszała nagle Beniego Adulama.
Jego głos był stłumiony i docierał do niej jak z oddali. Czuła, że Beni sadza ją na fotelu i dłonią naciska jej kark, tak by opuściła głowę.
– Spuść głowę, spuść głowę między kolana, właśnie tak. Nie, nie wstawaj. Wytrzymaj tak przez chwilę.
Głosy w pokoju znów zaczęły do niej docierać. Lizzi strząsnęła jego dłoń z karku i wyprostowała się. Ujrzała twarz Benciego, który patrzył jej prosto w oczy.
– Jeżeli sądzisz, że można sypiać po trzy godziny na dobę, to rób tak dalej. Jestem pewien, że nic jeszcze dzisiaj nie jadłaś.
– Mój szef groził, że przyśle Dorona Cementa. Muszę mieć ten artykuł.
– Lizzi, idziesz do łóżka. To, co wiemy dotychczas, tak czy owak ukaże się w porannych gazetach.
– I co z tego?
Mieszkańcy Beer Szewy zdążyli już zapomnieć, że „Czas Południa” to tylko lokalny dodatek „Czasu” krajowego. Nie miała wątpliwości, że Adulam także znalazł się tutaj z myślą o krajowym wydaniu „Dziennika”.
Benci popatrzył na nią podejrzliwie, jakby próbował rozwiązać następną zagadkę. Lizzi nigdy nie mdlała. Już prędzej doprowadzała do tego innych. Teraz widziała oczami wyobraźni, jak Aszbel szuka Aleks, zagląda to tu, to tam, wreszcie dociera do pokoju Filipinki i znajduje zakrwawione prześcieradło. Nikt nawet słowem nie wspomniał o tym prześcieradle. Kto w ogóle je widział? Kto o nim wiedział oprócz Hornsztyka? Filipinka? Aszbel? Policja? Benci niczego przed nimi nie taił. Gdyby znaleziono zakrwawione prześcieradło, powiedziałby i o tym. Czy Hornsztyk postarał się je ukryć? Jeśli tak, to co pomyślała Filipinka, gdy odkryła, że jej prześcieradło znikło? Lizzi zapragnęła porozmawiać z małą służącą i z trudem wyperswadowała sobie ten pomysł.
– Chodź, Lizzi – powiedział Adulam. – Pójdziemy na kawę.
– Jadę do redakcji.
– Pójdziesz z Adulamem – szepnął wściekle Benci. – Zadbaj o to, żeby coś zjadła i poszła spać – zwrócił się do reportera. – Skończyłaś pracę na dzisiaj. Jeśli dowiemy się czegoś nowego, na pewno ciebie poinformuję.
Lizzi nawet nie raczyła się pożegnać. Ciężko stąpała po marmurowej posadzce w stronę wyjścia. Policjant, który stał przy drzwiach, przylgnął do ściany, żeby mogli przejść, i mruknął „dobranoc”. Dobranoc? – pomyślała Lizzi i zdała sobie sprawę, że jest dziewiąta wieczór.
– Gdzie zjemy? – spytał Adulam.
– Ja zjem w domu. Mam wrażenie, jakbym wyszła z niego dwa lata temu.
– Ja też.
– Ty zdążyłeś wrócić, wziąć prysznic i zjeść.
– Skąd wiesz?
– Zmieniłeś koszulkę.
– Zwróciłaś uwagę na moją koszulkę! To miłe. Chodź, pojedziemy na Smilanski. W Cafe Moskwa dają pyszny barszcz.
– Nie cierpię barszczu.
Lizzi wsiadła do swojego samochodu, zatrzasnęła drzwi, zapięła pas i przekręciła klucz w stacyjce. W lusterku nad głową mogła zobaczyć Adulama stojącego nieruchomo na chodniku. Pewnie, dokąd ma się spieszyć? Barszcz mu ucieknie? Cement go goni? Lepiej się nie oszukiwać. Dawno minęły czasy, kiedy reporter „Dziennika Południa” zadowalał się barwną historyjką o niemowlętach. Trzeba było uznać oczywisty fakt: Adulam miał ambicję.
Rozdział 5
Goldner, zatrudniony w sklepie Lubicza, ustawił stos skrzynek z winem na wózku, wypchnął go na zewnątrz i tam załadował na ciężarówkę. Za każdym razem, gdy wchodził do sklepu, przepraszał Lizzi, że każe jej czekać.
– Ech, ta policja. Jak nie nakłada grzywny, to zabiera koncesję.
Coś w jego głosie przywodziło na myśl studenta jesziwy czytającego Gemarę. Powierzchowność mężczyzny zdawała się potwierdzać to wrażenie. Wyglądał na jakieś pięćdziesiąt lat. Miał rudą brodę i pejsy, nosił wielką jarmułkę, a spod ubrania wystawały końce tałesu, na który włożył koszulę z podwiniętymi rękawami. Lizzi wiedziała, że wziął ją za klientkę, i nie zamierzała prostować tej pomyłki. Jeśli będzie czuł się winny, prędzej coś z niego wyciągnie.
Rankiem, po dwunastu godzinach nieprzerwanego snu, ożywczym prysznicu i gorącej mocnej kawie, Lizzi siedziała i rozważała dalsze kroki. Artykuł o morderstwie żony sędziego uratuje ich małą redakcję przed najazdem Cementa. Podczas owej burzliwej rozmowy z Arielim została między nimi zawarta niepisana umowa: ona dostarczy materiał, a on wstrzyma się na razie z mianowaniem nowego korespondenta z Południa. Lizzi nie wątpiła, że jeśli jej się nie powiedzie, Arieli bez wahania zrealizuje swoją groźbę. Dziennikarki dodatków lokalnych stanowiły w jego oczach niższą klasę, niezależnie od doświadczenia zawodowego i umiejętności.