— Co to jest? Co się dzieje?
— Spokojnie — powiedział Farsiejkin. — Nic się nie dzieje. Wszystko się już stało.
— Dlaczego? — spytał Tatarski.
Farsiejkin wzruszył ramionami.
— Wielką boginię znużył mezalians.
— Skąd pan wie?
— W czasie misterium w Atlancie święta wyrocznia przepowiedziała, że w naszym kraju Isztar będzie miała nowego małżonka. Z Azadowskim już od dawna mieliśmy problemy, ale długo nie wiedzieliśmy, kim jest ten nowy. Powiedziano o nim tylko, że jest to człowiek noszący imię miasta. Myśleliśmy, myśleliśmy, szukaliśmy, a tu nagle przynoszą nam z działu pierwszego twoje akta. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie ty.
— Ja???
Zamiast odpowiedzi Farsiejkin dał znak Saszy Bloo i Malucie. Ci podeszli do zwłok Azadowskiego, wzięli je za nogi i wywlekli ze złotej komnaty do szatni.
— Ja? — powtórzył Tatarski. — Ale dlaczego ja?
— Nie wiem. Spytaj o to samego siebie. Mnie bogini jakoś nie wybrała. A jakby to świetnie brzmiało: człowiek, który porzucił imię…
— Który porzucił imię?
— Tak w ogóle to jestem Niemcem z Powołża. Kiedy kończyłem uniwersytet, w telewizji zaczęła się moda na ludzi pochodzenia kaukaskiego; akurat potrzebowali kogoś, kto zostałby korespondentem w Waszyngtonie. Byłem sekretarzem Komsomołu, więc do Stanów pierwszy w kolejce. No i na Łubiance zmienili mi imię i nazwisko. A zresztą to nieważne. Wybrańcem jesteś ty.
— A pan by się zgodził?
— Dlaczego nie? Pomyśl, jak to brzmi: małżonek wielkiej bogini! Stanowisko czysto rytualne, obowiązków żadnych, a możliwości olbrzymie. Właściwie nieograniczone. Ale oczywiście wszystko zależy od wyobraźni. Za rządów nieboszczyka sprzątaczka co rano posypywała dywan kokainą z wiadra. Nabudował sobie willi, nakupił jakichś obrazów… A poza tym niczego nie wymyślił. Mówiłem przecież — to był mezalians.
— A czy mogę odmówić?
— Nie sądzę — powiedział Farsiejkin.
Tatarski spojrzał w otwarte drzwi, za którymi odbywało’ się coś dziwnego — Maluta i Sasza Bloo wkładali Azadowskiego do kontenera w kształcie wielkiej zielonej kuli. Nienaturalnie wygięte zwłoki były już w środku; z otwartych drzwiczek sterczała owłosiona noga w czerwonym klapku, która za nic nie dawała się upchnąć do środka.
— Co to za kula?
— Korytarze są tu długie i wąskie — wyjaśnił Farsiejkin. — Nieść byłoby bardzo niewygodnie. A turla się z łatwością. I jak się wytoczy na ulicę, to też nikt o nic nie pyta. Sienią Wielin wymyślił to przed śmiercią. Cóż to był za dizajner… I zginął właśnie przez tego idiotę. Jak ja bym chciał, żeby Sienią to wszystko zobaczył!
— Dlaczego kula jest zielona?
— Nie wiem. Co za różnica? Nie szukaj we wszystkim symbolicznego sensu, Wawan, bo jeszcze się doszukasz. Na swoje nieszczęście.
Z szatni dobiegł cichy chrzęst i Tatarski skrzywił się.
— Mnie też kiedyś uduszą? — zapytał.
Farsiejkin wzruszył ramionami:
— Jak się już zorientowałeś, małżonkowie wielkiej bogini niekiedy się zmieniają. Ale to specyfika profesji. Jeżeli nie przewróci ci się w głowie, to z powodzeniem możesz dociągnąć do starości. I nawet dostać emeryturę. Przede wszystkim w razie jakichkolwiek wątpliwości przychodź do mnie. I słuchaj moich rad. Pierwsza jest taka: jak tylko obejmiesz gabinet Azadowskiego, usuń ten zapaskudzony koką dywan. Bo już krążą po mieście różne plotki i jacyś całkiem niepowołani ludzie pchają się na audiencję. Po co nam to?
