— Znakomity pomysł — powiedziała, zbierając przemoczone spódnice. — Chodźmy.
— Mogłybyśmy iść nieco szybciej — wymamrotała Birgitte, nie całkiem niedosłyszalnie.
— Mogłybyśmy pobiec — dodała Aviendha, nawet nie próbując mówić przyciszonym głosem. — Wysiłek sprawi, że zaraz wyschniemy.
Elayne zignorowała niewczesne uwagi i szła dalej stosownym krokiem. Gdyby chodziło o jej matkę, z pewnością zasługiwałby na miano królewskiego. Nie była pewna, czy udało jej się stanąć na wysokości zadania, ale przecież nie będzie biegać po pałacu. Czy choćby się spieszyć. Taki widok zrodziłby z pewnością dziesiątki plotek, o ile nie setki, a każda byłaby bardziej złowieszcza od poprzedniej. A przecież plotek i tak krążyło zbyt wiele. Wedle najgorszej miasto miało upaść, a ona planowała ucieczkę, zanim to nastąpi. Nie, lepiej trochę pocierpieć, ale sprawiać wrażenie niewzruszonej. Wszyscy powinni widzieć, że jej pewność siebie jest całkowita. Nawet jeśli będzie to tylko zewnętrzna fasada. Inaczej lepiej się od razu poddać Arymilli. Strach przed porażką przyczynił się do przegrania tyluż bitew co rzeczywista słabość, ona zaś nie mogła przegrać tej, którą właśnie toczyła.
— Sądziłam, że Kapitan-Generał wysłała cię na zwiady, Reanne.
Birgitte pierwotnie wykorzystywała dwie kobiety Rodziny w charakterze zwiadowców, chodziło o te, które nie potrafiły stworzyć bramy dość wielkiej, by zmieścił się w niej powóz, ale kiedy okazało się, że kręgi Kuzynek są w stanie wspólnie otwierać bramy dostatecznie duże, by szedł nimi handel i transporty wojsk, dokooptowała jeszcze sześć potrafiących samodzielnie Podróżować. Oblegająca miasto armia nie stanowiła dla nich żadnej przeszkody. Ale świetnie skrojone, delikatne błękitne wełny Reanny, mimo iż nieozdobione w inny sposób jak tylko okrągłą, emaliowaną broszką przy wysokim karczku, zdecydowanie nie nadawały się do podróży po stolicy.
— Kapitan-Generał doszła do wniosku, że zwiadowcom potrzeba trochę odpoczynku. O siebie jakoś nie potrafiła się zatroszczyć — dodała z troską, puszczając oko do Birgitte. W więzi zamigotała irytacja. Aviendha roześmiała się z jakiegoś powodu. Elayne wciąż nie rozumiała poczucia humoru Aielów. — Jutro oczywiście wyruszę znowu. Czuję się jak za dawnych czasów, gdy zajmowałam się handlem, a mój cały towar niósł na grzbiecie jeden muł. — W trakcie swoich długich żywotów Kuzynki imały się najrozmaitszych zajęć, zawsze zmieniając miejsce pobytu i profesję, nim stało się oczywiste dla otoczenia, że nie starzeją się w odpowiednim tempie. Najstarsze były mistrzyniami co najmniej pół tuzina fachów, z łatwością przerzucając się z jednego na drugi. — Wolny dzień postanowiłam wykorzystać, by pomóc Jillari wybrać nazwisko. — Reanne się skrzywiła. — W Seanchan obyczaj nakazuje wymazanie imienia dziewczyny z rodzinnych zwojów po tym, jak nałożono jej obrożę, dlatego ta biedna kobieta uważa, że nie ma prawa do imienia, z którym się urodziła. „Jillari” mówiono do niej od czasu wzięcia na smycz i chce, żeby tak do niej dalej mówić.
— Istnieje więcej powodów nienawiści do Seanchan, niż jestem w stanie zliczyć — powiedziała zapalczywie Elayne. Dopiero potem, z opóźnieniem, dotarła do niej waga słów Reanne. Nauka ukłonów. Wybór nazwiska. Żeby sczezła, jeśli jeszcze na dodatek ciąża ma ją do tego stopnia ogłupiać! — Kiedy Jillari zmieniła zdanie w kwestii obroży? — Nie było powodów, żeby wszyscy orientowali się w jej dzisiejszej nieporadności umysłowej.
Wyraz twarzy tamtej kobiety nie zmienił się na jotę, ale zawahała się na dość długo, by Elayne pojęła, że jej manewr został zdemaskowany.
— Dopiero dziś rano, zaraz po wyjściu twoim i Kapitan-Generał, w innym razie zostałabyś natychmiast powiadomiona. — Reanne szybko ciągnęła dalej, by kwestia sprzed chwili nie zdążyła się zaognić: — Poza tym są jeszcze inne wieści, prawie równie dobre. Przynajmniej poniekąd dobre. Jedna z sul’dam, Marli Noichin — pamiętasz ją? — przyznała się, że widzi strumienie.
