– Ty masz problem, bo nienawidzisz Obcych. Generałow ma problem, bo nienawidzi klonów. Kim ma problem, bo mamy lecieć na Eden, a ona nie chce. A ja jestem kapitanem i wszystkie wasze problemy są moimi problemami.
Janet zmęczonym ruchem potarła czoło.
– Kapitanie… Alex, proszę się o mnie nie bać. Jakoś wytrzymam.
– Jesteś pewna?
– Tak. Nienawidzę tych stworów, zwłaszcza Czygu. Byli naszym pierwszym celem, rozumiesz? Ale wytrwam. Nawet jeśli trzeba będzie obsługiwać ich przy stole.
Alex spojrzał badawczo na kobietę.
– Wszystko w porządku – powiedziała, teraz już twardszym tonem. – Byłam zszokowana, fakt. Jestem przecież żołnierzem Ebenu. Ale żołnierz nie musi rzucać się od razu na wroga. Potrafię się kontrolować, może się pan nie obawiać.
– W takim razie zostają mi już tylko dwa problemy – westchnął Alex. – Kim i Generałow.
– Z dziewczyną spróbuję sama pogadać. Zdaje się, że ona mnie słucha.
– Dziękuję. – Alex dotknął jej ręki. – Przyjaciółko specu, dziękuję ci za opanowanie i zrozumienie. Za czternaście i pół minuty startujemy, muszę iść.
– Mam zająć stanowisko bojowe?
– Jak chcesz, Janet. Przestrzeń wokół Rtęciowego Dna jest dobrze patrolowana, nie ma bezpośredniego zagrożenia.
– Chciałabym być na posterunku.
– Dobrze. Miło mi cię będzie ujrzeć, Janet.
Alex uśmiechnął się do kobiety i wyszedł z przedziału. Zdaje się, że miał o jeden problem mniej.
Albo i nie.
Janet mówiła z przekonaniem, ale czy naprawdę zdoła się kontrolować?
Nie miał innego wyjścia – musiał jej zaufać.
– Przyjmij mnie…
Teraz był statkiem.
Gdzieś zniknęło wszystko, co niedawno niepokoiło Aleksa. Problemy Kim, Janet, Paka… Wszystko to było nic nieznaczącym drobiazgiem w porównaniu z ciepłą, czułą falą.
Może właśnie tak wygląda miłość?
Szkoda, że nie ma możliwości porównania…
Jego załoga – kolorowe plamy w ciemności. Jego statek – potężny organizm. Świadomość statku – coś, co chociaż istniało oddzielnie, było bliższe i ważniejsze niż własne myśli.
Czy mógłby być szczęśliwy, gdyby nigdy tego nie czuł? Na pewno – przecież był szczęśliwy w roli zwykłego pilota. A gdyby rodzice wybrali mu inną specjalizację, byłby szczęśliwy, pracując w fabryce, prezentując ubrania na podium albo zbierając jadalne wodorosty w oceanie. Byłby bezbrzeżnie szczęśliwy, albowiem szczęście to nieodzowny atrybut speca.
Jak to jednak dobrze, że szczęściem dla niego stały się gwiazdy, lot, mechanizmy i bionika, połączone w drogą zabawkę nazwaną statkiem kosmicznym!
– Pasażerowie są proszeni o przygotowanie się do startu. Za siedem minut odrywamy się od powierzchni planety.
Alex nigdy dotąd nie był kapitanem na statku pasażerskim, lecz odpowiednie zdania same wypływały z pamięci.
– Czas wyjścia na orbitą: dwanaście minut i trzydzieści dwie sekundy. Lot do tunelu zajmie czterdzieści cztery minuty. Dokonamy skoku do Gammy Draconis, węzła transportowego trzeciego sektora. Dalsza trasa to Nowa Ukraina, Heraldyka, Zodiak. Na życzenie pasażerów możliwe są przystanki. Przybliżony czas lotu dwadzieścia dziewięć godzin trzynaście minut. Załoga życzy wszystkim przyjemnego lotu.
Odczekał dziesięć minut, dając pasażerom szansę na zadanie ewentualnych pytań lub wydanie dyspozycji, a potem przerwał łączność.
Koniec. Trasa została zaakceptowana, a teraz pełnia władzy na statku należy do niego.
Generałow już wyłożył trasę do wglądu. Tę samą, którą testował rano. Piękna trasa.
Alex sięgnął przez wieczną noc przestrzeni wirtualnej, dotknął Generałowa, by zwrócić na siebie uwagę i zażądał:
– Opcja prywatna.
