Kiedy więc do pokoju wsunęła się Vandene, a jej śladem Kristian i Zarya, powitała ich widok z ulgą. Odziane na biało kobiety zatrzymały się przy drzwiach, na ich twarzach zastygł wyraz typowej pokory. Blada Kristian z rękoma zaplecionymi w talii, nietknięta jeszcze Różdżką Przysiąg, wyglądała na kobietę w średnim wieku, Zarya z nakrapianymi źrenicami i zakrzywionym nosem sprawiała wrażenie znacznie młodszej. W rękach trzymała coś zawiniętego w biały ręcznik.
— Wybacz, że przeszkadzam — zaczęła Vandene, a potem urwała i zmarszczyła brwi. Mimo charakterystycznego dla Aes Sedai braku śladów przeżytych lat twarz Zielonej siostry w jakiś sposób mimo wszystko sprawiała stare wrażenie. Rysy jej oblicza zmieniały się, raz miała dwadzieścia lat, raz czterdzieści, następnym z kolei razem coś między jednym a drugim. Może to te ciemne oczy, lśniące, głębokie i zbolałe, które zbyt wiele widziały. Otaczała ją atmosfera zmęczenia. Trzymała się prosto, ale widać było, że zaraz może się przewrócić. — To nie moja sprawa, rzecz jasna — podjęła delikatnie — ale czy istnieją jakieś powody, że przepełnia cię taka ilość Mocy? Na korytarzu uznałam, że może splatasz jakiś niezwykle skomplikowany wzór?
Elayne drgnęła i zrozumiała, że dzierży prawie tyle saidara, ile mogła bezpiecznie zaczerpnąć. Jak to się stało? Nie pamiętała, by czerpała więcej. Pospiesznie wypuściła źródło, i kiedy Moc upływała, wypełnił ją znajomy żal, a świat na powrót stał się... zwyczajny. W jednej chwili powróciły wahania nastrojów.
— Nie przeszkadzasz mi — powiedziała rozdrażnionym głosem, odkładając książkę na blat stołu. Nie przeczytała nawet trzech stron.
— Możemy więc porozmawiać na osobności?
Elayne skinęła głową — to nie była sprawa tej przeklętej kobiety, ile Mocy zaczerpnęła; równie dobrze jak Elayne znała niepisane reguły, o ile nie lepiej — i odesłała Sephanie do przedpokoju, gdy tymczasem Vandene splatała zabezpieczenia przed podsłuchem.
Mimo gotowych już zabezpieczeń Vandene zaczekała, aż drzwi zamkną się za pokojówką. Dopiero potem przemówiła:
— Reanne Corly nie żyje, Elayne.
— Och, Światłości, nie. — Rozdrażnienie przeszło w szloch, który wyrwał się z gardła. Elayne pospiesznie wyciągnęła z rękawa koronkową chusteczkę, by obetrzeć strumienie łez płynące po policzkach. Przeklęte fanaberie znowu się odezwały, niemniej Reanne z pewnością zasługiwała na łzy. Tak bardzo chciała zostać Zieloną Ajah. — Jak to się stało? — Żeby sczezła, znowu ten bełkot!
Vandene nie uroniła łzy. Być może wypłakała już oczy.
— Spaliła ją Moc. Ktokolwiek to uczynił, użył znacznie więcej, niż było trzeba. Wszędzie, na jej ciele i w pokoju, było pełno pozostałości saidara. Morderczyni chciała mieć pewność, że wszyscy dowiedzą się, jak zginęła.
— To nie ma sensu, Vandene.
— Może jednak ma. Zarya?
Saldaeanka położyła małe zawiniątko na stole i odwinęła, ukazując misternie wyrzeźbioną drewnianą lalkę. Była bardzo stara, prosta sukienka zetlała, z buzi odchodziła farba, brakowało oka, połowa ciemnych włosków zniknęła.
— Należała do Mirane Larinen — powiedziała Zarya. — Derys Nermala znalazła ją za kredensem.
— Nie rozumiem, co zgubiona lalka Mirane może mieć wspólnego ze śmiercią Reanne — powiedziała Elayne, ocierając oczy. Mirane była jedną ze zbiegłych Kuzynek.
— Tylko to... — odpowiedziała Vandene. — Kiedy Mirane udała się do Wieży, ukryła lalkę, ponieważ usłyszała, że wszystko, co posiada, zostanie spalone. Po swej relegacji odnalazła lalkę i wszędzie nosiła ze sobą. Wszędzie. To przerodziło się w dziwactwo, gdziekolwiek zatrzymywała się na dłużej, chowała tam lalkę. Nie pytaj dlaczego. Ale gdyby uciekła, nie zostawiłaby jej.
Wciąż trąc dłońmi oczy, Elayne odchyliła się w foteliku. Szlochy przeszły w pociąganie nosem, ale oczy wciąż wzbierały łzami.
— A więc Mirane nie uciekła? Została zamordowana, a jej ciało... usunięto. — Zabrzmiało to makabrycznie. — Myślisz, że z pozostałymi rzecz miała się tak samo? Ze wszystkimi?
Vandene pokiwała głową i na moment zgarbiła szczupłe ramiona.
— Tego się właśnie obawiam — powiedziała, prostując się. — Spodziewam się, że wskazówek należało szukać wśród pozostawionych przez nie rzeczy, ukochanych skarbów jak ta lalka, ulubionych detali biżuterii. Morderczyni chciała, żebyśmy myślały, że sprytnie zaciera ślady swych zbrodni, ale nie jest aż tak bardzo sprytna, tylko myśmy okazały się nie dość sprytne, żeby znaleźć te wskazówki, dlatego postanowiła zaaranżować coś bardziej bezczelnego.
