— Coś mi tu poważnie nie pasuje — powiedziała, kołysząc winem w pucharze, ale nie pijąc go. Cienkie zmarszczki wokół oczu się pogłębiły. — Bywam w tym pałacu odkąd pamiętam, a dzisiaj dwukrotnie się zgubiłam.
— Wiemy o tym — zapewniła ją Elayne i szybko wyjaśniła, do czego doszły z Birgitte i jakie kroki miała zamiar przedsięwziąć. Zwyczajowo splotła zabezpieczenia przed podsłuchem i bynajmniej nie była zdziwiona, że i tym razem przecięły włókna saidara. Dobrze choć wiedzieć, że ta, która próbowała podsłuchiwać, oberwie smagnięciem naprężonych włókien. Wprawdzie nie bardzo, ponieważ wykorzystane sploty były tak cienkie, że wcześniej nawet ich nie wyczuła, niemniej zawsze coś. Może istnieje jakiś sposób, by następnym razem było to mocniejsze smagnięcie. I w ten sposób zniechęci się szpiegów na dobre.
— A więc może się to znowu zdarzyć — skomentowała Dyelin, kiedy Elayne skończyła. Ton głosu był spokojny, ale nerwowo oblizała wargi i napiła się wina, jakby jej nagle zaschło w ustach. — Tak. No, cóż. Jeżeli nie masz pojęcia, dlaczego to się stało i nie wiesz, czy nie stanie się znowu, to co możemy zrobić?
Elayne wytrzeszczyła na nią oczy. Znowu komuś się wydawało, że ona ma odpowiedzi na wszystkie pytania. Z drugiej strony, rola królowej tego właśnie chyba wymagała. Zawsze oczekiwano, że będzie znała odpowiedź albo będzie w stanie ją na poczekaniu znaleźć. Na tym też polegało bycie Aes Sedai.
— Nie wiemy, jak to powstrzymać, musimy więc nauczyć się z tym żyć, Dyelin, i nie dopuścić, aby ludzie zanadto się bali. Ogłoszę, co się stało i jak rozumiemy cały incydent, każę też siostrom powtarzać oficjalną wersję zdarzeń. Dzięki temu ludzie będą wiedzieli, że Aes Sedai zdają sobie sprawę z sytuacji, co przyczyni się do uspokojenia nastrojów. Przynajmniej nieco. Oczywiście wciąż będą się bali, ale już nie w takim stopniu, jakby miało to miejsce, gdybyśmy wszystkiemu zaprzeczyły, a pałac znowu się zmienił.
W jej oczach rzecz wyglądała nadzwyczaj mało przekonująco, zdziwiła się więc, gdy Dyelin bez wahania przystała na zaproponowane rozwiązanie.
— Zasugerowałabym jeszcze, żeby nie podejmować żadnych dalszych działań. Większość ludzi sądzi, że Aes Sedai potrafią sobie ze wszystkim poradzić. Pod warunkiem że okoliczności się nie zmienią, to powinno wystarczyć.
A kiedy zrozumieją, że Aes Sedai nie potrafią sobie ze wszystkim poradzić, że ona nie potrafi? Cóż, nad pokonaniem tej przeszkody będzie się zastanawiać, gdy przyjdzie na to czas.
— Wieści są dobre czy złe?
Zanim Dyelin zdążyła odpowiedzieć, drzwi znów się otworzyły.
— Słyszałam, że wróciła lady Dyelin. Powinnaś po nas posłać, Elayne. Nie jesteś jeszcze królową i nie możesz mieć przede mną żadnych sekretów. Gdzie jest Aviendha? — Catalyn Haevin, chłodnooka, niesforna i młoda kobieta — właściwie dziewczyna, wciąż na wiele miesięcy przed osiągnięciem pełnoletności, mimo iż opiekun opuścił ją już, by pójść własną drogą — była ucieleśnieniem dumy i hardości, co nawet w tej chwili widać było w uniesionym pulchnym podbródku. Oczywiście postawa ta niekoniecznie musiała być wynikiem wyłącznie trwałych cech charakteru, ponieważ w wysokim karczku jej niebieskiej sukni do konnej jazdy lśniła wielka emaliowana brosza z Błękitnym Niedźwiedziem Haevin. Do Dyelin zaczęła się odnosić z szacunkiem i pewną obawą, wkrótce po tym, jak przyszło dzielić jej łóżko z nią i z Sergase, ale wobec Elayne upierała się przy wszelkich prerogatywach należnych Głowie Domu.
