Выбрать главу

— Ebich-Il? — powtórzył Tatarski i przypomniał sobie, że widział zdjęcie tej figurki z Luwru. Liczyła sobie kilka tysięcy lat i przedstawiała małego, chytrego człowieczka, wykonanego z lśniącego białego kamienia — z brodą, w dziwnej, jakby puszystej spódniczce, przypominającej krótkie bryczesy.

— Tego właśnie szczególnie lubię — powiedział Azadowski, zdejmując spodnie. — Na pewno budził się każdego rana i mówił: a ebich ich wszystkich… I dlatego całe życie był samotny. Zupełnie jak ja.

Otworzył szafkę i wyjął z niej dwie dziwne spódniczki ni to z piór, ni to z puszystej wełny. Rzucił jedną Tatarskiemu, drugą zaś wciągnął na swe czerwone kalesony od Calvina Kleina, co natychmiast upodobniło go do zatuczonego strusia.

— Dawaj komórkę — powiedział. — Na co czekasz? Przebieraj się. Potem weźmiesz te blachy i wchodź. Możesz wziąć, którą parę chcesz, tylko żeby namordnik pasował wielkością.

Azadowski wziął z przegródki maskę i zwierciadło, brzęknął nimi, podniósł maskę i popatrzył na Tatarskiego przez wycięte na oczy otwory. Mała złota twarz nieziemskiej urody, która jakby wychynęła z tłumu przebierańców na karnawale w Wenecji, tak dalece nie pasowała do jego porośniętego rudawym włosem beczkowatego tułowia, że Tatarski poczuł lęk. Azadowski zaśmiał się zadowolony z efektu, otworzył drzwi i zniknął w smudze złocistego światła.

Tatarski zaczął się przebierać. Spódniczkę, którą dał mu Azadowski, sporządzono z pozszywanych kawałków baraniej skóry o długim runie, naklejonych na nylonowe szorty Adidasa. Jako tako umocowawszy ją na sobie (gdyby nie widział figury Ebich-Ila, za nic by nie uwierzył, że starożytni mieszkańcy Dwurzecza naprawdę coś takiego nosili), Tatarski włożył maskę, która od razu mocno przylgnęła mu do twarzy, i wziął do ręki zwierciadło. Złoto i brąz były bez wątpienia prawdziwe — świadczył o tym nawet ich ciężar. Tatarski zrobił wdech jak przed skokiem do zimnej wody i pchnął drzwi z zębatym znakiem.

Pokój, w którym się znalazł, oślepił go złotym lśnieniem ścian i posadzki, oświetlonych studyjnymi reflektorami. Wyłożone blachą ściany biegły w górę, tworząc płynnie zwężający się stożek, jak gdyby pustą cerkiewną kopułę, pozłoconą od środka. Na wprost drzwi mieścił się ołtarz — sześcienny złoty postument, na którym spoczywało masywne kryształowe oko z tęczówką z emalii i lustrzaną źrenicą. Na posadzce przed ołtarzem stała złota czasza, a obu jej boków strzegły dwa kamienne sirrufy, pokryte resztkami malunków i pozłoty. Nad okiem wisiała płyta z czarnego bazaltu, wyglądająca na bardzo starą. W samym jej środku wyryty był egipski hieroglif „szybko”, a wokół jakieś fantastyczne postacie — Tatarski rozróżnił dziwnego psa o pięciu nogach i kobietę w wysokiej tiarze, która spoczywała na czymś w rodzaju sofy, a w rękach trzymała czaszę. Na brzegach płyty umieszczono wizerunki czworga zwierząt o przerażającym wyglądzie, a między psem i kobietą wyrastała z ziemi jakaś roślina podobna do rosiczki, tylko jej korzeń dzielił się na trzy długie odnogi, każda zaś była opatrzona niezrozumiałym znakiem. Poza tym na tablicy wyryto duże oko i ucho, a resztę miejsca zajmowały gęste kolumny pisma klinowego.

Azadowski w złotej masce, spódniczce i czerwonych kąpielowych klapkach siedział na składanym stołeczku w pobliżu ołtarza. Zwierciadło położył sobie na kolanie. Nikogo więcej Tatarski w pokoju nie zobaczył.

— To rozumiem! — przemówił Azadowski, unosząc kciuk. — Teraz wyglądasz jak trzeba. Co, masz tremę? Tylko nie próbuj być nielojalny, nie myśl, że my tutaj mamy pierdolca. Ja osobiście mam to gdzieś, ale jeżeli chcesz być w naszym biznesie, inaczej się nie da. No więc, teraz ci to wszystko wytłumaczę ogólnie, a jak chcesz dokładniej, to spytasz naszego głównego eksperta, zaraz tu będzie. Najważniejsze, żebyś to wszystko przyjął jak najprościej’i najspokojniej. Jeździłeś na obozy pionierskie?

