Выбрать главу

Przeanalizujmy klasyczny pozycyjny slogan „Sprite — the Uncola”. Użycie go w Rosji wydaje się jak najbardziej wskazane, ale z powodów nieco innych niż w Ameryce. Termin „Uncola” (czyli niecola) bardzo zręcznie plasuje firmę Sprite w opozycji wobec Pepsi-Coli i Coca-Coli, tworząc dla produktu szczególne miejsce w świadomości zachodniego konsumenta. Jednakże, jak wiadomo, w krajach Europy Wschodniej coca-cola jest raczej fetyszem ideologicznym niż napojem chłodzącym. Jeśli, na przykład, napoje Hershey’s mają zawsze „smak zwycięstwa”, to coca-cola ma „smak wolności”, jak stwierdziło w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wielu uciekinierów z Europy Wschodniej. Dlatego też dla rodzimego konsumenta termin „Uncola” ma rozległe konotacje antydemokratyczne i antyliberalne, co czyni go niezwykle atrakcyjnym i perspektywicznym w warunkach dyktatury wojskowej.

W przekładzie na język rosyjski „Uncola” to „Niecola”. Fonetycznie (brzmi podobnie jak imię „Nikoła”) i z uwagi na wywoływane skojarzenia słowo to doskonale się wpisuje w estetykę przyszłości, jaka zapewne nas czeka. Oto ewentualne warianty sloganów:

SPRITE. NIECOLA DLA NIKOŁY

(Warto się zastanowić nad wprowadzeniem w świadomość konsumenta „Nikoły Spraj— towa” — postaci analogicznej do Ronalda MacDonalda, tylko rdzennie narodowej z ducha).

A NIECH STRACĘ CZTERY KOŁA

SPRITE. NIECOLA DLA NIKOŁY

(Powyższy slogan skierowany jest do węższej grupy konsumentów).

Poza tym należy pomyśleć o zmianie opakowania produktu przed wprowadzeniem go na rynek rosyjski. Tu również koniecznie trzeba sięgnąć do elementów stylu pseudosło— wiańskiego. Idealnym symbolem wydaje się brzózka. Wskazana byłaby zmiana kolorystyki puszki z zielonej na białą w czarne smugi, by przypominała pień brzozy. Proponowany tekst klipu reklamowego:

W lesie, gdy nadejdzie maj, Pije się brzozowy sprite.

Pugin przeczytał przyniesiony przez Tatarskiego wydruk i powiedział:

— The Uncola to slogan 7 Up, a nie Sprite’a.

Następnie przez jakiś czas milczał, patrząc na Tatarskiego guziczkami oczu. Tatarski też milczał, rozpamiętując, ile razy w życiu był już w takiej idiotycznej sytuacji.

— Ale nie szkodzi — zlitował się wreszcie Pugin. — Wykorzystać można. Jeśli nie do Sprite’a, to do 7 Up. Powiedzmy więc, że zdałeś egzamin. Teraz weź się do jakiejś innej marki.

— Jakiej? — z ulgą zapytał Tatarski.

Pugin pomyślał chwilę, poszperał w kieszeniach i wręczył mu napoczętą paczkę papierosów Parliament.

— I wymyśl jeszcze do tego plakat — dodał.

To zadanie okazało się trudniejsze. Na początek Tatarski napisał to, co zwykle:

Jest rzeczą absolutnie oczywistą, że przy sporządzaniu poważnej koncepcji reklamowej należy przede wszystkim uwzględnić…

Po czym zastygł nieruchomo na dłuższy czas. Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, co mianowicie należy przede wszystkim uwzględnić! Jedynym skojarzeniem, jakie z trudem wycisnęło zeń słowo „Parliament”, były wojny Cromwella w Anglii. To samo dałoby się zapewne odnieść do przeciętnego rosyjskiego konsumenta, który czytywał w dzieciństwie Dumasa. Półgodzinna mobilizacja wszystkich władz umysłowych doprowadziła tylko do spłodzenia sloganu degenerata:

PAR W IZBIE PARÓW NIE LAMENT

Parliamenty się skończyły, a Tatarskiemu chciało się palić. Przeszukał mieszkanie i znalazł starą paczkę papierosów Jawa. Zaciągnąwszy się dwa razy, cisnął papierosa do muszli klozetowej i rzucił się do biurka. W głowie zrodził mu się tekst, który w pierwszej chwili uznał za świetne rozwiązanie:

PARLIAMENT — THE UNJAWA

Zaraz jednak uprzytomnił sobie, że slogan powinien być w języku rosyjskim. Po długich i ciężkich cierpieniach napisał:

CO NIESIE NAM JUTRZEJSZY DZIEŃ? PARLIAMENT. NIEJAWĘ

Zrozumiawszy, że jest to prymitywna kalka słowa „uncola”, prawie się poddał, kiedy nagle go olśniło. Praca roczna, którą pisał w Instytucie Literatury, nosiła tytuł Krótki zarys historii parlamentaryzmu w Rosji. Niczego już z niej nie pamiętał, ale był głęboko przekonany, że znajdzie tam materiał na trzy koncepcje, nie tylko na jedną. Niemal tańcząc z podniecenia, ruszył korytarzem do szafy ściennej, gdzie przechowywał stare szpargały.