— Żeby przerazić Kuzynki i skłonić do ucieczki — mruknęła Elayne. Taki cios nie będzie dla niej śmiertelny, niemniej skaże ją znowu na łaskę Poszukiwaczek Wiatru, a one z każdą chwilą stawały się coraz mniej chętne do pomocy. — Ile z nich już wie?
— Teraz już wszystkie, jak sądzę — sucho odparła Vandene. — Zarya kazała Derys nic żadnej nie mówić, ale tamta zbyt lubi brzmienie własnego głosu.
— To jest chyba wymierzone we mnie i ma pomóc Arymilli zdobyć tron, ale dlaczego którejś z Czarnych sióstr miałoby na tym zależeć? Nie potrafię sobie wyobrazić, by wśród nas były dwie morderczynie. Przynajmniej rozwiązuje to kwestię winy Merilille. Porozmawiaj z Sumeko i Alise. Tylko one mogą sprawić, żeby pozostałe nie spanikowały. — W rozumieniu Rodziny Sumeko zajmowała miejsce w hierarchii zaraz po Reanne, a choć Alise stała znacznie niżej, była kobietą o znacznych wpływach. — Od tej chwili żadna z nich nie może być sama, nawet na moment. Zawsze niech się trzymają po dwie, trzy, a najlepiej cztery. I ostrzeż je, by zwracały uwagę na Careane i Sareithę.
— Tego bym nie doradzała — szybko wtrąciła Vandene. — W grupach powinny być bezpieczne, a wieści o tym z pewnością dotrą do Careane i Sareithy. Ostrzec przed Aes Sedai? Kuzynki zrezygnują w jednej chwili. — Kristian i Zarya uroczyście pokiwały głowami.
Po krótkiej chwili Elayne niechętnie przystała na konieczność dalszego dochowanie tajemnicy. Rodzina powinna być bezpieczna w grupach.
— Niech Chanelle dowie się o Reanne i pozostałych. Nie potrafię sobie wyobrazić, co miałoby grozić Poszukiwaczkom Wiatru... a ich strata nie dotknęłaby mnie tak jak strata Rodziny... ale czy nie byłoby wspaniałe, gdyby pod wpływem tych wieści, same zdecydowały się odejść?
Nie oczekiwała, że tak się to skończy — Chanelle nade wszystko bała się powrotu na statki Ludu Morza bez korzyści gwarantowanych umową — ale gdyby... Byłoby to jasne światełko w pod każdym innym względem mrocznym tunelu dzisiejszego dnia. Przynajmniej niemożliwe, by miało zdarzyć się coś jeszcze gorszego. Myśl ta przejęła ją chłodem. Światłości, spraw, żeby się nie zdarzyło.
Arymilla skrzywiła się i odsunęła talerz gulaszu. Zaproponowano jej już łóżka, w jednym z nich spędzi noc — Arlene, jej pokojówka, właśnie dokonywała wyboru; dobrze wiedziała, co lubi jej pani — i najmniejszą rzeczą, jakiej oczekiwała, był przyzwoity posiłek, a tu baranina okazała się tłusta i zdecydowanie nadpsuta. Ostatnimi czasy zdarzało się to doprawdy nazbyt często. Tym razem kucharz nie uniknie chłosty! Nie wiedziała, do którego ze szlacheckich orszaków należał, ale miał być najlepszy — najlepszy! — co jednak w niczym jej nie powstrzyma. Zostanie wychłostany dla przykładu. A potem oczywiście oddalony. Ukaranemu kucharzowi nie można było już zaufać.
Nastroje w namiocie były nieszczególnie podniosłe. Kilkoro spośród obecnej w obozie szlachty oczekiwało na zaproszenie do kolacji, ale żadne z nich nie miało stosownie wysokiej pozycji. Zaczynała już żałować, że mimo wszystko nie zaprosiła któregoś, nawet któregoś z wasali Naean lub Elenii. Ich obecność mogłaby dostarczyć odrobiny rozrywki. Przy stole zgromadzili się najbliżsi sojusznicy, a atmosfera niczym na stypie. Cóż, tyczkowaty, stary Nasin — z potarganą, przerzedzoną i siwiejącą czupryną — jadł jak wilk, najwyraźniej nie zwracając uwagi na kondycję mięsa i od czasu do czasu po ojcowsku gładził ją po ręce. Uśmiechała się doń niczym posłuszna córka. Dureń założył na wieczór jeden ze swoich haftowanych w kwiaty kaftanów. Strój, w którym kobieta mogłaby się pokazać! Na szczęście wszystkie jego lubieżne uśmiechy adresowane były do siedzącej obok Elenii — za każdym razem miodowłosa kobieta wzdrygała się, a jej lisia twarz bladła, gdy napotykała jego spojrzenie. Cieszyła się dominującą pozycją w Domu Sarand, prawie jakby to ona była Głową Domu, a nie jej mąż, niemniej bała się, że Arymilla pozwoli Nasinowi zrobić z nią, co zechce. Szantaż nie był już konieczny, ale na wszelki wypadek lepiej jej nie popuszczać smyczy. Tak, Nasin najwyraźniej świetnie się bawił swoimi daremnymi zalotami wobec Elenii, niemniej pozostali siedzieli w ponurym milczeniu. Ledwie tknęli jedzenie i tylko dwójka służby wciąż napełniała puchary. Nigdy nie ufała cudzej służbie. Przynajmniej wino nie skwaśniało.