— Żeby chociaż na następny rok przedłużyli — mówił, zaciskając pięści.
— No, powiedzmy, że przedłużą — odrzekł drugi. — A potem? Minie rok i znowu to samo. Znów zaczniesz łykać walidol…
— Nakradnę forsy — cicho, jak gdyby w sekrecie i jak gdyby żartem powiedział pierwszy.
— A dalej co?
— Dalej? Dalej mam poważny i przemyślany plan… — Naparł całym ciałem na stolik i nalał sobie wódki. — Brakuje mi pięciuset tysięcy — oznajmił. -1 taką właśnie sumę chcę ukraść.
— Co to za plan?
— Nie powiesz nikomu? Słuchaj…
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, długo tam gmerał i wreszcie wyjął złożony we czworo arkusik glansowanego papieru.
— O — powiedział — tu jest napisane… Królestwo Bhutanu. Jedyny kraj na świecie, gdzie telewizja jest zakazana. Rozumiesz? Całkowity zakaz. Piszą tutaj, że w pobliżu stolicy istnieje tam spora kolonia, w której mieszkają byli magnaci telewizyjni. Jeżeli przez całe życie pracujesz w telewizji, najlepsze, co możesz zrobić, kiedy z tym skończysz — to wyjechać do Bhutanu.
— I na to potrzebujesz pół miliona?
— Nie. Tutaj muszę zapłacić, żeby mnie potem nie szukali w Bhutanie. Wyobrażasz sobie? Zabronione! Ani jednego telewizora, tylko w kontrwywiadzie. I w ambasadach!
Jego rozmówca wziął arkusik, rozłożył go i zaczął czytać.
— To znaczy — ciągnął pierwszy — jeżeli ktoś ukrywa u siebie telewizor i dowiedzą się o tym władze, przychodzi do niego policja, rozumiesz? Biorą takiego pederastę i wsadzają do ciupy. A może w ogóle rozstrze— liwują.
Słowo „pederasta” wymawiał z owym ostrym jak świst szabli przydechem, jaki można usłyszeć tylko u utajonych homoseksualistów, którzy sami się pozbawili rozkoszy miłości w imię opacznie pojętej umowy społecznej. Drugi wszystko rozumiał i wszystko wybaczał — przeglądał artykuł.
— Aha — odezwał się — to z jakiegoś tygodnika. Rzeczywiście ciekawe… Kto to napisał? Zaraz… Jakiś Eduard Debirsjan…
O mało nie przewróciwszy krzesła, Tatarski wstał i ruszył do toalety. Nie zdziwił go stosunek „telewizorów” do własnej pracy, chociaż stopień duchowej degeneracji tych ludzi dawał powody do przypuszczeń, że niektórzy z nich nawet lubią tę swoją robotę. Dobiło go co innego. Sasza Bloo miał pewne dziwactwo — materiały, które mu się podobały, podpisywał prawdziwym nazwiskiem. A najbardziej na świecie lubił podawać wytwory swojej rozbuchanej wyobraźni za kronikę realnych wydarzeń — choć pozwalał sobie na to dosyć rzadko.
Rozsypawszy smużkę kokainy bezpośrednio na zimnym białym policzku spłuczki, Tatarski, nie rozgniatając grudek, wciągnął ją przez zwiniętą sturublówkę (dolary już mu się skończyły), wyjął notes i zapisał:
Ściana, na której namalowano panoramę nieistniejącego świata, sama z siebie się nie zmienia. Ale za bardzo dużą sumę można kupić w charakterze widoku za oknem namalowane słońce, lazurową zatokę i cichy wieczór. Niestety, autorem tego fragmentu też będzie Edik — jednak nawet to nie wydaje się ważne, jako że samo okno, do którego kupuje się widok, także jest namalowane. A wobec tego może i ściana jest namalowana? Ale przez kogo i na czym?
Podniósł wzrok na ścianę toalety, jakby w nadziei, że ujrzy tam odpowiedź. Na kafelkach widniały nakreślone czerwonym flamastrem wesołe okrągłe litery hasła:
TRAPPED? MASTURBATE!