Po półgodzinie stało się jasne, że pracy rocznej Tatarski nie znajdzie. Ale jakoś przestało mu na tym zależeć — przekopując zgromadzone w szafie złoża, znalazł na pawlaczu kilka przedmiotów, zachowanych jeszcze z czasów szkolnych: podziabane turystycznym toporkiem popiersie Lenina (Tatarski przypomniał sobie, jak po egzekucji sam ukrył je w trudno dostępnym miejscu w obawie przed zemstą), zeszyt do nauki o społeczeństwie, pełen rysunków przedstawiających czołgi i wybuchy atomowe, oraz kilka starych książek.

Wszystko to napełniło go tak bezbrzeżną nostalgią, że pracodawca Pugin najpierw obudził w nim wstręt i nienawiść, a następnie w ogóle zniknął z jego świadomości razem ze swoim Parliamentem.

Znalezione książki, jak z rozrzewnieniem przypomniał sobie Tatarski, zostały wyciągnięte z makulatury, którą uczniowie musieli zbierać po lekcjach. Był tu opublikowany w latach sześćdziesiątych tomik lewicowego francuskiego egzystencjalisty, pięknie wydany zbiór prac z fizyki teoretycznej Nieskończoność i wszechświat oraz teczka-skoroszyt z grubym napisem „Tiamat” na okładce.

Książkę Nieskończoność i wszechświat Tatarski pamiętał, a teczki nie. Otworzył ją i na pierwszej stronie przeczytał:

TIAMAT-2 Morze ziemskie Tablice chronologiczne i przypisy

Papiery w skoroszycie pochodziły wyraźnie z epoki przedkompu— terowej. Tatarski pamiętał całe mnóstwo książek drugiego obiegu, które rozpowszechniano właśnie w takim formacie — dwie dwukrotnie zmniejszone strony maszynopisu, odbite na jednej kartce. Sądząc ze wszystkiego, miał w rękach aneks do rozprawy naukowej z historii starożytnej. Tatarski zaczął coś sobie przypominać: zdaje się, że w dzieciństwie nawet nie otwierał tej teczki, a słowo „Tiamat” uważał za jakąś odmianę matfizu czy fizmatu skrzyżowanego z tiaminą na dowód, że nauka, jak witaminy, to samo zdrowie. Zatrzymał tę pracę wyłącznie z powodu ładnego skoroszytu, po czym zupełnie o niej zapomniał.

Okazało się jednak, że Tiamat to albo imię jakiegoś bóstwa, albo nazwa oceanu, albo i jedno, i drugie naraz. Tatarski wywnioskował z przypisu, że słowo to można przetłumaczyć jako „Chaos”.

Większość miejsca w teczce zajmowały „tabele władców”. Były dość monotonne — zawierały trudne do wymówienia imiona, opatrzone rzymskimi cyframi, i informacje, kto i kiedy wyruszył na wyprawę, założył twierdzę, zdobył miasto i tak dalej. W paru miejscach autor rozprawy porównywał różne źródła i wyciągał z tego porównania wniosek, że kilka wydarzeń, które przeszły do historii jako następujące po sobie, były w istocie jednym i tym samym wydarzeniem, tak doniosłym dla współczesnych i potomnych, że jego echo podwoiło się i potroiło, a każde z tych ech zaczęło żyć własnym życiem. Jak wynikało z triumfująco— przepraszającego tonu pracy, autor uważał to odkrycie za rewolucyjne i wręcz obrazoburcze, co znów skłoniło Tatarskiego do zadumy nad daremnością wszystkich ludzkich wysiłków. Informacja, że Asur-etil— uballit II jest w rzeczywistości Nabuchodonozorem III, nie wywołała u niego żadnego wstrząsu — nieznany historyk ze swym patosem wydał mu się trochę śmieszny. Królowie też byli śmieszni i nie było nawet dokładnie wiadomo, czy istnieli naprawdę, czy są rezultatem błędu przepisywacza glinianych tabliczek, i czy ślad po nich nie pozostał jedynie na tych tabliczkach. Tatarski w każdym razie nigdy wcześniej o nich nie słyszał; słowo „Nabuchodonozor” wydało mu się świetnym określeniem człowieka cierpiącego na kaca.