Выбрать главу

Generał Rozwadowski był znany ze swego optymizmu, ale tym razem wydawało się, że ma doń podstawy. Przez łączność radiową lotniska mokotowskiego napływały meldunki, że Wielkopolska i Pomorze w pełni popierają legalne władze, że korzystna jest również sytuacja w Krakowie i Katowicach, że wezwany ze Lwowa generał Sikorski odmówił wprawdzie pod pretekstem zagrożenia wschodniej granicy przyjazdu i przysłania posiłków, lecz deklarował lojalność wobec rządu.

14 maja o 5.00 ruszyło natarcie piłsudczyków na Belweder i Pole Mokotowskie. Piłsudczycy mieli już w tym czasie znaczną przewagę: dysponowali około 8500 żołnierzy wobec 2200 żołnierzy strony rządowej. Sytuacja mogła się jednak zmienić, bo przed południem dotarły do Warszawy wspierające rząd pułki poznańskie. Wysłano generała Michała Żymirskiego, aby jak najszybciej przeprowadził je w rejon Belwederu. Pod jego dowództwem znalazło się około 1500 żołnierzy, a w drodze były dalsze posiłki - łącznie około 6000 żołnierzy.

Generał Żymirski zawiódł jednak całkowicie. Wdał się w potyczki z drugorzędnymi oddziałami piłsudczyków, opóźniając przez to swój marsz. Dotarł na Pole Mokotowskie już po zajęciu lotniska przez piłsudczyków i wobec tego zarządził odwrót do Ożarowa. W ten sposób ostatnia szansa na zdławienie rokoszu została przekreślona.

A przecież nie musiało tak być. Gdyby wysłano sprawniejszego generała, pułki poznańskie dotarłyby na czas i rzucone do walki mogłyby przechylić szalę zwycięstwa. To był jedyny moment, w którym strona rządowa mogła odnieść sukces.

Zmuszony do kapitulacji Piłsudski zostałby zapewne osadzony w areszcie domowym w Sulejówku. Należy wątpić, czy władze zdecydowałyby się postawić przed sądem Pierwszego Marszałka Polski, zwycięskiego wodza naczelnego w wojnie 1920 roku. Natomiast jego zwolenników wymieciono by z wojska żelazną miotłą. Tym bardziej że byli nielubiani za koteryjność, arogancję, demonstrowanie wyższości. Najbardziej prominentni piłsudczycy znaleźliby się w więzieniu, inni na marginesie życia politycznego.

Za polityczne wsparcie rokoszu zapłaciłyby też stronnictwa lewicy - PPS i PSL „Wyzwolenie". W najbliższych wyborach parlamentarnych poniosłyby zapewne dotkliwą porażkę. Strajk górników brytyjskich, który wybuchłby niezależnie od sytuacji w Polsce, otworzyłby nowe rynki zbytu dla polskiego węgla, co spowodowałoby wyraźne polepszenie sytuacji gospodarczej. Nastąpiłoby umocnienie rządów centrum i prawicy. Pytanie, na jak długo, bo wielki kryzys uderzyłby przecież w Polskę z tą samą siłą.

Zapewne odbudowałby swą pozycję w armii i w polityce generał Władysław Sikorski, a prezydent Wojciechowski po upływie kadencji zostałby ponownie wybrany. Ignacy Mościcki byłby nadal wybitnym uczonym, w tej roli czasami zapraszanym na Zamek. Znali się z Wojciechowskim jeszcze z czasów wspólnej działalności w ruchu socjalistycznym.

Natomiast generał Żymierski zostałby odpowiednio uhonorowany i oczywiście nie wytoczono by mu procesu o korupcję przy zakupie masek gazowych, której przecież się dopuścił.

Porażka Piłsudskiego umocniłaby oczywiście gabinet Wincentego Witosa. Ten chłopski polityk już dwukrotnie udowodnił, że potrafi być stanowczy. Po raz pierwszy, gdy w obliczu zagrożenia istnienia niepodległej Polski powołany został w nocy z 20 na 21 lipca 1920 roku przez Radę Obrony Państwa na premiera rządu. Potrafił zmobilizować nie tylko masy chłopskie, ale i całe społeczeństwo do największego wysiłku wojennego. Po raz drugi stanął na czele rządu kilka miesięcy po zamordowaniu prezydenta Gabriela Narutowicza. Witos obejmował gabinet w fatalnej sytuacji gospodarczej. Załamanie systemu finansowego spowodowało lawinowo postępującą inflację, a tym samym wzrost niezadowolenia społecznego.

Jesienią 1923 roku rozpoczęła się fala strajków w przedsiębiorstwach państwowych. 3 listopada Polska Partia Socjalistyczna zapowiedziała na 5 listopada strajk powszechny. Rząd odpowiedział wprowadzeniem stanu wyjątkowego. 6 listopada w Krakowie i Borysławiu doszło do krwawych starć. Zginęło 14 żołnierzy i 21 robotników. Dwa dni później w Tarnowie w starciu z wojskiem zginęło pięciu robotników.

W połowie grudnia 1923 roku prawicowo-centrowy gabinet Witosa utracił w sejmie większość. Witos okazał się politykiem stanowczym, lecz nieskutecznym.

