W bocznym korytarzu przed nimi ukazała się sylwetka Vandene, kroczyła majestatycznie, szczupła, siwowłosa i pełna gracji, w szarych wełnach, ozdobionych ciemnobrązowymi detalami; najwyraźniej nieświadoma ich obecności, skręciła w tę samą stronę, w którą się udawały. Ona właśnie należała do Zielonych Ajah, a twarda była niczym głowica młota. Jaem, jej Strażnik, szedł obok, nachylając głowę w przyciszonej konwersacji i od czasu do czasu przeczesując dłonią rzednące, siwe włosy. Był wiekowy, już nieco przygarbiony i wychudzony, a ciemnozielony kaftan wisiał na nim jak na strachu na wróble, mimo to w każdym calu był równie twardy co ona, niczym stary korzeń zdolny oprzeć się każdemu toporowi. Ich śladem szły skromnie Kristian i Zarya w bieli nowicjuszek, z zaplecionymi z przodu dłońmi: jedna blada cairhieniańską cerą, druga niska i wąska w biodrach. Jak na uciekinierki, którym udało się to, co niewielu się udało, czyli unikanie przez lata uwagi Białej Wieży — w wypadku Kristian przez trzysta lat — ze zdumiewającą łatwością wpasowały się w role nowicjuszek. Ale w końcu Reguła Rodziny stanowiła mieszaninę kodeksów nowicjuszek z zasadami normującymi życie Przyjętych. Być może jedyną zmianą w ich życiu były białe, wełniane suknie i utrata swobody poruszania się, choć i tę ostatnią kwestię Rodzina w pewnym stopniu kontrolowała.
— Bardzo mnie cieszy, że te dwie zdołały jakoś zająć jej uwagę — mruknęła współczującym tonem Reanne. W jej oczach lśniła zbolała troska. — Żałoba po siostrze jest jak najbardziej stosowna, obawiam się jednak, że bez Kristian i Zaryi śmierć Adeleas mogła stać się dla niej obsesją. Próbowałam ją pocieszyć — mam pewne doświadczenie w oferowaniu pociechy ludziom, ponieważ byłam przez czas jakiś Mądrą Kobietą w pewnej wiosce, jak też nosiłam czerwony pasek w Ebou Dar, wiele już, wiele lat temu — ale nie chciała ze mną nawet dwu słów zamienić.
Po prawdzie, to Vandene nosiła obecnie wyłącznie ubrania martwej siostry, jak też kwietne perfumy Adeleas. Chwilami Elayne wydawało się, że Vandene próbuje zmienić się w Adeleas, złożyć się w ofierze, by Adeleas wróciła do życia. Ale czy można kogoś winić, że ma obsesję na punkcie wykrycia mordercy siostry? Zaledwie garstka ludzi wiedziała, że ona tym się przede wszystkim zajmuje. Wszyscy wierzyli, podobnie jak Reanne, że absorbują ją bez reszty nauki udzielane Kristian i Zaryi oraz kary wymierzane im za ucieczkę sprzed lat. Vandene oczywiście tym się również zajmowała, całkiem zresztą ochoczo, faktycznie jednak była to zasadniczo tylko maska dla jej ważniejszych poczynań.
Nie patrząc, Elayne sięgnęła w bok i znalazła tam dłoń Aviendhy, czekała na pocieszający uścisk. Odpowiedziała jej tym samym, nawet nie próbując sobie wyobrażać bólu, jakim napełniłaby ją strata Aviendhy. Wymieniły krótkie spojrzenia, rozumiejąc się bez słów, przynajmniej to zrozumienie odczytała w jej oczach. Czy naprawdę myślała kiedyś, że oblicza Aielów są pozbawione wyrazu i nieodgadnione?
— Słusznie powiadasz, Reanne, Kristian i Zarya z pewnością zajmują jej uwagę. — Reanne nie była wśród nielicznych dopuszczonych do tajemnicy poczynań Vandene. — Każde z nas na własny sposób obchodzi żałobę. Vandene też kiedyś znajdzie pociechę na ścieżce, którą kroczy.
Należało mieć nadzieję, że nastąpi to, kiedy znajdzie mordercę Adeleas. Jeżeli to nie złagodzi jej bólu... Cóż, z tym trzeba będzie się zmierzyć, gdy to się stanie. Teraz pozostawało tylko dać Vandene wolną rękę. Zwłaszcza że miała przeczucie, iż Zielona siostra nie pozwoliłaby nikomu się powstrzymać. Na myśl o tym poczuła już nie tylko irytację, ale prawdziwą furię. Musiała przyglądać się, jak Vandene zmierza ku zagładzie, a do tego wykorzystywać ten fakt. To, że nie miała innego wyboru, nie czynił sprawy bardziej znośną.