— Wszyscy słyszeliśmy — dodał Conail Northan. Szczupły, wysoki, z roześmianymi oczyma i orlim nosem, niedawno wszedł w wiek dorosły, ponieważ kilka miesięcy temu obchodził szesnaste imieniny. Kołysał się na piętach i muskał dłonią rękojeść miecza zapiętego na czerwonym kaftanie, ale ostatecznie sprawiał niegroźne wrażenie. Tylko ta chłopięcość w nim przeszkadzała, nieszczęśliwa cecha u Głowy Domu. — I żadne z nas nie mogło się doczekać, kiedy Luan i pozostali do nas dołączą. Ci dwaj wręcz biegli całą drogę. — Zmierzwił włosy na głowach towarzyszących mu dwóch młodszych chłopców, Perivala Manteara i Branleta Gilyarda, którzy popatrzyli na niego groźnie i zaraz zabrali się za przygładzanie czupryn. Perival się zarumienił. Niski, ładniutki, mający dwanaście lat, był młodszym z dwójki, Branlet był starszy o rok.
Elayne westchnęła, nie potrafiła ich jednak poprosić, by wyszli. Choć były to tylko dzieci — Conail również, biorąc pod uwagę jego zachowanie — piastowali tytuły Głów Domów, a obok Dyelin stanowili jej najpotężniejszych sojuszników. Wolałaby jednak wiedzieć, skąd znali cel misji Dyelin. Cała sprawa miała być trzymana w ścisłej tajemnicy do powrotu tamtej i dopiero potem Elayne chciała zdecydować o podaniu przywiezionych wieści do publicznej wiadomości. Kolejne zadanie dla Reene. Niekontrolowane plotki, niebezpieczne plotki mogły być równie groźne jak szpiedzy.
— Gdzie jest Aviendha? — dopytywała się Catalyn. Dziwne, ale była wyraźnie pod wrażeniem Aviendhy. Zafascynowana — stanowiło pewnie lepsze słowo. Upierała się, by Aviendha uczyła ją posługiwania się włócznią, jakby już nie miała innych zajęć!
— A więc, moja pani — kontynuował Conail, podchodząc do stołu i nalewając sobie wina — kiedy się do nas przyłączą?
— Złe wieści są takie, że nigdy — spokojnie oznajmiła Dyelin. — Dobre wieści są takie, że każde z nich odrzuciło propozycję Arymilli. — Odkaszlnęła głośno i znacząco, kiedy Branlet sięgnął po dzban. Chłopak spłonął rumieńcem i udał, że przez cały czas zamierzał nalać sobie z drugiego. Głowa Domu Gilyard, ale mimo przypasanego miecza wciąż tylko dzieciak. Perival też miał przy pasku miecz, czubek pochwy ciągnął się za nim po posadzce i wyglądał właściwie śmiesznie, dobrze choć, że od razu sięgnął po kozie mleko. Conail nalał sobie wina i uśmiechnął się do chłopców z wyższością, która zniknęła natychmiast, gdy tylko Dyelin zmierzyła go wzrokiem.
— Jeśli to są dobre wieści, to ja jestem Amyrlin — wtrąciła Birgitte. — Żebym sczezła, jeśli tak jest. Przywozisz ze sobą cholerną, na poły wyschłą z głodu wiewiórkę, a twierdzisz, że to udziec wołowy.
— Zgryźliwa jak zawsze — sucho odrzekła Dyelin. Dwie kobiety przez chwilę mierzyły się wzrokiem, Birgitte zacisnęła pięści, Dyelin muskała dłonią sztylet przy pasku.
— Dość kłótni — powiedziała Elayne, nadając słowom ostre brzmienie. Pomógł gniew w więzi zobowiązań. Bywało, że obawiała się, iż naprawdę może dojść do bójki. — Nie mam zamiaru znosić dzisiaj waszych fochów.
— Gdzie jest Aviendha?
— Odeszła, Catalyn. Czego jeszcze się dowiedziałaś Dyelin?
— Dokąd odeszła?
— Odeszła daleko — spokojnie odpowiedziała Elayne. Niezależnie od kojących własności saidara, miała ochotę zdzielić tę dziewczynę. — Dyelin?
Tamta upiła łyk wina, maskując w ten sposób fakt, że wycofała się z pojedynku na spojrzenia z Birgitte. Stanęła obok Elayne, wzięła do ręki srebrnego szermierza, obróciła w dłoniach, odstawiła z powrotem.
— Aemlyn, Arathelle i Pelivar przekonywali mnie, żebym zgłosiła roszczenia do tronu, ale znacznie mniej stanowczo niż ostatnim razem, kiedy z nimi rozmawiałam. Sądzę, że prawie udało mi się wytłumaczyć im, dlaczego tego nie zrobię.
— Prawie? — Birgitte obarczyła to słowo pełnią sarkazmu. Dyelin demonstracyjnie ją zignorowała. Elayne upomniała swego Strażnika znaczącym uniesieniem brwi, a ta zmieszana przestąpiła z nogi na nogę i poszła nalać sobie wina. Nadzwyczaj satysfakcjonująca reakcja. Cokolwiek robiła właściwie, miała nadzieję, że będzie działać.