Выбрать главу

Przyglądała się odbiegającej Renaile i walczyła o panowanie nad emocjami. Odezwała się dopiero, gdy była pewna, że ton jej głosu będzie nosił przynajmniej pozory uprzejmości.

— Wydaje mi się, że dobrze znosi zmianę swego statusu.

Chanelle pogardliwie wydęła usta.

— I nic dziwnego. Każda Poszukiwaczka Wiatru wie, że będzie awansować i upadać wiele razy, nim jej ciało z powrotem pochłonie sól. — Spojrzała w ślad za tamtą i w jej głosie zadźwięczały złośliwe tony. — Spadła z wysokości większej niż to zazwyczaj ma miejsce i nie powinna być zaskoczona, że lądowanie okazało się twarde, po tym ile rąk podeptała, wspinając się... — Zacisnęła zęby, a potem szarpnęła głową, by spojrzeć na Elayne, Birgitte, Aviendhę i Reene, a nawet gwardzistki, na wypadek chyba, gdyby któraś chciała coś powiedzieć.

Elayne rozważnie zmilczała, podobnie, Światłości dzięki, postąpiły pozostałe. Jeśli o nią chodzi, to szalejące emocje już się uspokajały, nie chciało jej się tak rozpaczliwie płakać i nie miała ochoty powiedzieć niczego, co skłoni Chanelle do krzyku i zniszczy efekty jej dotychczasowych starań. Ale w rzeczy samej, po usłyszeniu takiego komentarza miała pustkę w głowie. Wątpiła, by częścią obyczajowości Atha’an Mierre była zemsta na kimś, kogo posądzało się o nadużywanie właszy. Niemniej było to bardzo ludzkie.

Poszukiwaczka Wiatru zmierzyła ją wzrokiem od stóp do głów i zmarszczyła brwi.

— Jesteś mokra — powiedziała, jakby dopiero teraz zauważyła. — W twoim stanie nie powinnaś chodzić w mokrych rzeczach. Najlepiej jak najszybciej się przebrać.

Elayne odrzuciła do tyłu głowę i wrzasnęła na całe gardło, wręcz zawyła, pełnią swej wściekłości i urazy. Krzyczała, póki nie zbrakło jej tchu, a potem przed długą chwilę dyszała ciężko.

W ciszy, która nastała, spoczęły na niej zdumione spojrzenia wszystkich obecnych. Prawie wszystkich. Aviendha zaczęła się śmiać tak głośno, że musiała się oprzeć o gobelin przedstawiający konnych myśliwych atakujących odwróconą grzbietem panterę. Drugą dłonią trzymała się za brzuch jakby ją bolały żebra. Przez więź też sączyło się rozbawienie — rozbawienie! — choć oblicze Birgitte pozostało nieporuszone niczym u Aes Sedai.

— Muszę już Podróżować do Łzy — powiedziała po chwili Chanelle ochrypłym głosem i odwróciła się bez jednego słowa czy uprzejmego gestu. Reene i Reanne ukłoniły się, przy czym żadna nie potrafiła spojrzeć Elayne w oczy, i wymówiły się naglącymi obowiązkami.

Elayne patrzyła to na Birgitte, to na Aviendhę.

— Jeżeli któraś ma zamiar coś powiedzieć... — ostrzegła.

Birgitte zrobiła minę niewiniątka, rozpaczliwie zresztą fałszywą, a w więzi było tyle rozbawienia, że samej Elayne zachciało się śmiać. Aviendha śmiała się dalej.

Elayne zebrała spódnice i tyle godności, na ile było ją stać, a potem ruszyła ku swym apartamentom. Szła szybciej niż przedtem, ale cóż, naprawdę czas już był pozbyć się tych mokrych rzeczy. Innych powodów nie było. Nie.

15

Odmienne umiejętności

Ostatnią kroplą, która przepełniła czarę cierpliwości Elayne i doprowadziła ją do furii objawiającej się zgrzytaniem zębów, był fakt, że zabłądziła w drodze na swe pokoje. Należały do niej od dnia, w którym opuściła żłobek, a dwukrotnie skręcała w korytarzach tylko po to, by się przekonać, że droga nie wiedzie, jak powinna. Wreszcie wbiegła szybko po stromych schodach z marmurowymi poręczami i wyszła w zupełnie już złą stronę. Niech sczeźnie, ta ciąża zupełnie miesza w głowie! Kiedy wspinała się na następne schody w więzi czuła konfuzję, a nawet lekki przestrach. Kilka gwardzistek zaczęło niespokojnie szemrać, póki dowodząca nimi chorąży, szczupła, chłodnooka Saldaeanka imieniem Devore Zarbayan, nie uciszyła wszystkich ostrym słowem. Nawet Aviendha zaczynała popatrywać z powątpiewaniem. Cóż, nie miała zamiaru pozwolić, by któraś rzuciła jej w twarz, że zgubiła się w pałacu, w swoim pałacu!