Po chwili jego świadomość uległa rozdwojeniu. Nadal stanowił trzon statku, szykującego się do startu. Obserwował ostatnie testy kontrolne, nabierające prędkości reaktory, a jednocześnie stał twarzą w twarz z Generałowem. Wokół nich nie było nic prócz ciemności, rozmowę prowadzili w cztery oczy i nikt z załogi o tym nie wiedział.
– Nawigatorze, mam do pana poważne pytanie.
– Słucham, kapitanie. – Wirtualny obraz Paka skinął głową.
– Niech pan zostawi oficjalny ton. Poproszę o szczerą rozmowę.
Generałow odwrócił wzrok, zawahał się i odpowiedział:
– Jest mi przykro i przepraszam za mój wybuch. Ale ja… naprawdę nie lubię klonów.
– Każdy kogoś nie lubi, Pak. Jedni nie cierpią naturali, inni Obcych. Chciałem porozmawiać o czymś innym.
– Rozumiem. – Pak kiwnął głową. – O trasie?
– Tak. Wierzę w zbiegi okoliczności, ale wszystko ma swoje granice. Wytyczał pan tę trasę dziś rano.
– Trenowałem.
– I przypadek sprawił, że wybrał pan właśnie taką trasę? Rtęciowe Dno-Zodiak-Eden?
– Tak!
– Pak, to nieprawdopodobne.
– Co chce pan przez to powiedzieć, Alex? – Generałow nie miał zamiaru rezygnować z przywilejów nieoficjalnej rozmowy. – Sądzi pan, że znałem trasę wcześniej niż pan?
– Właśnie.
Nawigator roześmiał się.
– Przecenia mnie pan. Naprawdę trenowałem. Cała załoga trenowała, ja również. Może mi pan nie wierzyć, może mnie pan podejrzewać, o co chce, ale wybrałem tę trasę absolutnie przypadkowo!
– Pak, to się nie zdarza. A jeśli mówi pan szczerze, to powinien pan zrozumieć moje wątpliwości.
Generałow zamyślił się.
– Rozumiem, kapitanie. Ale sam byłem bezgranicznie zdumiony. Wytyczałem trasę… zaraz spróbuję sobie przypomnieć… Eden wybrałem z powodu naszej ślicznej pani ochroniarz.
– Załóżmy. Ale wykorzystanie Zodiaku jako punktu przejściowego nie jest niczym usprawiedliwione.
Na chwilę obraz Generałowa stracił ostrość – widocznie nawigator przeliczał warianty. Alex niemal fizycznie poczuł ciężar, jakim obarczono komputer statku.
– Zgadza się – przyznał niechętnie Generałow. – Rtęciowe Dno-Zodiak-Eden to dobra trasa, ale jest jeszcze pięć alternatywnych. Żadna z nich nie ma wyraźnej przewagi nad inną. Mogę tylko powtórzyć: trasę wybrałem przypadkiem.
– Pak, zanim pan poszedł do swojego przedziału, czy nikt nie wspominał przy panu o Zodiaku?
Chwila zastanowienia.
– Nie.
Minuta do startu…
Alex skinął głową z nieprzyjemnym wrażeniem, że coś mu się wymyka.
– Dobrze, Pak. Przystępujemy do pracy.
Przerwał opcję prywatną i skoncentrował się na statku. Dyspozytornia wydała już ostatnie wskazówki co do korytarza startowego, reaktor płynnie nabierał mocy, wydzielając dokładnie taką ilość energii, jaką mógł zgromadzić i przetworzyć statek. Praca Luriego polegała nie tylko na tym, żeby dać energię, ale też żeby nie dać jej zbyt dużo…
– Załoga, odliczanie.
Morrison już wytyczył tor lotu i teraz zamarł w oczekiwaniu. Alex rozumiał jego nadzieje… doskonale rozumiał. Ale nie mógł oddać drugiemu pilotowi swojego pierwszego lotu.
– Dziesięć.
Pochylił się do zielonej spirali i szepnął:
– Wybacz…
Spirala odsunęła się, zwalniając Aleksowi dostęp do sterowania.
– Dziewięć.
Otworzyły się przepony dysz plazmowych.
– Osiem.
Odsunęła się krata silnika grawitacyjnego. Oczywiście, nikt nie miał zamiaru startować z planety na promieniu grawitacyjnym, niszcząc stare pole startowe. Ale gdyby plazmowe silniki nie zadziałały (rzecz nie do pomyślenia), statek musiał mieć wyjście awaryjne.
– Siedem.
Alex obiegł świadomością całą załogę. Lekkie, krzepiące muśnięcia.
– Sześć.
Gluonowy reaktor zapulsował, ostro wzrósł dopływ energii. Paul doskonale wyczuł odpowiedni moment