— Och, to naprawdę pomyślne wieści — mruknęła Elayne. — Bardzo dobrze. Zostało nam jeszcze dwadzieścia osiem, ale sprawa może być prostsza po tym, jak jedna się ugięła. — Przyglądała się próbom przekonania Marli, że mogłaby się nauczyć przenosić, że jest w stanie dostrzec sploty Mocy. Pulchna Seanchanka uparcie protestowała, mimo iż po twarzy płynęły jej strumienie łez.
— “Poniekąd dobre”, jak powiedziałam — westchnęła Reanne. — Marli czuje się tak, jakby się właśnie przyznała do dzieciobójstwa. Teraz upiera się, żeby ją też wziąć na smycz. Błaga o a’dam. Kiedy to widzę, dostaję dreszczy. Nie mam pojęcia, co z nią zrobić.
— Odeślijmy ją z powrotem do Seanchan, najszybciej jak to będzie możliwe — odparła Elayne.
Reanne stanęła jak wryta, jej brwi podjechały prawie na czoło. Birgitte głośno odkaszlnęła — w więzi zatańczyła niecierpliwość, ale po chwili została stłumiona — a Kuzynka wzdrygnęła się i po chwili ruszyła znowu, tym razem znacznie szybszym krokiem.
— Ale oni zrobią z niej damane. Nie potrafię skazać kobiety na taki los.
Elayne spojrzała na swojego Strażnika wzrokiem, który ześliznął się po twarzy tamtej, jak sztylet ześlizguje się po dobrej zbroi. Wyraz twarzy Birgitte był... nieodgadniony. W oczach złotowłosej rola Strażnika pokrywała się po części z rolą starszej siostry. A niekiedy również matki.
— Ja mogę — powiedziała z naciskiem, wydłużając krok. Cóż, mimo wszystko lepiej byłoby już być suchą. — Współpracowała w zniewoleniu tylu kobiet, że mogłaby sama posmakować ich losu, Reanne. Ale nie dlatego chcę ją odesłać. Jeżeli któraś z pozostałych zechce zostać i uczyć się, żeby zrekompensować swoje przewinienia, to z pewnością nie przystanę na wydanie jej Seanchanom, ale prawda Światłości, mam nadzieję, iż wszystkie zareagują jak Marli. Nałożą jej a’dam, Reanne, ale nie utrzymają w tajemnicy tego, kim jest. Każda była sul’dam, którą mogę odesłać do Seanchan, będzie niczym czerw podgryzający ich korzenie.
— Trudna decyzja — ze smutkiem skwitowała Reanne. Gniewnym gestem zebrała spódnice, wygładziła je, potem szarpnęła znowu. — Być może rozważysz to jeszcze przez kilka dni? Z pewnością decyzji nie trzeba podejmować od razu.
Elayne zazgrzytała zębami. Ta kobieta dała do zrozumienia, że podjęła decyzję pochopnie, być może pod wpływem swych wahań nastrojów! A przecież myślała całkiem rozsądnie i logicznie. Nie mogły w nieskończoność więzić sul’dam. Odesłanie do Seanchan tych, które nie chciały być wolne, było sposobem na pozbycie się kłopotu i równocześnie zadanie Seanchanom ciosu. Bynajmniej nie wynikało to wyłącznie z nienawiści do Seanchan. Oczywiście, że nie. Żeby sczeznąc, tak bardzo nienawidziła chwil, gdy nie była pewna trafności swoich decyzji! Nie stać jej było na popełnianie błędów. Mimo to, faktycznie, nie było pośpiechu. Tak czy siak, lepiej odesłać całą grupę, jeśli to okaże się konieczne. W ten sposób będą mniejsze szanse, że którejś przydarzy się „wypadek”. Seanchan podejrzewała o najgorsze.
— Pomyślę jeszcze o tym, Reanne, ale wątpię, bym zmieniła zdanie.
Reanne westchnęła znowu, tym razem głębiej. Najbardziej ze wszystkiego zależało jej na obietnicy, że uda się do Białej Wieży i przywdzieje biel nowicjuszki — słyszano, jak wyrażała zazdrość wobec Kristian i Zaryi — a ostatecznie zielony szal Ajah. Elayne wszakże miała w tej kwestii swoje wątpliwości. Reanne miała dobre serce, w istocie należałoby pewnie rzec: miękkie serce, a Elayne nigdy nie spotkała Zielonej siostry, którą można by określić tym mianem. Nawet te, które z pozoru wydawały się afektowane lub kruche, wewnątrz zrobione były ze stali.