— Ani słowa — oznajmiła ponuro. — Milczeć, wszystkie! — dodała, widząc, że Birgitte już otwiera usta.

Złotowłosa zamknęła usta i szarpnęła gruby warkocz, prawie takim samym gestem, jak to miała w zwyczaju robić Nynaeve. Tym razem nie dbała o dezaprobatę widoczną na obliczu, w więzi wciąż milcząco tkwiły zakłopotanie i zmartwienie. Dość, by Elayne sama zaczęła się martwić. Zaczęła się więc zmagać z tymi uczuciami, nie chcąc doprowadzić do sytuacji, w której będzie się tłumaczyć i załamywać palce. Uczucie było tak silne.

— Jeżeli mogę wtrącić kilka słów, to powiem, że chyba spróbuję na własną rękę trafić do moich pokoi — oznajmiła Birgitte napiętym głosem. — Chcę się wysuszyć, zanim buty mi się rozejdą. Później o tym porozmawiamy. Obawiam się, że w tej kwestii nic się nie da zrobić, niemniej... — Ze sztywnym ukłonem, który nieznacznie tylko zgiął jej kark, odeszła, po drodze wymacując drzewcem łuku.

Elayne omalże nie zawołała za nią. Chciała. Ale Birgitte potrzebowała suchych rzeczy w takim samym stopniu co ona. Poza tym, jej nastrój przeszedł teraz w nadąsanie i upór. Nie miała zamiaru dyskutować o tym, że zgubiła drogę w korytarzach, w których wyrosła, ani teraz, ani nigdy. Nic się nie da zrobić? Co to niby miało znaczyć? Może Birgitte chciała powiedzieć, że Elayne jest już do tego stopnia ogłupiała, że nic się na to nie poradzi! Poczuła, jak szczęki zaciskają się jej znowu.

W końcu, po następnym niespodziewanym zakręcie, odnalazła wysokie, rzeźbione w lwy drzwi do swoich apartamentów i wydała głębokie westchnienie ulgi. Już zaczęła podejrzewać, że zupełnie zapomniała, jak wygląda pałac. Na jej widok dwie strzegące drzwi gwardzistki wyprostowały się dziarsko — wyglądały naprawdę wspaniale w kapeluszach o szerokich rondach z białymi piórami i w obrzeżonych koronką bandoletach z haftem Białego Lwa, narzuconych na błyszczące napierśniki oraz dalszą pianą koronki przy mankietach i kołnierzach. Od dawana w wolnych chwilach zastanawiała się nad pokryciem napierśników czerwonym lakierem tak, by pasowały do jedwabnych kaftanów i spodni. Jeżeli już miały być tak piękne, by każdy napastnik z góry je zlekceważył — oczywiście póki nie będzie za późno — równie dobrze mogła sięgnąć granic ostentacji i dobrego smaku. Żadnej z gwardzistek to najwyraźniej nie przeszkadzało. W rzeczy samej z ogromną niecierpliwością oczekiwały na lakierowane napierśniki.

Posłuchała kiedyś kogoś, kto nie zdając sobie sprawy z jej obecności, lekceważąco wyrażał się o gwardzistkach — głównie o kobietach, ale też o ich dowódcy, Doilinie Mellarze — sama jednak całkowicie ufała ich zdolnościom do wywiązania się z wyznaczonej roli. Były odważne i zmotywowane, w przeciwnym razie nie byłoby ich tutaj. Yurith Azeri i kilka innych, które wcześniej pracowały jako strażniczki kupieckich karawan — profesja przecież rzadka u kobiet — udzielały im codziennych lekcji szermierki, a każdego dnia ten czy inny Strażnik miał z nimi dodatkową lekcję. Ned Yarman, Strażnik Sareithy, i Jaem, Strażnik Vandene, wypowiadali się całkiem chwalebnie o ich postępach. Jaem powiedział, że uczą się szybko, ponieważ nie wydaje im się, że cokolwiek już umieją w kwestii władania ostrzem, co z pozoru brzmiało niezbyt mądrze. Jak ktoś, kto pobierał lekcje, mógł uważać, że cokolwiek umie?