— A więc wreszcie się spotykamy — powiedziała matka, wspierając się pięściami pod boki. Po niej nie należało oczekiwać żadnych uśmiechów. Brwi ściągnięte w dół, zaciśnięte zęby. Jeżeli tak miał się objawiać jej lepszy nastrój, to szkoda, że nie przemokła do suchej nitki.
— Muszę przyznać, że zafundowałeś mi wesołą gonitwę, ale teraz mam cię w ręku i nie zamierzam pozwolić uciec... Co to jest, to na twojej wardze? I na podbródku! Cóż, możesz to zaraz zgolić. Nie krzyw się na mnie, Synu Loialu.
Loial niepewnie dotknął palcem górnej wargi, spróbował się uśmiechnąć, — kiedy matka nazywa cię Synem, lepiej uważać, — ale przyszło mu to z trudem. Chciał mieć wąsy i brodę. Niektórzy mogliby to uznać za pretensjonalne w jego wieku, ale równie dobrze...
— Zaiste wesoła gonitwa — sucho rzekł Starszy Haman, wieszając topór z powrotem na ścianie. Miał długie, białe wąsy, które spływały mu z policzków, i długą, wąską brodę, sięgającą piersi. Prawda, liczył już sobie ponad trzysta lat, ale to wciąż wydawało się nie w porządku. — Nadzwyczaj wesoła gonitwa. Słysząc, że przebywasz, w Cairhien, najpierw tam się udaliśmy, ale ciebie na miejscu nie było. Po krótkim postoju, w Stedding Tsofu, poszliśmy do Caemlyn, gdzie młody al’Thor poinformował nas, że przebywasz w Dwu Rzekach, dokąd też nas zabrał. Ale tam też ciebie nie było. Rzekomo odszedłeś do Caemlyn — Jego brwi uniosły się do góry, podchodząc prawic do linii włosów. — Zacząłem już sobie myśleć, że zabawiamy się w dzwonek w dolinie.
— Mieszkańcy Pola Emonda dużo nam opowiadali o twoim bohaterstwie — powiedziała Erith. Jej wysoki głos brzmiał jak muzyka. Palcami obu dłoni ściskała fałdy spódnic, jej uszy drżały z podniecenia, wyglądała, jakby miała ochotę podskakiwać w miejscu. — Opiewali twoje walki z trollokami i Myrddraalami oraz samotną wyprawę w celu zapieczętowania Drogi Manetheren, by już nikt nie mógł ich napaść.
— To nie była samotna wyprawa — protestował Loial, wymachując rękami. W konfuzji tak gwałtownie strzygł uszami, że miał wrażenie, jakby same chciały się urwać z głowy. — Gaul był ze mną. Zrobiliśmy to razem. Nigdy bym nie dotarł do Bramy bez Gaula.
Zmarszczyła swój delikatny nosek, tym samym deprecjonując udział Gaula w całej przygodzie.
Matka parsknęła. Jej uszy były wyprężone w niesmaku.
— Głupoty. Walka w bitwie. Wystawianie się na niebezpieczeństwo. Ryzyko. Wszystko razem. Czyste głupoty, ale teraz z tym koniec. Starszy Haman odkaszlnął głucho, zastrzygł z irytacją uszami i założył dłonie za plecy. Nie lubił, jak mu przerywano.
— A więc znów wróciliśmy do Caemlyn, by tam powtórnie przekonać się, że ciebie już nie ma na miejscu.
— A ty tymczasem w Cairhien dalej wystawiałeś się na nie- bezpieczeństwo — wtrąciła matka Loiala, grożąc mu palcem. — Zupełnie postradałeś rozum? — Aielowie mówili, że byłeś bardzo dzielny pod Studniami Dumai — mruknęła Erith, zerkając na niego spod długich rzęs. Pod jej spojrzeniem ścisnęło go w gardle. Z wysiłkiem przełknął ślinę. Wiedział, że nie powinien się tak otwarcie w nią wpatrywać, ale jak tu zachować bodaj pozory skromności, kiedy ona tak patrzy?
— W Cairhien twoja matka doszła do wniosku, że nie potrafi dłużej wytrzymać rozłąki z Wielkim Pniem, choć nie pojmuję dlaczego, ponieważ oni i tak nie dojdą do niczego jeszcze przez rok czy dwa, tak więc zdecydowaliśmy się powrócić do Stedding Shangtai w nadziei znalezienia cię później. — Starszy Haman szybko wypluł z siebie te słowa, co rusz popatrując groźnie na obie kobiety, jakby bał się, że znowu mu przerwą: Włosy na brodzie i wąsach jeżyły mu się czupurnie.
