Aviendha wybrała błękity, jak to miała w zwyczaju, z dekoltem obszytym rzędami maleńkich pereł. Suknia nie była wycięta tak nisko, jak dyktowała moda Ebou Dar, choć wciąż sporo ukazywała — w Ebou Dar prawie nie sposób było znaleźć sukni bez dekoltu. Kiedy Sephanie zapinała jej guziki, Aviendha bawiła się czymś, co wyjęła z sakwy przy pasku: małym sztyletem o rękojeści z jeleniego rogu owiniętej złotą plecionką. To też był ter’angreal, choć Elayne nie zdążyła rozszyfrować jego przeznaczenia, nim ciąża położyła kres badaniom. Nawet nie wiedziała, że siostra nosi go przy sobie. Kiedy patrzyła na sztylet, oczy Aviendhy zasnuwała marzycielska mgła.
— Dlaczego cię tak fascynuje? — zapytała Elayne. Nie pierwszy raz uczestniczyła w takiej scenie.
Aviendha drgnęła i zamrugała, wciąż wpatrzona w sztylet w dłoniach. Jak dalece Elayne potrafiła stwierdzić, żelazna klinga, długością równa dłoni, stosunkowo szeroka — przynajmniej wyglądała jak żelazo i pod dotykiem sprawiała wrażenie czegoś w rodzaju żelaza — nie była nigdy ostrzona. Nawet czubek był zbyt tępy, aby nim zadać cios.
— Chciałam ci go dać, ale nigdy nic nie mówiłaś, dlatego pomyślałam, że mogę się mylić. A co by się stało, gdybyśmy uwierzyły, że jesteś bezpieczna, przynajmniej przed pewnymi rzeczami, a okazałoby się, że tak wcale nie jest. Postanowiłam więc zatrzymać go. W ten sposób, jeśli mam rację, to przynajmniej będę cię mogła obronić, a jeśli się mylę, to nic złego też się nie stanie.
Elayne pokręciła w zdumieniu okręconą ręcznikiem głową.
— Rację w odniesieniu do czego? O czym ty mówisz?
— O tym — powiedziała Aviendha, unosząc sztylecik. — Myślę, że dopóki będziesz go miała przy sobie, Cień cię nie zobaczy. Ani Bezocy, ani Wykoślawieni Cieniem, ani być może nawet Ten Który Oślepia Liść. Tylko że pewnie się mylę, skoro nie potrafisz sama tego dostrzec.
Sephanie westchnęła, jej ręce zamarły, aż Essande musiała jej udzielić drobnego napomnienia. Essande zbyt długo żyła na tym świecie, by zwykła wzmianka o Cieniu mogła zburzyć jej spokój. Jeśli już o tym mowa, to niewiele było takich rzeczy.
Elayne zagapiła się na siostrę. Próbowała nauczyć Aviendhę tworzyć ter’angreale, ale tamta nie dysponowała nawet śladowymi umiejętnościami w tym kierunku. Niewykluczone wszak, że posiadała inne umiejętności, które być może nawet zasługiwały na miano samodzielnego Talentu.
— Chodź ze mną — powiedziała i wzięła Aviendhę pod ramię, a potem prawie wyciągnęła siłą z ubieralni. Essande podążała za nimi wśród fali protestów, Sephanie wciąż próbowała w biegu dopinać guziki sukni Aviendhy.
W większym saloniku apartamentów zacne ognie płonęły na obu kominkach i choć wnętrze nie było tak nagrzane jak w gotowalni, było tu ciepło i przytulnie. Stół z ozdobionym wolutą brzegiem blatu, przy którym spożywała w towarzystwie Aviendhy większość posiłków, stał pośrodku wykonanej z białych płytek posadzki, obok niego znajdowały się foteliki o niskich oparciach. Na jednym krańcu stołu leżał stos książek z pałacowej biblioteki: historie Andoru i zbiory bajek. Stojące lampy z odbłyśnikami dawały dość światła, często zatem czytywały tu wieczorami.
Wszelako poczesne miejsce w salonie przypadało drugiemu stołowi, stojącemu pod ciemną boazerią ściany. Zasłany był wręcz ter’angrealami z ukrytego depozytu, którego Kuzynki strzegły w Ebou Dar: pucharki i miseczki, statuetki i figurki, biżuteria, wszelkie wyobrażalne przedmioty. Większość wyglądała dość niepozornie, pominąwszy może tylko egzotykę wzornictwa, a przecież nawet najbardziej z pozoru kruche, były niezniszczalne, a niektóre cięższe lub lżejsze, niż wyglądały na pierwszy rzut oka. Dalsze, poważniejsze badania nad nimi uznała za niebezpieczne — miała wprawdzie zapewnienie Min, że jej dzieciom nic się nie stanie, ale skoro i tak nie panowała już w pełni nad Mocą, możliwość popełnienia groźnego błędu była zbyt wielka — niemniej wystawkę na stole zmieniała każdego dnia, wybierając na chybił trafił z koszyków trzymanych w pakamerze. Niech stanowią chociaż asumpt do spekulacji na temat, czego mogłaby się dowiedzieć, gdyby nie była w ciąży. Nawet nie chodziło o to, że przedtem dowiedziała się za dużo — cóż, w istocie niczego się nie dowiedziała — ale po prostu lubiła te przedmioty. Nie bała się, że ktoś je ukradnie. Reene pozbyła się większości, jeśli nie wszystkich nieuczciwych służących, a stałe warty przed drzwiami zajmowały się resztą.
