Chwilę zabrało, zanim Elayne zrozumiała, że słowa skierowane były do niej i poczuła rumieniec wypełzający na twarz.
— A niby jak byś mnie powstrzymała? — zapytała ostro prostując się.
Ponieważ kołczan Birgitte był już pusty, więc ta opuściła łuk i z marsem na czole odwróciła się ku Elayne.
— Związałabym cię i kazała jej na tobie usiąść — powiedziała, ruchem głowy wskazując na Aviendhę, która właśnie wychodziła z drzwi wieży. Otaczała ją poświata saidara w ręku lśniło obnażone ostrze noża. Za nią wysypały się Caseille i pozostałe gwardzistki, miecze w dłoniach, twarze ponure. Fakt, iż zobaczyły Elayne nietkniętą, nie zmienił na jotę wyrazu ich oblicz. Te przeklęte kobiety zachowywały się doprawdy nieznośnie, traktując ją jak delikatny dzban z dmuchanego szkła, który może pęknąć trącony palcem. Po tym, co zrobiła, będzie jeszcze gorzej. Odcierpi swoje.
— Złapałabym cię — mruknęła Aviendha, rozcierając biodro — gdyby ten przeklęty koń mnie nie zrzucił. — W wypadku tak łagodnego zwierzęcia, wyjaśnienie zakrawało na absurd. Aviendha po prostu zwyczajnie spadła. Widząc, że wszystko w porządku, schowała szybko nóż i udawała, iż wcale go nie dobyła. Poświata saidara zniknęła także.
— Nic mi się nie może stać — Elayne bardzo się starała, by jej słowa nie brzmiały kwaśno, ale niespecjalnie jej się udało. — Min opowiedziała mi o swej wizji, w której wychowują dzieci, siostro. Póki się nie urodzą, jestem bezpieczna.
Aviendha wolno pokiwała głową, ale Birgitte warknęła:
— Wolałabym, żebyś nie sprawdzała prawdziwości jej wizji. Jak będziesz tyle ryzykować, może się okazać, że jednak nie zawsze się sprawdzają. — Oczywiście wiedziała, że gada bzdury. Min nigdy się nie myliła. Nigdy.
— To była kompania Aldina Miheresa — powiedział wysoki najemnik rozkołysanym, choć szorstkim, murandiańskim akcentem. Potem zdjął hełm, spod którego wyłoniła się pociągła, spocona twarz z siwymi wąsami, nawoskowanymi w szpic. Rhys a’Balaman, jak kazał się nazywać, miał oczy niczym dwa kamyki i uśmiech, który zawsze przywodził na myśl lubieżny grymas. Przysłuchiwał się ich wcześniejszej rozmowie i cały czas popatrywał spod oka na Elayne. — Poznałem go, naprawdę. To był dobry żołnierz. Znaczy Miheres. Zaiste, walczyłem przy jego boku więcej razy, niż jestem w stanie wyliczyć. Prawie zdążył się schować w drzwiach magazynu, kiedy twoja strzała trafiła go w kark, Kapitanie-Generale. Szkoda.
Elayne zmarszczyła brwi.
— Dokonał wyboru, podobnie jak ty, kapitanie. Możesz żałować śmierci przyjaciela, mam jednak nadzieję, że nie żałujesz dokonanego wyboru. — Większość najemników, których relegowała z miasta, natychmiast podpisała kontrakt z Arymillą, może nawet wszyscy. Obecnie najbardziej się bała tego, że kobieta przekupi całe kompanie stacjonujące w obrębie murów. Żaden z najemnych dowódców jeszcze o żadnych próbach przekupstwa nie doniósł, ale pani Harfor twierdziła, że podejmowano starania. Między innymi wobec a’Balamana.
Murandianin zaszczycił ją swym lubieżnym uśmiechem oraz ceremonialnym ukłonem, wymachując połą nieistniejącego płaszcza.
— Och, równie często walczyłem przeciwko niemu, moja pani. Gdybyśmy tego pięknego dnia stanęli naprzeciw siebie, ja bym go zabił albo on zabiłby mnie. Ostatecznie to po prostu raczej kolega po fachu niż przyjaciel. Poza tym wolę brać złoto za obronę takich murów niż za ich zdobywanie.
— Widzę, że niektórzy z twoich ludzi mają kusze na plecach, kapitanie, ale nie widziałam, by ich używali.
— Wojska zaciężne nie biją się w ten sposób — wtrąciła Birgitte. W więzi zobowiązań pulsowała irytacja, choć nie sposób było stwierdzić, czy jej powodem jest a’Balaman czy Elayne. Zresztą szybko zniknęła. Od chwili, kiedy okazało się, w jaki sposób więź odzwierciedla wzajemne emocje, Birgitte nauczyła się maskować swoje. Zapewne chciałaby, aby Elayne też to potrafiła, a i samej Elayne na niczym innym nie zależało.