Dokładnie w chwili, gdy Vandene i jej świta skręcili w kolejny boczny korytarz, w wejściu do następnego, tuż przed Elayne pojawiła się Reene Harfor: przysadzista, cicha kobieta z siwiejącymi włosami upiętymi w wysoki koczek i spowita w atmosferę królewskiej iście godności. Jej ceremonialny, szkarłatny kaftan z Białym Lwem Andoru jak zawsze wydawał się świeżo wyprasowany. Elayne nigdy jeszcze nie widziała u niej jednego bodaj nie zaczesanego włoska, choćby śladu nieporządku w garderobie, nawet po długim dniu spędzonym na nadzorowaniu pałacu. Choć nie tylko do tego sprowadzały się jej obowiązki. Teraz na jej okrągłej twarzy zastygł z jakiegoś powodu wyraz konsternacji, ale Elayne zinterpretowała go jako troskę o własny, żałosny stan.
— Cóż, moja pani, najwyraźniej jesteś przemoczona do nitki — powiedziała wstrząśnięta i dopiero potem się ukłoniła. — Musisz natychmiast zrzucić te mokre rzeczy.
— Dziękuję, pani Harfor — powiedziała przez zęby Elayne. — Sama nigdy bym tego nie zauważyła.
W jednej chwili pożałowała swego wybuchu — Pierwsza Pokojówka była jej tak samo wierna jak wcześniej jej matce — ale najgorsze było, że pani Harfor przeszła nad wszystkim do porządku, nawet nie mrugnąwszy. Nikt już szczególnie się nie przejmował humorami Elayne Trakand.
— Jeśli pozwolisz, to będę ci towarzyszyć przez chwilę, moja pani — powiedziała spokojnie, zajmując miejsce obok Elayne. Piegowata, młoda służąca z koszem złożonej pościeli akurat w tym momencie chciała się im ukłonić, ukłon był w takim samym chyba stopniu adresowany do Elayne co do Pierwszej Pokojówki, ale Reene odprawiła ją pospiesznym gestem; dziewczyna umknęła, zanim go dokończyła. Być może chodziło o to, żeby nie podsłuchiwała. Reene bowiem nie przestawała mówić nawet na chwilę: — Trzej dowódcy najemników domagają się widzenia z tobą. Ulokowałam ich w Błękitnej Komnacie Audiencji i ostrzegłam służących, że mają uważać, aby żaden z cennych drobiazgów nie skończył w ich kieszeniach. Jak się okazało, martwiłam się niepotrzebnie. Wkrótce pojawiły się Careane Sedai i Sareitha Sedai, żeby dotrzymać kapitanom towarzystwa. Kapitan Mellar też przybył.
Elayne zmarszczyła brwi. Mellar. Próbowała wyszukiwać mu zajęcia, żeby trzymać z dala od kłopotów, ale w jakiś sposób zawsze znajdował się tam, gdzie go najmniej potrzebowała. Jeśli już o tym mowa, to podobnymi umiejętnościami dysponowały Careane i Sareitha. Jedna z nich musiała być morderczynią z Czarnych Ajah. Chyba że winna okaże się Merilille, ale ona znajdowała się poza zasięgiem. Reene doskonale o wszystkim wiedziała. Utrzymywanie jej w nieświadomości graniczyłoby ze zbrodnią. Poza tym miała wszędzie dojście, mogła najprędzej zdobyć użyteczną wskazówkę.
— Czego chcą najemnicy, pani Harfor?
— Więcej pieniędzy, jak mniemam — warknęła Birgitte i machnęła drzewcem łuku niczym pałką.
— Najprawdopodobniej — zgodziła się Reene — ale nie chcieli mi powiedzieć. — Jej usta zacisnęły się nieznacznie. Tylko tyle, ale wrażenie było takie, jakby ci najemnicy zdołali śmiertelnie ją obrazić. Jeżeli byli na tyle głupi, żeby nie zdawać sobie sprawy, iż mają do czynienia z kimś więcej niż ze zwykłą przełożoną pokojówek, wówczas naprawdę byli tępakami.
Minęła róg korytarza i stanęła twarzą w twarz z dwoma Poszukiwaczkami Wiatru, ledwie stłumiła cisnące się na usta westchnienie. Lud Morza był ostatnim narodem ze wszystkich ludów ziemi, z którymi chciała mieć obecnie do czynienia. Chanelle din Seran Biały Rekin była szczupła, smagłoskóra i bosa, ubrana w brokatowe spodnie z czerwonego jedwabiu i brokatową bluzę z niebieskiego oraz zieloną szarfę zawiązaną w misterny węzeł, ponadto nazywała się aż nazbyt stosownie. Elayne nie miała wprawdzie pojęcia, jak wygłąda biały rekin — być może był malutką rybką — ale w wielkich oczach Chanelle gorzało dość ognia, by czynić z niej strasznego drapieżcę, zwłaszcza gdy patrzyła na Aviendhę. Dużo było między nimi złej krwi. Wytatuowana dłoń Chanelle podniosła do nosa złote puzderko z pachnidłem, wykonane ze złotej siateczki i zawieszone na łańcuszku na szyi, ona sama zaś głęboko wciągnęła ostry, korzenny zapach, jakby chcąc przytłumić jakiś wstrętny odór. Aviendha zaśmiała się w głos i w jednej chwili pełne usta usta Chanelle zacisnęły się w cienką kreskę. A przynajmniej w cieńszą. Bardziej przekonującego wyrazu złości chyba po prostu nie była w stanie nimi przekazać.