— Dywan usunę. Ale jak wytłumaczymy całej reszcie, że zajmuję jego gabinet?
— Niczego nie trzeba im tłumaczyć. Wszystko rozumieją. Innych ludzi nie zatrudniamy.
Z szatni zajrzał Maluta, który zdążył się już przebrać. Na sekundę podniósł oczy na Tatarskiego, natychmiast je odwrócił i podał Farsiej— kinowi telefon komórkowy Azadowskiego.
— Wytaczać? — zapytał rzeczowo.
— Nie — powiedział Farsiejkin. — Wtaczać. Co się głupio pytasz?
Tatarski odczekał, aż ucichnie metaliczne dudnienie w długiej norze korytarza, i odezwał się cicho:
— Farsuku Karłowiczu, proszę mi zdradzić tajemnicę…
— Tak?
— Kto tak naprawdę tym wszystkim kieruje?
— Dobrze ci radzę: nie pchaj w to nosa — rzekł Farsiejkin. — Dłużej pobędziesz żywym bogiem. Zresztą szczerze mówiąc, ja sam nie wiem. A już tyle lat jestem w biznesie.
Podszedł do ściany za ołtarzem, otworzył kluczem małe ukryte drzwi i pochyliwszy się, wszedł do środka. Za drzwiami zapłonęło światło i Tatarski zobaczył wielką machinę, podobną do otwartej czarnej księgi, z dwoma pionowymi cylindrami z matowego szkła po obu stronach. Na zwróconej ku Tatarskiemu czarnej płaszczyźnie bielało słowo „Compuware” i jakiś nieznany symbol, a przed machiną stał fotel, przypominający krzesło dentystyczne z rzemieniami i czujnikami.
— Co to jest? — zapytał Tatarski.
— Skaner 3D.
— Po co?
— Zdejmiemy z ciebie obłok.
— Nie da się bez tego?
— Absolutnie. Wedle rytuału, stajesz się małżonkiem bogini, dopiero kiedy zostanie sporządzony twój hologram. Kiedy cię, że tak powiem, zamienią w animację komputerową.
— I co, potem będą ją wstawiać do wszystkich klipów i programów? Jak Azadowskiego?
— To twoja główna funkcja sakralna. Bogini rzeczywiście nie ma ciała, ale ma coś, co zastępuje jej ciało. W swej cielesnej naturze jest połączeniem wszystkich wykorzystanych w reklamie obrazów. I ponieważ objawia się za pośrednictwem obrazu telewizyjnego, ty, aby się stać na podobieństwo boga, musisz zostać przeobrażony. Wówczas będziecie mogli połączyć się mistycznie. Właściwie jej małżonkiem zostanie twój model 3D, a ty sam będziesz jakby… regentem. Podejdź tu.
Tatarski wzdrygnął się nerwowo, a Farsiejkin się zaśmiał.
— Ależ nie bój się. Skanowanie nie boli. To jak w kserokopiarce, tylko nie opuszcza się pokrywy… No dobrze, żartowałem. Pośpiesz się, bo czekają na nas na górze. To uroczysty wieczór, twoja prezentacja, że się tak wyrażę. Odprężysz się w gronie znajomych.
Tatarski ostatni raz popatrzył na bazaltową płytę z psem i boginią i zdecydowanie zanurkował w drzwi, za którymi czekał Farsiejkin. Ściany i sufit pokoiku pomalowano na biało; pomieszczenie było prawie puste — oprócz skanera mieścił się tu stół z pulpitem sterowniczym, a pod ścianami stało kilka kartonów po jakiejś aparaturze elektronicznej.
— Farsuku Karłowiczu, słyszał pan o ptaku Simurgu? — zapytał Tatarski, siadając w fotelu i opierając ręce na podłokietnikach.
— Nie. Co to za ptak?
— Jest taki orientalny poemat — powiedział Tatarski. — Sam go nie czytałem, znam ten utwór tylko ze słyszenia. Opowiada o tym, jak trzydzieści ptaków poleciało szukać swojego króla Simurga; przeszły wiele różnych prób i na koniec dowiedziały się, że słowo „Simurg” znaczy „trzydzieści ptaków”.