Z wyraźną dezaprobatą — ubierać się należy w przebieralni, przyzwoicie, a nie tam, gdzie w każdej chwili może ktoś wejść — Essande powróciła do guziczków Elayne. Sephanie, zapewne wyczuwając nastroje swej przełożonej, ciężko oddychała, zmagając się z guzikami Aviendhy.
— Wybierz któryś i powiedz mi, do czego według ciebie służy — zaproponowała Elayne. Z przyglądania się i samych spekulacji nic nie wyszło, zresztą wcale tego nie oczekiwała. Gdyby jednak okazało się, że Aviendha umie odkryć przeznaczenie ter’angreala, po prostu biorąc go do ręki... Zazdrość wezbrała w niej paląca i gorzka, ale zdławiła ją w sobie, a najchętniej jeszcze podeptałaby i opluła. Nie będzie zazdrosna o Aviendhę!
— Nie jestem pewna, czy potrafię, Elayne. Wydaje mi się tylko, że wiem, iż ten nóż zapewnia swego rodzaju ochronę. I zapewne się mylę, skoro ty tego nie wyczuwasz. Wiesz więcej o tych sprawach niż ktokolwiek.
Policzki Elayne pokrył rumieniec wstydu.
— Nawet sobie nie wyobrażasz, ile nie wiem. Spróbuj, Aviendha. Nigdy nie słyszałam o kobiecie, która byłaby zdolna do „odczytania” ter’angreala. Gdyby tobie się udało, choć w najbardziej mglisty sposób, czyż nie byłoby cudownie?
Aviendha skinęła głową, niemniej jej twarz wciąż wyrażała wątpliwości. Niepewnie dotknęła leżącej na środku cienkiej, czarnej różdżki, długiej na krok i tak elastycznej, że można było ją zwinąć w pierścień — kiedy się puściło, przybierała poprzedni kształt. Natychmiast gwałtownie cofnęła rękę, machinalnie ocierając dłoń o suknię.
— To sprawia ból.
— Nynaeve nam już o tym powiedziała — niecierpliwie oznajmiła Elayne, a Aviendha spojrzała na nią nieruchomym wzrokiem.
— Nynaeve al’Meara nie powiedziała, że można regulować ból, jaki zadaje każdy cios — znowu się zawahała, a jej głos brzmiał niezdecydowanie. — Przynajmniej tak przypuszczam. Myślę, że jeden cios może wywołać skutki pojedynczego ciosu albo setki. Ale tylko zgaduję, Elayne. Tak mi się tylko wydaje.
— Próbuj dalej — zachęcała ja Elayne. — Może odkryjemy coś, co przemieni przypuszczenia w pewność. Co o tym sądzisz? — Wybrała metalowy czepek o dziwnym kształcie. Pokryty był wymyślnymi, regularnymi wzorami, które przypominały drobniutkie i misterne żłobienia, ale na hełm był zbyt cienki, poza tym był co najmniej dwukrotnie cięższy niż z pozoru. Metal pod palcami zdawał się śliski: właśnie, nie tylko gładki, ale jakby naoliwiony.
Aviendha z niechęcią odłożyła sztylet i obróciła kilkukrotnie czepek w dłoniach, a potem odłożyła na stół i znów wzięła sztylet do ręki.
— Sądzę, że dzięki temu można kierować... jakimś urządzeniem. Maszyną. — Pokręciła owiniętą ręcznikiem głową. — Ale nie mam pojęcia jak ani nie wiem, co to za maszyna. Widzisz? Znowu zgaduję.
Elayne wszakże nie miała zamiaru na tym poprzestać. Podsuwała Aviendzie ter’angreal za ter’angrealem, a tamta dotykała ich przelotnie, niekiedy brała w dłonie i za każdym razem znajdowała odpowiedź. Odpowiedzi były pełne wahania, opatrzone zastrzeżeniami, iż stanowią tylko hipotezy, niemniej zawsze padały. Mała szkatułka na pozór z kości słoniowej z wieczkiem na zawiasach, pokryta czerwonymi i zielonymi falami zawierała zdaniem Aviendhy muzykę: setki melodii, może tysiące. Niewykluczone, skoro był to ter’angreal. W końcu dobra pozytywka mogła mieć tarcze wygrywające sto melodii, a niektóre grały naprawdę długo bez konieczności wymiany bębnów. Płaska, żółtobiała misa szeroka prawie na krok miała służyć do patrzenia na odległość, a wysoki dzban ze wzorem w zielone i niebieskie pnącza — niebieskie pnącza! — ekstrahował wodę z powietrza. Brzmiało to cokolwiek nonsensownie, niemniej oczy Aviendhy rozbłysły entuzjazmem, a po namyśle Elayne przyznała, że faktycznie, na Pustkowiu byłby całkiem użyteczny. Oczywiście, gdyby działał zgodnie z przewidywaniami Aviendhy. I udało się odkryć, jak zmusić go do działania. Czarno-biała figurka ptaka z rozłożonymi w locie skrzydłami służyła do porozumiewania się na odległość. Podobną funkcję spełniała mieszcząca się w dłoni niebieska statuetka kobiety w osobliwie skrojonej spódnicy i kaftaniku. Oraz pięć kolczyków, sześć pierścionków i trzy bransoletki.