Tatarski wszedł na szczyt budowli bez żadnych przygód. W wieżyczce windy wszystko wyglądało jak przedtem — puste butelki i stół na środku.
— No — zapytał głośno Tatarski — i gdzie tu jest bogini?
Nikt nie odpowiedział, tylko było słychać, jak gdzieś w dole szumi na wietrze jesienny las. Tatarski oparł się o ścianę, zamknął oczy i zaczął nasłuchiwać. Z niewiadomego powodu uznał, że to szumią wierzby, i przypomniał sobie linijkę z zasłyszanej w radiu piosenki: „To siostry smutku, co w wierzbach mieszkają”. I od razu w cichym szeleście drzew dały się słyszeć urywane kobiece głosy, które wydały mu się echem jakichś dawno słyszanych słów, zabłąkanych w zakamarkach pamięci.
„Czy oni wiedzą — szeptały ciche głosy — że w ich szeroko znanym świecie nie ma niczego oprócz głębokich ciemności — ani wdechu, ani wydechu, ani lewego, ani prawego, ani piątego, ani dziesiątego? Czy wiedzą, że o tym, iż są szeroko znani, nie wie nikt?”
„Wszystko jest całkiem odwrotnie, niż myślą ludzie — nie ma ani prawdy, ani fałszu, istnieje tylko jedna nieskończenie jasna, czysta i prosta myśl, podobna do kropli atramentu, która wpadła do szklanki z wodą. I kiedy człowiek przestaje się kłębić w tej czystej jasności, zupełnie nic się nie dzieje i okazuje się, że życie to po prostu szelest firanek w oknie dawno zburzonej wieży, i każda nitka w tych firankach myśli, że wielka bogini jest przy niej. I bogini rzeczywiście jest przy niej”.
„Kiedyś i my, i ty, ukochany, byliśmy wolni — po co stworzyłeś ten straszny, potworny świat?”
— A czyż ja to uczyniłem? — wyszeptał Tatarski.
Nikt nie odpowiedział. Tatarski otworzył oczy i wyjrzał przez drzwi. Nad linią lasu wisiała chmura podobna do niebiańskiej góry — była tak potężna, że nieskończona głębia nieba, zapomniana jeszcze w dzieciństwie, znów stała się widoczna. Na jednym ze zboczy chmury znajdował się wąski, spiczasty występ, podobny do majaczącej przez mgłę wieży. W Tatarskim coś drgnęło — przypomniał sobie, że kiedyś on sam miał w swym wnętrzu efemeryczną niebiańską substancję, z której składała się ta biała góra i ta wieża. I wówczas — dawno, dawno temu, chyba jeszcze przed urodzeniem — z łatwością sam mógł się stać taką chmurą i wzbić się na sam szczyt wieży. Życie jednak zdążyło już wyprzeć ową dziwną substancję z jego duszy; pozostało jej zaledwie tyle, by móc przypomnieć sobie o niej na sekundę i natychmiast utracić to wspomnienie.
Tatarski spostrzegł, że podłoga pod stołem jest przykryta kilkoma zbitymi razem deskami. Zajrzał w szparę między nimi i zobaczył czarną dziurę wielopiętrowej przepaści. No tak, przypomniał sobie, to szyb windy. A tu maszynownia, tak jak w pomieszczeniu, gdzie mieści się ten cały render. Brakuje tylko ochroniarzy z automatami. Usiadł przy stole i ostrożnie postawił stopy na deskach. Najpierw ogarnął go lęk, że deski załamią mu się pod stopami i runą wraz z nim w dół, do głębokiego szybu, na którego dnie nagromadziły się przez lata całe pokłady śmieci. Ale deski były grube i dobrze trzymały.
W pomieszczeniu wyraźnie ktoś bywał, najprawdopodobniej okoliczni bezdomni. Na podłodze leżały świeżo rozdeptane niedopałki, a na stole strzęp gazety z tygodniowym programem telewizyjnym. Tatarski odczytał tytuł ostatniego programu tuż nad nierównym, oderwanym brzegiem:
0:00 — Złota komnata
Co to za program? — pomyślał. Chyba coś nowego. Oparł brodę na skrzyżowanych rękach i zapatrzył się w fotografię biegnącej po piasku kobiety, wiszącą tam gdzie poprzednio. W świetle dnia stały się widoczne wybrzuszenia i plamy, jakie powstały na papierze z wilgoci. Jedna plama znajdowała się akurat na twarzy bogini, która w dziennym oświetleniu wydawała się zniekształcona, dziobata i stara. Tatarski dopił resztę wódki i zamknął oczy.
