— Zaufaj mi, moja pani — uspokajał ją Norry, głaszcząc się po nosie. — Kieszonkowcy są... hm... zręczni z natury, jednak rzadko żyją długo. Wcześniej czy później odetną sakiewkę komuś, kto okaże się szybszy od nich, komuś, kto nie zechce czekać na gwardię. — Wykonał szybki gest imitujący cios sztyletem. — Hark uprawia swój fach od co najmniej dwudziestu lat. Wiele z kolekcjonowanych przez niego sakiewek ma wyhaftowane wota dziękczynne za koniec wojny z Aielami. Jak sobie przypominam, bardzo szybko wyszły z mody.
Birgitte przysiadła na poręczy sąsiedniego fotelika i zaplotła ramiona na piersiach.
— Mogłabym aresztować Mellara — powiedziała cicho — i kazać go przesłuchać. Wówczas nie potrzebowałabyś usług Harka.
— Kiepski żart, moja pani, jeśli mogę tak to określić - surowo powiedziała pani Harfor.
Równocześnie odezwał się Norry:
— To byłoby... hm... wbrew prawu, moja pani.
Birgitte poderwała się na równe nogi, w więzi załopotała furia.
— Krew i krwawe popioły! Wiemy, że ten człowiek jest zepsuty jak ryba z zeszłego miesiąca.
— Nie — z westchnieniem powiedziała Elayne, walcząc z udzielającą się jej złością. — Mamy podejrzenia, nie dowody. Tych pięciu naprawdę mogło paść ofiarą bandytów. Prawo jednoznacznie stwierdza, kiedy kogoś można poddać śledztwu, a same podejrzenia do tego nie wystarczą. Potrzeba solidnych dowodów. Moja matka często powtarzała: „Królowa musi przestrzegać stanowionego przez siebie prawa, inaczej nie ma żadnego prawa”. Nie zacznę swej władzy od łamania prawa. — W więzi utkwiło coś jak... upór. Zmierzyła Birgitte twardym spojrzeniem. — Do ciebie się to w równym stopniu odnosi. Rozumiemy się, Birgitte Trahelion? W tym samym stopniu.
Ku jej zaskoczeniu upór trwał jedynie moment, a potem zastąpił go wstyd.
— To była tylko sugestia — przyznała pokornie Birgitte.
Elayne zastanawiała się, jak jej się to udało i jak można by to powtórzyć — czasami w myślach Birgitte znajdowała wątpliwości odnośnie do tego, kto tu rządzi — a wtedy do komnaty wślizgnęła się Deni Colford i odkaszlnęła, żeby przyciągnąć uwagę. Z jednej strony solidnej talii miała przy pasie długą, nabijaną mosiądzem maczugę, z drugiej miecz, który wciąż wyglądał trochę nie na miejscu. Deni coraz lepiej władała mieczem, ale wciąż preferowała pałkę, która służyła jej przez lata pracy w tawernie woźniców.
— Przyszedł służący i doniósł, że lady Dyelin już przybyła i gotowa jest stanąć przed twym obliczem, gdy tylko się trochę odświeży.
— Powiadom lady Dyelin, że spotkam się z nią w Komnacie Map. — Elayne poczuła nagły przypływ nadziei. Być może w końcu otrzyma jakieś dobre wieści.
17
Niedźwiedź z brązu
Elayne zostawiła panią Harfor i pana Norry’ego, a sama pospieszyła do Komnaty Map; nie wypuściła saidara. Spieszyła się, ale nie pędziła. Deni z trzema gwardzistkami szła przed nią — głowy poruszały się czujnie w poszukiwaniu niebezpieczeństwa — cztery pozostałe szły z tyłu. Wątpiła, by ablucje zajęły Dyelin wiele czasu, niezależnie jakie przywoziła wieści. Światłości, aby się okazały dobre. Birgitte z zaplecionymi na plecach dłońmi i marsem na czole zdawała się zatopiona w myślach, choć też zaglądała w każdy boczny korytarz, jakby oczekując ataku. W więzi szeptało zatroskanie. I zmęczenie. Elayne ziewnęła szeroko, nim zdołała się powstrzymać.
