Выбрать главу

Tam gdzie przed momentem z jasnego nieba ponad Wewnętrznym Miastem świeciło słońce, teraz niczym ostre zbocze górskiego łańcucha kłębiła się masa czarnych chmur, a rozwidlone błyskawice spływały w dół szarej ściany deszczu, z pozoru równie solidnej co miejskie mury. Błyszczące jeszcze przed momentem pozłacane kopuły Królewskiego Pałacu skrywała kurtyna ulewy. Pogodowy fenomen objął wyłącznie Wewnętrzne Miasto, reszta nieba była jasna i bezchmurna. Na pewno nie było to naturalne zjawisko. Niemniej zdumienie trwało tylko parę chwil. Srebmo-niebieskie błyskawice o trzech, o pięciu grotach biły w Caemlyn, siejąc zniszczenie, a może i śmierć. Skąd się wzięły te chmury? Sięgnęła po saidara, żeby je rozproszyć. Prawdziwe źródło wymknęło się jej, raz, a potem znowu. Jakby próbowała złapać szklany paciorek w dzbanie tłuszczu. Kiedy już myślała, że je ma, wyślizgiwało się. Zbyt konsekwentnie, a więc to też nie przypadek.

— Aviendha, zechcesz się tym zająć, jeśli mogę prosić?

— Oczywiście — odpowiedziała Aviendha, z łatwością obejmując saidara.

Elayne zdusiła w sobie odruch zazdrości. Jej kłopoty były winą przeklętego Randa, nie jej siostry.

— Dziękuję. Wyszłam trochę z wprawy.

Nie była to prawda, tylko próba oszczędzenia własnych uczuć. Aviendha zaczęła splatać w skomplikowane wzory Powietrze, Ogień, Wodę i Ziemię, równie zgrabnie, jak sama by to uczyniła, choć znacznie wolniej. Jej siostrze nie dostawało zręczności w manipulowaniu pogodą, ale przecież nie miała okazji skorzystać z zaawansowanych lekcji Ludu Morza. Oczywiście chmury nie zniknęły w jednej chwili. Najpierw błyskawice przestały się wielokrotnie rozdwajać, stały się mniej liczne, wreszcie przestały bić. To było najtrudniejsze. Ściągnięcie błyskawicy z nieba było łatwe niczym podrzucenie piórka w porównaniu z powstrzymaniem jej. To bardziej przypominało próbę podniesienia kowalskiego kowadła. Wreszcie chmury zaczęły się rozpraszać, przerzedzać, blednąć. Ten proces również zajął nieco czasu. Zbyt pochopne sterowanie pogodą mogło wywołać efekty uboczne nad całym krajem i nigdy nie miało się pewności, jakie będą skutki. Szalejące burze czy gwałtowne powodzie były równie prawdopodobne co pogodne dni i delikatne zefiry. Kiedy chmury rozproszyły się na tyle, że sięgały już granic Caemlyn, były jasnoszare, padała z nich równomierna mżawka, która szybko przylepiła loki Elayne do czoła.

— Wystarczy? — Aviendha uśmiechnęła się i wystawiła twarz na deszcz. — Uwielbiam, jak woda pada z nieba. — Światłości, można by sądzić, że deszcz już się jej znudził. Od nastania wiosny padało przecież każdego przeklętego dnia.

— Czas wracać do pałacu, Elayne — powiedziała Birgitte, chowając cięciwę do kieszeni kaftana. Zaczęła ją zdejmować z łuku, gdy tylko chmury ruszyły w ich stronę. — Ci ludzie będą potrzebowali pomocy sióstr. A mnie się wydaje, że śniadanie jadłam dwa dni temu.

Elayne się nachmurzyła. Więź zobowiązań powiedziała jej wszystko, co musiała wiedzieć. Muszą wracać do pałacu, żeby deszcz nie zaszkodził Elayne w jej delikatnym stanie. Jakby była z cukru! Nagle dotarły do jej uszu jęki rannych i spłonęła rumieńcem. Tym ludziom naprawdę potrzebna była pomoc sióstr. Nawet gdyby była w stanie ująć saidara, najmniejsze z ich obrażeń znajdowały się daleko poza granicą jej skromnych możliwości, Aviendha nie była w tym lepsza.

— Zaiste, już czas — powiedziała. Gdyby tylko potrafiła panować nad swoimi emocjami! Birgitte też by była z tego powodu zadowolona. Rumieńce wciąż barwiły jej policzki echem wstydu. Stanowiły osobliwy kontrast z marsem na czole, który towarzyszył zapędzaniu jej do wyjścia z wieży.

