Выбрать главу

— Moim zdaniem powinniśmy przypuścić mocniejszy szturm — mruczał pijackim głosem Lir, Głowa Domu Baryn. Był żylastym mężczyzną, a na kaftanie nosił odciski od rzemieni zbroi i zawsze palił się do bitki. Subtelność była dla niego pustym słowem. — Moi szpiedzy donoszą, że każdego dnia coraz więcej ludzi przybywa do miasta przez te ich „bramy”. — Pokręcił głową i mruknął coś pod nosem. Naprawdę wierzył w te plotki o dziesiątkach Aes Sedai w Królewskim Pałacu. — Przez te wszystkie drobne ukąszenia tracimy tylko ludzi.

— Zgadzam się — poparła go Karind, zabawiając się wielką złotą szpilką, z emaliowanym Czerwonym Lisem Anshar w biegu, którą przypięła do łona. Była chyba w tym samym stopniu pijana co Lir. Rysy kwadratowej twarzy rozlewały się. — Musimy naciskać na nich, zamiast tracić ludzi. Kiedy już pokonamy mury, nasza przewaga liczebna weźmie górę.

Usta Arymilli się zacisnęły. Mogliby okazać choć cień szacunku kobiecie, która wkrótce zostanie królową Andoru, zamiast wciąż się z nią sprzeczać. Niestety, Baryn i Anshar nie byli z nią związani równie mocno co Sarand czy Arawn. W przeciwieństwie do Jarida i Naean, Lir i Karind poparli ją, ale bez stosownej pisemnej rezolucji. Zresztą odnosiło się to również do Nasina, ale o jego poparcie była spokojna. Owinęła go sobie wokół palca niczym pierścionek.

Uśmiechnęła się z wysiłkiem i postarała nadać głosowi jowialne brzmienie.

— Tracimy najemników. A po cóż innego są najemnicy jak nie po to, by umierać zamiast naszych zbrojnych? — Uniosła puchar i mężczyzna w zdobnej srebrem niebieskiej liberii natychmiast podbiegł, by go napełnić. Po prawdzie to tak się spieszył, że uronił kroplę na jej dłoń. Widząc grymas, natychmiast wydobył z kieszeni chusteczkę i wytarł plamkę, nim zdążyła cofnąć rękę. Własną chusteczką! Światłość jedna wiedziała, gdzie mógł przebywać ten brudny skrawek materii, a on dotknął nim jej ręki! Kiedy wycofywał się, kłaniając i mamrocząc przeprosiny, usta mu drżały ze strachu. Niech skończy służbę przy posiłku. Później będzie czas, by się go pozbyć. — Będziemy potrzebowali wszystkich naszych zbrojnych, kiedy wyruszę przeciwko pogranicznikom, prawda Naean?

Naean drgnęła jak ukłuta szpilką. Szczupła i blada, w żółtych jedwabiach haftowanych na staniku srebrnymi symbolami Potrójnego Klucza Arawn, ostatnio wyglądała na wycieńczoną; niebieskie oczy były podkrążone, wyzierało z nich zmęczenie. Spowijająca ją dawniej atmosfera niefrasobliwej wyższości gdzieś zniknęła.

— Oczywiście, Arymillo — powiedziała pokornie i wychyliła puchar do dna. Dobrze. Ją i Elenię miała w garści, niemniej dobrze było od czasu do czasu sprawdzić, czy któraś nie przypomniała sobie o własnej dumie.

— Jeżeli Luan i pozostali nie udzielą ci poparcia, co ci przyjdzie ze zdobycia Caemlyn? — Sylvase, wnuczka i dziedziczka Nasina, odzywała się tak rzadko, że to pytanie było niczym grom z jasnego nieba. Mocno zbudowana, niezbyt ładna, zazwyczaj patrzyła na świat zamglonym wzrokiem, który teraz wszakże zdawał się raczej ostry. Wszyscy zagapili się na nią. Zupełnie jej to nie zbiło z tropu. Obracała w dłoniach puchar, ale wedle obliczeń Arymilli dopełniano jej go tylko raz. — Jeżeli i tak musimy się zmierzyć z pogranicznikami, czy nie lepiej przyjąć propozycję rozejmu od Luana, by Andor mógł wystawić w pole całe swe siły?