Dbała o to, by przemierzać korytarze pałacu równym krokiem, nie tylko dlatego, że nie chciała podsycać plotek. Obecnie wokół coraz częściej widywało się nie tylko służbę. Grzeczność wymagała, by udzielić schronienia w pałacu szlachcie, która przebiła się do miasta z orszakiem zbrojnych — choć to miano zasługiwało na dość swobodną interpretację: niektórzy byli dobrze wyszkoleni i na co dzień przypasani do miecza, inni zostali oderwani od pługa przez wici swoich lordów i lady — i spora liczba przyjęła propozycję gościny. Większość wśród nich stanowili ci, którzy nie mieli stałej rezydencji w Caemlyn, oraz, jak podejrzewała, ci, którzy liczyli każdy grosz. W opinii farmerów czy robotników wszyscy szlachcice byli bogaci i z pewnością większość była, choćby w porównaniu z tamtymi, ale wydatki związane z pozycją i obowiązkami zmuszały ich, by liczyli monety równie skrzętnie co jakakolwiek żona rolnika. Jeszcze nie postanowiła, co zaproponuje nowo przybyłym. Szlachta już spała po troje, czworo w łóżku, przynajmniej tam, gdzie łóżka były dostatecznie szerokie; wszystkie prócz najwęższych mogły pomieścić przynajmniej dwie osoby i tak się też działo. Wiele Kuzynek przeniosło się na sienniki w kwaterach służby, dzięki Światłości, że wiosna na to pozwalała.
Wyglądało tak, jakby cała gromada jej szlachetnych gości właśnie wybrała się na przechadzkę po korytarzach, wszyscy kłaniali się jej i wielokrotnie musiała przystawać, żeby zamienić bodaj po kilka słów. Na równą łaskawość zasłużyli sobie: Sergase Gilbearn, drobna, szczupła, z ciemnymi włosami przyprószonymi siwizną, w zielonej sukni do konnej jazdy, która przyprowadziła wszystkich dwudziestu zbrojnych pozostających w jej służbie, i zgorzkniały, żylasty Kelwin Janevor, w dyskretnie połatanym, niebieskim kaftanie z wełny, który przywiódł dziesięciu, i same Głowy Domów, nawet jeśli pomniejszych: chudy Barel Layden i krępa Anthelle Sharplyn. Wszyscy oni wspomogli ją wszystkim, co kto miał, żadne nie kalkulowało przemawiających przeciwko niej szans. Dziś jednak wyglądali na dość niespokojnych. Nikt nic nie powiedział — że przybyli pełni dobrych myśli i nadziei na szybką koronację, czy jakim jest dla nich honorem opowiedzenie się po jej stronie — ale niepokój widniał na twarzach. Arilinde Branstrom, zazwyczaj tak entuzjastyczna, że można by sobie pomyśleć, iż jej zdaniem naprawdę pięćdziesięciu żołnierzy może odwrócić losy bitwy na korzyść Elayne, nie była jedyną zagryzającą wargi, a Laerid Traehand, krępy, milczący, solidny jak kamień, nie był jedynym, którego czoło znaczył mars. Nawet wieści o przybyciu Guybona z poważnymi siłami wywołały tylko pojedyncze uśmiechy na twarzach, szybko zresztą i niewcześnie stłumione.
— Sądzisz, że słyszeli o przechwałkach Arymilli? — zapytała podczas jednej z krótkich przerw w grzecznościach. — Nie, tego nie starczyłoby, żeby zdenerwować Arilinde czy Laerida. — Arymilla w mieście na czele trzydziestu tysięcy żołnierzy, to zapewne też byłoby za mało.
— Nie o to chodzi — zgodziła się Birgitte. Zanim podjęła wątek, rozejrzała się dookoła, żeby sprawdzić, czy prócz gwardzistek nikt nie słucha. — Może martwi ich to, co mnie. Nie zgubiłaś się wtedy, po bitwie. A raczej, nie ty byłaś odpowiedzialna za to, że się zgubiłaś.
Elayne zatrzymała się, żeby wymienić kilka pospiesznych słów z siwowłosą parą w wełnach, które byłyby bardziej stosowne dla bogatych farmerów. Zresztą dwór Brannina i Elvaine Martanów w istocie przypominał większą farmę, zbudowaną tak, by pomieścić wielopokoleniową rodzinę. Jedną trzecią ich sił zbrojnych stanowili synowie i wnuki, siostrzeńcy, bratankowie i temu podobni. Do pracy na roli zostawiono tylko tych, którzy byli zbyt starzy lub zbyt młodzi na wojaczkę. Miała nadzieję, że uśmiechnięta para nie poczuła się urażona zbyt chłodnym przyjęciem, ponieważ ruszyła dalej właściwie od razu po wymianie grzeczności.