Matka Loiala parsknęła ponownie, tym razem ostrzej. — Osobiście spodziewam się, że decyzja zapadnie bardzo szybko, za miesiąc, najdalej za dwa, w przeciwnym razie nie zrezygnowałabym z poszukiwań Loiala. Teraz, kiedy już go znalazłam, możemy załatwić sprawę i bezzwłocznie ruszać w drogę. — Popatrzyła na Starszego Hamana, który marszczył czoło, kładąc uszy po sobie, i złagodziła ton głosu. Mimo; wszystko był przecież Starszym. — Proszę o wybaczenie, Starszy Hamanie. Chciałam spytać, czy zechcesz odprawić ceremonię? — Sprawiłoby mi to ogromną przyjemność, Covril — odrzekł pojednawczo. Zbyt pojednawczo. Kiedy Loialowi zdarzało się słyszeć nauczyciela mówiącego takim tonem i kładącego równocześnie uszy po sobie, wiedział, że wpadł w nieliche kłopoty. O Starszym Hamanie powiadano, że gdy mówi takim głosem, gotów jest ciskać kredą w uczniów. — Zaiste powinno mi to sprawić przyjemność, ponieważ z tego właśnie powodu porzuciłem swoich uczniów, nie wspominając już o możliwości przemawiania u Wielkiego Pnia. Erith, jesteś bardzo młoda. — Skończyła już osiemdziesiąt lat, jest dość stara na małżeństwo — ostro ucięła matka Loiala, splatając ramiona na piersiach. — Jej matka i ja osiągnęłyśmy w tej kwestii porozumienie. Sam byłeś świadkiem, jak spisywałyśmy intercyzę narzeczeńską, ustalającą posag Loiala.
Uszy Starszego Hamana jeszcze bardziej przyległy do czaszki, jego ramiona obwisły, kiedy napięły się mięśnie splecionych za plecami rąk. Ani na chwilę nie spuścił oka z Erith.
— Wiem, że chcesz poślubić Loiala, lecz pytam, czy naprawdę jesteś gotowa? Mąż to ogromna odpowiedzialność. Loial żałował, że do niego nikt nie zwrócił się z tym pytaniem, ale obyczaj stanowi inaczej. Jego matka i matka Erith osiągnęły porozumienie i tylko Erith mogła w tej chwili stanąć na przeszkodzie jego realizacji. Jeżeli zechce. Czy on chciał, by lak się stało? Nie potrafił przestać myśleć o swojej książce. Nie potrafił przestać myśleć o Erith.
Erith wyglądała z pewnością odpowiednio poważnie.
— Moje tkaniny sprzedają się dobrze, zamierzam wkrótce kupić nowe krosna i zatrudnić terminatora. Ale chyba nie o to ci chodzi. Jestem gotowa zaopiekować się mężem. — Nagle uśmiechnęła się uroczym uśmiechem od ucha do ucha. — Zwłaszcza z takimi ślicznymi długimi brwiami. Loial zastrzygł uszami, podobnie jak Starszy Haman, choć ten drugi w sposób znacznie bardziej dyskretny. Kobiety między sobą potrafiły rozmawiać o takich rzeczach dość swobodnie, tak przynajmniej powiadano, ale zazwyczaj oszczędzały mężczyznom wstydu z tym związanego. Zazwyczaj. Uszy matki drżały z autentycznego rozbawienia.
Starszy odkaszlnął.
— To poważne sprawy, Erith. Dobrze. Jeśli nie masz wątpliwości, weź go za ręce.
Bez śladu wahania podeszła i stanęła przed Loialem, uśmiechnęła się i wzięła go za ręce. Jej drobne dłonie były bardzo ciepłe. Własne wydawały mu się zdrętwiałe, lodowate. Przełknął ślinę. To się działo naprawdę. — Erith, córo Ivy, córy Alar — powiedział Starszy Haman, wyciągając dłonie nad ich głowami. — Czy bierzesz Loiala, syna Arenta, syna Halana, za męża i przysięgasz na Światłość i na Drzewo, że będziesz osłaniać, szanować i kochać go, póki śmierć was nie rozłączy, że będziesz się nim opiekować i prowadzić jego kroki drogą, którą powinien wędrować? — Na Światłość i na Drzewo, przysięgam. — Głos Erith był zdecydowany i dźwięczny, a jej uśmiech zdawał się szerszy niż oblicze. — Loialu, synu Arenta, syna Halana, czy zgadzasz się, by Erith, córa Ivy, córy Alar, została twoja żoną i przysięgasz na Światłość i na Drzewo, że będziesz ją osłaniał, szanował i kolchał aż do śmierci, że będziesz się nią opiekował i kierował jej radą? Loial wziął głęboki oddech. Jego uszy zadrżały. Chciał się z nią ożenić. Naprawdę. Tylko jeszcze nie teraz. — Na Światłość i na Drzewo, przysięgam — powiedział ochryple. — W takim razie biorąc Światłość i Drzewo na świadków ogłaszam was mężem i żoną. Niech zawsze towarzyszy wam łaska Światłości i Drzewa.