Arymilla się uśmiechnęła. Miała ochotę uderzyć tę idiotkę. Ale to by rozgniewało Nasina. Upierał się, by Arymilla przetrzymywała ją w „gościnie”, ponieważ w ten sposób nie mogła spiskować na rzecz jego usunięcia — chyba do pewnego stopnia zdawał sobie sprawę, że postradał rozum; niemniej wciąż kurczowo czepiał się swej pozycji, którą chciał zatrzymać do śmierci i... kochał ją przecież.

— Ellorien i niektórzy z pozostałych jeszcze do mnie przyjdą, dziecko — odparła gładko. Ale wymagało to od niej pewnego wysiłku. Co sobie wyobrażała ta dzierlatka, że kim niby jest? — Aemlyn, Arathelle, Pelivar. Wszyscy mają urazy wobec Trakand. — Oczywiście, że przyjdą, gdy tylko Elayne i Dyelin zostaną usunięte. Te dwie nie przeżyją upadku Caemlyn. — Kiedy zdobędę miasto, będę ich miała w garści. Troje spośród popleczników Elayne to jeszcze dzieci, a Conail Northan jest niewiele więcej niż chłopcem. Ufam, że bez trudu przekonam ich do opublikowania stosownej rezolucji. — A jeśli jej się nie uda, to pan Lounalt z pewnością ich przekona. Wielka szkoda, jeśli trzeba będzie wydać dzieci w jego ręce i na pastwę jego rzemieni. — Wieczorem tego dnia, gdy padnie Caemlyn, będę już królową. Nieprawdaż, ojcze?

Nasin roześmiał się, rozpryskując po stole kęsy na poły przeżutego gulaszu.

— Tak, tak — mówił, głaszcząc dłoń Arymilli. — Słuchaj swojej ciotki, Sylvase. Rób, co ci każe. Wkrótce będzie królową Andoru. — Po chwili jednak uśmiech zniknął, a w głos wkradły się dziwne tony. Coś, jakby... błaganie. — Pamiętaj, po mojej śmierci zostaniesz Głową Domu Caeren. Po mojej śmierci. Będziesz Głową Domu.

— Jako rzeczesz, dziadku — mruknęła Sylvase, na moment skłaniając głowę. Kiedy podniosła wzrok, jej oczy były równie martwe co zawsze. Ostry błysk sprzed chwili musiał stanowić igraszkę światła. Jasna sprawa.

Nasin mruknął coś nieartykułowanego i powrócił do pożerania gulaszu.

— Najlepszy, jaki jadłem już od wielu dni. Myślę, że poproszę o następny talerz. Więcej wina, człowieku. Nie widzisz, że mam pusty puchar?

Cisza zalegająca nad stołem nagle zaczęła być krępująca. Przebłyski rozumu u Nasina zazwyczaj wywierały taki skutek.

— Dalej twierdzę — powiedział na koniec Lir, ale chyba tylko po to, żeby przeszkodził mu krępy zbrojny z czterema Srebrnymi Księżycami Marne na piersi, który właśnie wszedł do namiotu.

Ukłonił się z szacunkiem, a potem okrążył stół, podszedł do Arymilli i szepnął jej do ucha:

— Pan Hernvil prosi o słowo na osobności, moja pani.

Wszyscy prócz Nasina i jego wnuczki zaczęli udawać, że interesuje ich wyłącznie zawartość pucharów i że z pewnością nie zamierzają podsłuchiwać. Nasin dalej jadł. Ona obserwowała Arymillę z pozbawioną wyrazu twarzą. Ten ostry błysk musiał być tylko grą świateł.

— Wrócę za moment — oznajmiła Arymilla, wstając. Dłonią wykonała gest wskazujący na jedzenie i wino. — Bawcie się dobrze, póki nie wrócę. Bawcie się.

Lir zawołał o wino.