— Co masz na myśli, mówiąc, że nie ja byłam odpowiedzialna? — zapytała zaraz.
— Pałac się... zmienił. — Przez moment w więzi kłębiła się konfuzja. Birgitte się skrzywiła. — Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale mam wrażenie, jakby wszystko zostało przebudowane zgodnie z trochę innym planem. — Jedna z idących przed nimi gwardzistek zgubiła krok, ale szybko odzyskała równowagę. — Mam dobrą pamięć... — Birgitte zawahała się, więź zapulsowała mnóstwem emocji, które szybko zostały stłumione. Większość jej wspomnień z przeszłości zniknęła jak niegdysiejsze śniegi. Nie zostało nic z czasów przed zbudowaniem Białej Wieży, a pamięć po czterech żywotach, jakie przeżyła na świecie między tym momentem a końcem wojen z Trollokami zaczynała się rozpadać na fragmenty. Tę kobietę niełatwo było przestraszyć, niemniej bała się utraty pozostałych wspomnień, zwłaszcza dotyczących Gaidala Caina. — Nie zapominam drogi, którą raz szłam — podjęła dalej — a niektóre z tych korytarzy nie są już takie jak kiedyś. Kilka... zmieniło miejsce. Innych nie ma wcale, przybyło też kilka nowych. Nie słyszałam, by ktoś o tym mówił, ale przypuszczam, że starsi milczą w tej sprawie, ponieważ boją się, iż tracą rozum, a młodsi boją się z kolei utraty pozycji.
— To jest... — Elayne zamknęła usta. Najwyraźniej wcale nie było takie niemożliwe. Birgitte nie cierpiała na nadmiar wyobraźni. I teraz w innym świetle dojrzała niechęć Naris do opuszczenia jej apartamentów, a być może również wcześniejszą konfuzję Reene. Prawie pożałowała, że nie są to negatywne konsekwencje bycia w ciąży. Ale jak to możliwe? — Nie chodzi o Przeklętych — oznajmiła zdecydowanie. Gdyby było ich na coś takiego stać, zrobiliby już to dawno temu i pewnie jeszcze gorsze rzeczy... — Dzień dobry, lordzie Aubremie.
Chudy, pokrzywiony i łysy, wyjąwszy tylko cienki wianuszek włosów, Aubrem Pensenor powinien teraz huśtać na kolanie dzieci swoich wnuków, niemniej trzymał się prosto, a oczy patrzyły jasno. Dotarł do Caemlyn jako jeden z pierwszych i przyprowadził prawie setkę zbrojnych, wreszcie przywiózł wieści o marszu Arymilli Marne na miasto i o sprzymierzeńcach, jakich znalazła w osobach Naean i Elenii. Teraz wdał się we wspomnienia udziału w sukcesji jej matki, póki Birgitte nie mruknęła, że lady Dyelin nie można pozwolić czekać.
— Och, w takim razie nie będę cię zatrzymywał, moja pani — oznajmił serdecznie. — Proszę przekazać pozdrowienia lady Dyelin. Była tak zajęta, że nie zdążyłem z nią wymienić dwu słów od czasu, jak dotarła do Caemlyn. Proszę przekazać serdeczne życzenia. — Od czasów niepamiętnych Dom Pensenor sprzymierzony był z Domem Taravin.
— A więc nie Przeklęci — powiedziała Birgitte, kiedy Aubrem oddalił się poza zasięg głosu. — Ale bezpośrednie przyczyny to tylko część problemu. Czy nastąpi to znowu? A jeżeli tak, czy zmiany zawsze będą niegroźne? A może obudzisz się pewnego dnia w pomieszczeniu bez drzwi i okien? Co się stanie, jeżeli będziesz akurat spała w komnacie, która zniknie? Jeżeli korytarz może zniknąć, to może zniknąć komnata. Co jeśli zmiany nie dotyczą wyłącznie pałacu? Musimy sprawdzić, czy ulice prowadzą wciąż tam, gdzie dotąd. A jeżeli następnym razem zniknie część murów obronnych?
— Naprawdę masz czarne myśli — smutno skomentowała Elayne. Mimo iż wypełniona była Mocą, ewentualne konsekwencje tych zdarzeń wywoływały skręty żołądka.
Birgitte przesunęła palcami po czterech złotych węzłach na ramieniu czerwonego kaftana z białym kołnierzem.
— Od czasu jak mam to. — Dziwne, ale od chwili, gdy podzieliła się zmartwieniem, w więzi było go jakoś mniej. Elayne miała nadzieję, że Birgitte nie spodziewa się, iż ona znajdzie odpowiedź. Nie, niemożliwe. Birgitte znała ją zbyt dobrze.