A’Balaman wsparł hełm o biodro.
— Zrozum, moja pani, chodzi o to, że kiedy zbyt mocno naciska się na przeciwnika, kiedy próbuje się wycofywać, na przykład wysyła za nim pościg i temu podobne, cóż, następnym razem los może się odwrócić, a wtedy on się zrewanżuje. Mimo wszystko ten, kto się wycofuje, już nie walczy, prawda?
— Chyba że ma zamiar jutro zaatakować znowu — warknęła Elayne. — Następnym razem chcę widzieć te kusze w robocie!
— Jak rozkażesz, moja pani — sztywno odparł a’Balaman, równie sztywno się kłaniając. — Teraz, proszę, wybacz mi, muszę się zająć moimi ludźmi. — Odszedł, nie czekając na pozwolenie i krzycząc na swoich, by ruszali leniwe giry.
— W jakim stopniu mogę mu ufać? — zapytała cicho Elayne.
— W takim jak każdemu najemnikowi — odparła równie cicho Birgitte. — Jeżeli ktoś zaproponuje mu odpowiednią sumę w złocie, wówczas jest to rzut kości i nawet Mat Cauthon nie potrafiłby powiedzieć, jak wylądują.
To była nadzwyczaj dziwna uwaga. Żałowała, że nie wie, co się dzieje z Matem. I kochanym Thomem. Oraz biednym małym Olverem. Każdej nocy modliła się, by zdołali uciec Seanchanom. Nie mogła jednak nic zrobić, by im pomóc. Miała dość na głowie, żeby w tej chwili martwić się tylko o siebie. — Będzie mi posłuszny? Chodzi o te kusze.
Birgitte pokręciła przecząco głową, a Elayne westchnęła. To źle, że wydała rozkaz, który nie zostanie wysłuchany. W ten sposób ludzie uczyli się nawyku nieposłuszeństwa.
Podeszła bliżej i zniżyła głos prawie do szeptu:
— Wyglądasz na zmęczoną, Birgitte — słowa nie były przeznaczone dla cudzych uszu. Twarz Birgitte była ściągnięta oczy zapadnięte. To mógł dostrzec każdy, ale więź mówiła, że Birgitte jest skonana i nie odpoczywała już od wielu dni. Ze swej strony Elayne też czuła to ociężałe zmęczenie, jakby członki miała z ołowiu. Więź przekazywała ich stany w obie strony. — Nie musisz sama dowodzić każdym kontratakiem.
— A kogo jeszcze mam? — Przez chwilę zmęczenie odbiło się też w głosie Birgitte. Jej ramiona na moment obwisły, ale natychmiast się wyprostowała i głos znowu nabrał twardych tonów. Dzieło czystej siły woli. Elayne potrafiła ją wyczuć, jak kamień tkwiła w więzi, niemniej chciało jej się płakać. — Moi oficerowie to niedoświadczeni chłopcy — ciągnęła Birgitte — albo weterani, którzy wrócili z emerytury, a powinni grzać swe kości przy kominkach wnuków. Pominąwszy dowódców najemników, a nie ma wśród nich nikogo, komu bym w pełni zaufała. I tu wracamy do pytania: „Kto prócz mnie?”.
Elayne otworzyła już usta, żeby zaprotestować. Nie w kwestii najemników. Birgitte wszystko jej wyjaśniła, z goryczą, ale wyczerpująco. Najemnicy potrafili czasami walczyć równie zażarcie co gwardziści, innymi razy woleli się wycofać, aby nie ponieść zbyt wielkich strat. Straty oznaczały mniej złota przy następnym zleceniu, chyba że uda się je uzupełnić równie dobrze wyszkolonym żołnierzem. Przegrywano wygrane bitwy, ponieważ najemnicy opuszczali pole walki, nie chcąc ponieść zbyt dużych strat. Wszelako, kiedy ich robocie przyglądał się ktoś spoza najemniczego grona, prawdopodobieństwo takiego zachowania było mniejsze. Niszczyło to reputację i obniżało cenę. Ale ten ktoś musiał być. Z drugiej strony, nie mogła pozwolić, by Birgitte padła z wyczerpania. Światłości, jakże żałowała, iż nie ma pod ręką Garetha Bryne’a. Wprawdzie Egwene go potrzebowała, niemniej ona także. Otworzyła usta, a wtedy nagły grzmot przetoczył się przez miasto za jej plecami. Spojrzała za siebie i zamarła z otwartymi ustami, bardzo zdumiona.