— Jeździłem — odrzekł Tatarski, odnotowując sobie w duchu tego.głównego”.

— Urządzaliście tam sobie Dzień Neptuna? Kiedy wszystkich wrzucano do wody?

— Tak.

— No więc wyobraź sobie, że to też jest taki Dzień Neptuna. Tradycja. Krótko mówiąc, rzecz w tym, że była sobie kiedyś jedna starożytna bogini. Znaczy nie chcę powiedzieć, że istniała realnie, to po prostu taka legenda. A bogowie w tej historii też są śmiertelni i noszą w sobie swoją śmierć, całkiem jak ludzie. Dlatego kiedy przyszedł czas, ta bogini też musiała umrzeć. Ale, rzecz jasna, nie miała na to ochoty. I wtedy rozdzieliła się na swoją śmierć i to, co nie chciało umrzeć. Widzisz ten obrazek? — Azadowski wskazał palcem płaskorzeźbę. — Ten piasek to jej śmierć. A ta baba, co ma na głowie czako, to ona sama. Teraz słuchaj i nie przerywaj, bo ja sam nie bardzo kumam. Kiedy się rozdzielili, zaczęła się między nimi wojna, w której długo żadne z nich nie mogło zwyciężyć. Ostatnia bitwa tej wojny odbyła się dokładnie nad Stawem Ostankińskim, to znaczy tu, gdzie się teraz znajdujemy, tylko nie pod ziemią, ale wysoko w powietrzu. Dlatego uważa się, że jest to miejsce święte. Najpierw w tej bitwie długo nikt nie mógł zwyciężyć, a potem ten pies zaczął pokonywać boginię. Wtedy inni bogowie zlękli się o siebie, wtrącili się i zmusili ich do zawarcia pokoju. Tu właśnie to wszystko jest zapisane. To coś w rodzaju tekstu traktatu pokojowego, poświadczonego ze wszystkich czterech stron przez te byki i…

— … gryfony — podpowiedział Tatarski.

— Tak. A oko i ucho oznaczają, że wszyscy widzieli i wszyscy słyszeli. Krótko mówiąc, ten traktat dołożył obu stronom. Zgodnie z jego postanowieniami, boginię pozbawiono ciała i zdegradowano do rangi czystego pojęcia. Stała się złotem, ale nie po prostu metalem, tylko złotem w przenośni. Rozumiesz?

— Nie bardzo.

— Nie dziwota — westchnął Azadowski. — No więc, stała się tym, do czego dążą wszyscy ludzie, ale nie po prostu bryłą złota, która gdzieś leży, tylko całym złotem w ogóle. Jak gdyby ideą.

— Teraz rozumiem.

— A jej śmierć stała się kulawym psem o pięciu łapach, który musi spać wiecznym snem w pewnym dalekim kraju na północy. Z pewnością już się domyśliłeś, gdzie konkretnie. Jest tutaj na prawo, widzisz? Noga zamiast chuja. Nie daj Boże spotkać takiego psa na podwórku.

— Jak się ten pies nazywa? — zapytał Tatarski.

— Dobre pytanie. Szczerze mówiąc, nie wiem. A dlaczego pytasz?

— Czytałem coś w tym guście. W artykule naukowym.

— A co konkretnie?

— Długo by opowiadać — odparł Tatarski. — Zresztą nawet wszystkiego nie pamiętam.

— O czym był ten artykuł? O naszej firmie?

Tatarski zorientował się, że szef żartuje.

— Nie — powiedział. — O rosyjskich wulgaryzmach. Było tam napisane, że ordynarne słowa stały się obelżywe dopiero w czasach chrześcijańskich, a dawniej miały zupełnie inny sens i oznaczały nieprawdopodobnie starożytne pogańskie bóstwa. I wśród tych bóstw był taki kulawy pies Piździelec o pięciu łapach. W dawnych inskrypcjach oznaczano go dużą literą P, ujętą w dwa przecinki. Według legendy, śpi gdzieś w śniegach i dopóki śpi, życie płynie mniej więcej normalnie. A kiedy się budzi, atakuje. I dlatego u nas ziemia nie rodzi, Jelcyn jest prezydentem i tak dalej. Co do Jelcyna, to, rzecz jasna, jeszcze nie byli na bieżąco, ale cała reszta jest w porządku. Było tam również napisane, że najbliższe temu pojęcie, istniejące we współczesnej rosyjskiej kulturze, to młodzieżowe określenie „gamowier”. Od angielskiego: gameouer.