— To cię przeraża, Deni? — zapytała. — Przyznaję, że mnie tak.
— Nie bardziej niż powinno, moja pani — odpowiedziała przysadzista kobieta, nawet na moment nie przerywając lustracji korytarza. Pozostałe nie puszczały dłoni z rękojeści mieczy, jej ręka pieściła drzewce długiej pałki. Głos był uprzejmy i rzeczowy, podobnie oblicze. — Pewnego razu wielki woźnica imieniem Eldrin Hackly prawie skręcił mi kark. Zazwyczaj był dość spokojny, ale tej nocy upił się jak nigdy. Nie potrafiłam wyprowadzić mocnego ciosu, a pałka odskakiwała od jego czaszki bez żadnych skutków. Wtedy przeraziłam się bardziej, ponieważ byłam pewna, że nie przeżyję. Tu mamy do czynienia tylko z odległą możliwością, każdego ranka można się nie obudzić.
Każdego ranka można się nie obudzić. Elayne przypuszczała, że istniały gorsze sposoby patrzenia na świat. Mimo to zadrżała. Sama była bezpieczna, przynajmniej do czasu urodzin dzieci, ale poza nią nikt bezpieczny nie był.
Straż przy szerokich, rzeźbionych w lwy drzwiach do Komnaty Map pełnili doświadczeni gwardziści, jeden niski prawie chudy, drugi na tyle mocno zbudowany, że mimo średniego wzrostu wydawał się przysadzisty. Trudno było powiedzieć, dlaczego wybrano ich spośród pozostałych, ale tylko najbardziej zaufani ludzie, najlepsi szermierze otrzymywali ten przydział. Niski skinął Deni głową, potem wyprostował się sztywno, skarcony marsem na czole Birgitte. Deni uśmiechnęła się do niego nieśmiało — Deni! nieśmiało! — a dwójka gwardzistów wdrożyła nieuniknioną rutynę. Birgitte już otworzyła usta, lecz Elayne położyła jej dłoń na ramieniu, tamta więc tylko na nią spojrzała, pokiwała głową, gruby złoty warkocz zakołysał się powoli.
— Niedobrze, kiedy robią to na służbie, Elayne. Powinni przede wszystkim myśleć o swoich obowiązkach, a nie wpatrywać się w siebie okrągłymi oczyma. — Nie uniosła głosu, ale szkarłat powlekł okrągłe policzki Deni, przestała się uśmiechać, znów potoczyła spojrzeniem po korytarzu. Może tak było lepiej, mimo to szkoda. Chociaż ktoś powinien mieć z życia trochę radości.
Komnata Map była drugą co do wielkości salą balową pałacu, przestrzennym pomieszczeniem z czterema kominkami z żyłkowanego, czerwonego marmuru, na których pod rzeźbionymi gzymsami płonęły niewielkie ognie, z kopulastym sklepieniem, ozdobionym pozłotą i podtrzymywanym przez szeroką kolumnadę biegnącą w odległości dwu kroków od pozbawionych ozdób ścian z białego marmuru i ustawionych pod nimi lamp z odbłyśnikami zdolnych oświetlić pomieszczenie światłem prawie dorównującym dziennemu. Większą część posadzki z płytek zajmowała szczegółowa mozaika Caemlyn, której początki sięgały ponad tysiąca lat wstecz, czyli daty zbudowania Nowego Miasta, poprzedzającej ekspansję Dolnego Caemlyn. Na długo przedtem nim powstał Andor, na długo przed Arturem Jastrzębie Skrzydło. Od tego czasu poddawano ją wielokrotnej renowacji, zastępowano wyblakłe lub zniszczone kostki, tak więc wszystkie ulice zostały oddane wiernie — przynajmniej w stanie na wczoraj; Światłości, spraw, żeby nic się nie zmieniło — a choć z latami zastępowano budowle, niektóre z ulic biegły w taki sposób, jak to obrazowała pierwotna mapa.
A jednak w Komnacie Map w przewidywalnej przyszłości zapewne nikt nie będzie tańczyć. Na długich stołach wśród kolumnady leżały dalsze mapy, niektóre na tyle wielkie, że zwisały przez brzegi blatów, a na półkach pod ścianami znajdowały się stosy raportów zawierających treści na tyle krytyczne, żeby zamknąć je w sejfie lub po przeczytaniu spalić. W kącie pomieszczenia stało szerokie biurko Birgitte pokryte koszami na papiery, z których większość była pełna. Kapitan-Generał przysługiwał wprawdzie własny gabinet, niemniej gdy tylko odkryła Komnatę Map, zdecydowała, że szkoda jej nie wykorzystać.