Płomienne Serce, Mageen i pozostałe konie czekały cierpliwie tam, gdzie je zostawiono ze swobodnie zwisającymi wodzami, czego zresztą Elayne oczekiwała. Nawet Mageen była dobrze wyszkolona. Przez jakąś chwilę miały ulicę pod murami wyłącznie dla siebie, wkrótce jednak z poprzecznego zaułka wyłoniła się Alise w towarzystwie pozostałych Kuzynek. Nigdzie nie było żadnego wozu ani powozu. W zasięgu wzroku wszystkie drzwi były szczelnie zamknięte, okna zasłonięte, choć niekoniecznie ktoś był w środku. Większość ludzi miała dość rozumu, by opuścić domostwa na pierwszy widok setek mężczyzn gotujących się w pobliżu do krwawej rzezi. Któraś zasłonka lekko zadrżała, przez moment mignęła za nią kobieca twarz, potem zniknęła. A inni czerpali demoniczną przyjemność z przyglądania się jatce.

Cztery Kuzynki naradziły się cicho między sobą, a potem stanęły w miejscu, gdzie kilka godzin wcześniej otwierały bramę. Mierzyły spojrzeniami zwłoki żołnierzy na ulicy i kręciły głowami, choć nie były to przecież pierwsze ofiary, jakie widziały. Żadnej nie dopuszczono do inicjacji na Przyjętą, mimo to były spokojne, opanowane i równie pełne godności co siostry, choć deszcz moczył im włosy i suknie. Kiedy Egwene zapoznała je ze swymi planami wobec Rodziny, która miała stać się ekspozyturą Wieży i miejscem, gdzie mogłyby znajdować schronienie siostry po wycofaniu się z aktywnego życia, uspokoiło to nieco ich obawy przed przyszłym losem, zwłaszcza gdy dowiedziały się, że ich Reguła zostanie zachowana, a byłe Aes Sedai też będą jej przestrzegać. Nie wszystkie uwierzyły — w ciągu ostatniego miesiąca siedem z nich uciekło, zostawiając tylko krótkie liściki — niemniej większość zdecydowała się zaryzykować i ze świata nadziei czerpały teraz swoją siłę. Dzięki poczuciu, że są potrzebne, odzyskały też dumę. Elayne w ogóle nie zdawała sobie sprawy, że tamte czują dojmujący uszczerbek na honorze, póki nie przestały widzieć w sobie uciekinierek, w pełni od niej zależnych. Nawet głowy już nosiły wyżej. Troski zniknęły z ich twarzy. Ale niestety nie zginały już tak chętnie karków w obecności sióstr. To było prostą konsekwencją dawniejszych doświadczeń. Kiedyś uważały Aes Sedai za coś większego niż zwykłe śmiertelniczki, a potem ku swemu rozczarowaniu przekonały się, że szal nie czyni z kobiety niczego ponad to, czym byłaby bez niego.

Alise przyglądała się Elayne, na moment zacisnęła usta i zupełnie niepotrzebnie wygładziła spódnice. Zdecydowanie opowiadała się przeciwko pozwoleniu — pozwoleniu! — Elayne na udział w walce. A Birgitte omal się przed nią nie ugięła! Alise była silną kobietą.

— Jesteś gotowa, Kapitanie-Generale? — zapytała.

— Jesteśmy gotowe — powiedziała Elayne, ale Alise czekała, aż Birgitte skinie głową i dopiero wtedy połączyła się z pozostałymi trzema Kuzynkami. Poza tym jednym spojrzeniem całkowicie ignorowała Elayne. Naprawdę, Nynaeve źle zrobiła, że bodaj pomyślała o tym, jak je „uczyć posiadania moralnego kręgosłupa”, ujmując rzecz jej słowami. Kiedy wpadnie jej w ręce, czeka je poważna rozmowa.

Znajoma pionowa pręga pojawiła się w powietrzu, potem obróciła się pozornie i w przestrzeni zamajaczył widok na podwórze pałacowych stajni — otwór w powietrzu miał prawie cztery kroki na cztery, ale widok za nim, na wysokie sklepione łukiem drzwi do stajni z białego marmuru, zdawał się przesunięty. Zrozumiała dlaczego, dopiero kiedy kopyta konia zastukały na mokrym bruku podwórza. Tuż obok była druga otwarta brama, nieco mniejsza. Kiedy próbowało się otworzyć bramę w miejscu, gdzie już jedna istniała, brama przesuwała się nieco tak, aby obie się nie dotykały, choć w odległość między nimi zazwyczaj nie dałoby się wsunąć ostrza brzytwy. Z drugiej bramy wylewała się na podwórze podwójna kolumna żołnierzy, zakręcając, aby następnie opuścić podwórze przez nabijane żelazem bramy — sprawiali takie wrażenie, jakby wyjeżdżali wprost z zewnętrznej ściany stajni. Niektórzy mieli na głowach lśniące hełmy i napierśniki, inni zbroje płytowo-kolcze, każdy odziany był w czerwony kaftan z białym kołnierzem znamionujący gwardię królowej. Wysoki, barczysty mężczyzna z dwoma złotymi węzłami na lewym rękawie czerwonego kaftana stał w deszczu i przyglądał im się, hełm oparł o biodro.