Krótki sen, który mu się przyśnił, był bardzo dziwny. Szedł po piaszczystej pląźy w stronę błyszczącego w słońcu złotego posągu — był jeszcze daleko, ale już dawało się dostrzec, że jest to kobiecy tors bez głowy i rąk. Obok Tatarskiego wolno dreptał sirruf, którego dosiadał Giriejew. Sirruf był smutny i przypominał zajeżdżonego osiołka, a jego złożone na grzbiecie skrzydła wyglądały jak stare wojłokowe siodło.
— Wypisujesz slogany reklamowe — mówił Giriejew — a czy znasz ten najważniejszy? Można by rzec, bazowy?
— Nie — odparł Tatarski, mrużąc oczy w złotym blasku.
— No to ci powiem. Słyszałeś określenie „Sąd Ostateczny”, „Straszny Sąd”?
— Słyszałem.
— W rzeczywistości nie ma w nim nic strasznego. Poza tym, że rozpoczął się już dawno i wszystko, co się z nami dzieje, to po prostu etapy eksperymentu śledczego. Zastanów się — czyż dla Boga to coś trudnego w kilka sekund stworzyć z niczego ten świat z całą jego wiecznością i nieskończonością, aby doświadczyć jedną jedyną stojącą przed nim duszę?
— Andriej — odpowiedział Tatarski, zerkając na przydeptane kapcie Giriejewa, tkwiące w sznurkowych strzemionach — daj spokój, dobra? Ja mam już dosyć gówna w pracy. Mógłbyś chociaż ty mnie nie dręczyć.
Złota komnata
Kiedy Tatarskiemu zdjęto przepaskę z oczu, był już zupełnie przemarznięty. Zimno mu było zwłaszcza w bose stopy, dotykające kamiennej podłogi. Otworzył oczy i zobaczył, że stoi w drzwiach obszernego pomieszczenia, przypominającego kinowe foyer, w którym odbywa się coś w rodzaju przyjęcia koktajlowego. Od razu spostrzegł dziwną rzecz — w wyłożonych żółtym kamieniem ścianach nie było ani jednego okna, za to jedna ze ścian była lustrzana, dzięki czemu oświetlona jasnymi halogenowymi lampami sala wydawała się znacznie większa niż w rzeczywistości. Zgromadzeni w sali ludzie rozmawiali cicho i oglądali rozwieszone na ścianach arkusze papieru z maszynowym tekstem. Mimo że Tatarski stał w drzwiach całkiem goły, zebrani nie zwracali nań szczególnej uwagi — tylko dwie czy trzy osoby obrzuciły go obojętnym spojrzeniem. Tatarski wiele razy widniał w telewizji właściwie wszystkich, którzy znaleźli się na sali, ale osobiście nie znał nikogo poza Far— sukiem Sejful-Farsiejkinem, stojącym pod ścianą z kieliszkiem w ręku. Zauważył też sekretarkę Azadowskiego, Ałłę, pogrążoną w rozmowie z dwoma starszawymi playboyami — z rozpuszczonymi platynowymi włosami Ałła przypominała nieco grzeszną meduzę. Tatarskiemu wydało się, że gdzieś w tłumie mignęła kraciasta marynarka Morkowina, ale zaraz stracił ją z oczu.
— Idę już, idę — rozległ się głos Azadowskiego i on sam ukazał się w wejściu do jakiegoś wewnętrznego pomieszczenia. — Jesteś? Czemu stoisz w drzwiach? Wejdź, nie zjemy cię.
Tatarski ruszył w jego kierunku. Od Azadowskiego zalatywało alkoholem; w halogenowym świetle jego twarz wyglądała na zmęczoną.
— Gdzie jesteśmy? — spytał Tatarski.
— Jakieś sto metrów pod ziemią, w rejonie Ostankińskiego Stawu. Przepraszam za tę opaskę na oczach i całą resztę, ale przed rytuałem tak trzeba. Pieprzona tradycja. Boisz się?
Tatarski przytaknął i Azadowski zaśmiał się z satysfakcją.
— Olej to — powiedział. — Wszystko to pic na wodę. Przejdź się na razie, obejrzyj nową kolekcję. Rozwieszono ją dopiero przedwczoraj. A ja mam tu parę ważnych spotkań. — Podniósł rękę i strzelił palcami, przywołując Ałłę. — Ałła ci wszystko opowie. To jest Wawan Tatarski. Znacie się? Pokaż mu tutaj wszystko, okay?
Tatarski i sekretarka zostali sami.
— Od czego zaczniemy zwiedzanie? — zapytała Ałła z uśmiechem.
— Na przykład stąd — powiedział Tatarski. — A gdzie jest kolekcja?