Wróciwszy na salę, usiadł jak najdalej od showmanów i usiłował się zastosować do ludowej maksymy — odprężyć się i zażyć przyjemności. Niestety jednak, bez skutku — jak zawsze. Obrzydliwa moskiewska kokaina, mieszana niemytymi rękami długiego łańcuszka dealerów, pozostawiała w nosie i gardle cały bukiet aptecznych zapachów — od streptocydów po aspirynę — i budziła w ciele ciężkie napięcie i dygot. Chodziły słuchy, że proszek, za którego jeden gram bierze się w Moskwie sto pięćdziesiąt dolarów, nie jest żadną kokainą, tylko mieszanką estońskiego środka pobudzającego z rosyjskim asortymentem farmaceutycznym; na domiar złego, połowa dealerów nie wiedzieć czemu zawsze pakowała proszek w kolorową reklamę toyoty camry, wyciętą z jakiegoś tygodnika, i Tatarskiego nieznośnie dręczyła myśl, że robią kasę nie tylko na cudzym zdrowiu, ale i na public relations. Za każdym razem pytał sam siebie, po co on i inni płacą taką forsę, żeby znów zaaplikować sobie poniżający i niehigieniczny zabieg, w którym nie ma ani jednej sekundy prawdziwej przyjemności, tylko następujący momentalnie, ale mijający powoli kac. Jedyne wytłumaczenie, jakie mu przychodziło do głowy, było następujące: ludzie wąchają nie kokainę, ale pieniądze, i zwinięty studolarowy banknot, którego wymaga niepisany rytuał, jest nawet ważniejszy od samego proszku. Gdyby kokainę sprzedawano w aptekach po dwadzieścia kopiejek za gram jako środek do płukania dziąseł przy bólu zębów, pomyślał, wąchałyby ją tylko punki. Za to gdyby klej Moment kosztował tysiąc dolarów za tubę, chętnie wąchałaby go cała moskiewska złota młodzież i należałoby do dobrego tonu roztaczać wokół’siebie na prezentacjach i koktajlach ulotny chemiczny zapach, uskarżać się na zanik neuronów w mózgu i długo przesiadywać w toalecie. Kolorowe tygodniki poświęcałyby przejmujące cover stories estetyce foliowej torby, naciąganej na głowę przy tej procedurze (pisałby, oczywiście, Sasza Bloo), i dyskretnie przemycałyby w tych materiałach reklamę jakichś zegareczków, majteczek i wód toaletowych…
— O! — wykrzyknął Tatarski, klepnął się w czoło, wyciągnął notes i otworzył go na literze „W”:
Wody toaletowe linii młodzieżowej (niezależnie od producenta) — zapisał. — Skojarzyć z pieniędzmi i cesarzem Wespazjanem (nacisk na szalety, slogan „Pieniądze nie cuchną”). Scenariusz dowolny. Przykład:
PIENIĄDZE PACHNĄ!
BENJAMIN NOWA WODA TOALETOWA — HUGO BOSS
Schował notes i poczuł, że apogeum wstrętnego posmaku już minęło, że absolutnie jest w stanie dojść do baru i zamówić coś do wypicia. Miał ochotę na teąuilę, ale dotarłszy do barmana, nie wiadomo czemu wziął smirnoffa, którego nie znosił. Wychylił kieliszek od razu przy barze, wziął jeszcze jeden i wrócił do swego stolika, do którego zdążył się tymczasem dosiąść jakiś gość. Był to facet około czterdziestki, z długimi tłustymi włosami i bródką, ubrany w jakąś niewydarzoną kurtczynę z haftami — z wyglądu typowy były hipis, jeden z tych, co nie potrafili się dopasować ani do przeszłości, ani do teraźniejszości. Z szyi zwisał mu duży miedziany krzyż.
— Przepraszam — powiedział Tatarski. — Ja tu siedziałem.
— I siedź sobie na zdrowie — odparł sąsiad. — Co, cały stolik ci potrzebny?
Tatarski wzruszył ramionami i usiadł naprzeciw niego.
— Na imię mi Grigorij — odezwał się życzliwie przybysz.
Tatarski podniósł na niego umęczone oczy.