Gdyby Piłsudski przegrał w maju 1926 roku, Witos okazałby się politykiem nie tylko stanowczym, lecz także skutecznym. Zapewne dążyłby do przyspieszenia wyborów parlamentarnych, które przyniosłyby PSL „Piast" i endecji stabilną większość. Umiałby wykorzystać tę sytuację do przeprowadzenia reform wzmacniających władzę wykonawczą kosztem ustawodawczej. Takie plany przestawił już w 1923 roku. Gdyby udało mu się zrealizować te zamierzenia, byłby najdłużej urzędującym premierem w II RP.

W powołanym 10 maja 1926 roku rządzie Witosa kierownikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych został Kazimierz Morawski, co oznaczało rozwiązanie tymczasowe. Roman Dmowski, który w poprzednim gabinecie Witosa przez kilka miesięcy był ministrem spraw zagranicznych, okazał się najgorszym chyba z dotychczasowych ministrów. A i sam nie miał na to stanowisko ochoty. Być może powierzono by je wybitnemu publicyście, bliskiemu współpracownikowi Dmowskiego, wówczas ambasadorowi w Rzymie Stanisławowi Kozickiemu. Zafascynowany faszyzmem włoskim nadałby stosunkom z Rzymem ważniejszą rolę, ale na tym nie można by oprzeć polskiej polityki zagranicznej. Szukałby zbliżenia z Francją, lecz Paryż pozostałby wstrzemięźliwy wobec polskich awansów.

W stosunkach z Niemcami nic by się nie zmieniło, bo o ich charakterze decydowano nie w Warszawie, lecz w Berlinie. Po dojściu Hitlera do władzy mogłoby dojść do współpracy polsko-niemieckiej, gdyż na przykład Roman Dmowski był zafascynowany ideologią Hitlera. Akces polski do paktu antykominternowskiego jednak nie wchodził w grę.

Można więc przypuszczać, że w polskiej polityce zagranicznej nie byłoby istotnych zmian. W polityce wewnętrznej postępowałby proces ograniczania demokracji, bo taka była wówczas tendencja. Pamiętajmy, że z nowych państw utworzonych po I wojnie światowej tylko Czechosłowacja zachowała system demokratyczny.

Włodzimierz Borodziej

CO BY BYŁO, GDYBY POLACY WYGRALI POWSTANIE WARSZAWSKIE W 1944 ROKU?

I. KALENDARIUM 22-25 lipca 1944 roku

Gdyby pogoda była inna, losy powstania warszawskiego, a także dalsze Polski mogłyby wyglądać zupełnie inaczej. Wyobraźmy więc sobie, że:

20 lipca

W nocy nad Prusami Wschodnimi zebrały się potężne chmury. Rano letnia ulewa zamienia się w burzę. Narada z udziałem pułkownika Clausa Schenka von Stauffenberga przeniesiona zostaje z baraku, w którym zazwyczaj się odbywała, do podziemnego bunkra przy apartamencie Adolfa Hitlera. W czasie kiedy trwa gorączkowe przenoszenie map i teczek z raportami, Stauffenberg uzbraja oba zapalniki, wkłada bomby do teczki i schodzi do schronu. Wychodzi z narady zgodnie z planem, po kilkunastu minutach. Kiedy jego samolot startuje z lotniska polowego kwatery głównej, z centralnego bunkra wydobywa się jakiś przedziwny dźwięk - jakby jęknęła ziemia - potem strzela wielki płomień, za nim kłęby dymu, które szybko zasłaniają horyzont. Po wylądowaniu w Berlinie daje rozkaz rozpoczęcia operacji „Walkiria".

Zamieszanie trudno sobie wyobrazić. Spiskowcy każą aresztować wojsku prominentów SS i policji, tłumacząc, że wódz zginął w zamachu, a aparat Heinricha Himmlera (szefa SS, Gestapo i ministra spraw wewnętrznych Rzeszy) próbuje przejąć władzę. Jedni oficerowie wykonują rozkaz, inni nie. Radio Berlin co chwila informuje, że Führer - choć ciężko ranny - przeżył zdradziecki zamach i przekazał swoje stanowiska Hermannowi Göringowi, dowódcy niemieckiego lotnictwa wojskowego (Luftwaffe). Göring milczy. Przemówienie radiowe wygłasza za to minister propagandy Joseph Goebbels, zapowiadając natychmiastowe i bezwzględne ukaranie „zbrodniarzy, którzy podnieśli rękę na największego syna narodu niemieckiego". Mieszkańcy okupowanych stolic Europy, zdezorientowani tak samo jak wszyscy inni, obserwują ze zdziwieniem nagłe przemarsze kolumn wojskowych, drużyny strzeleckie, zajmujące miejsce pod siedzibami Gestapo, samochody pancerne pod komendanturami Wehrmachtu. Dywizja pancerna „Hermann Göring", świeżo załadowana do kilkunastu transportów kolejowych na froncie włoskim, otrzymuje wieczorem nowy rozkaz: zamiast na front wschodni w okolicach Wisły udać się do Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego. Żołnierze piją z radości całą noc. 450 kilometrów dalej na zachód - to może być różnica życia i śmierci.