„Moje ręce” — dyszał Lews Therin. „Dlaczego nie mogę poruszyć rękoma? Muszę unieść ręce!”.
Ziemia, Powietrze i Ogień stworzyły splot, którego Rand nie znał, w istocie sześć splotów naraz. Tyle tylko, że kiedy już ujrzał splot, wiedział. Kwiecie Ognia. Wśród szarżujących, trolloków pojawiło się sześć pionowych czerwonych pręg, na dziesięć stóp wysokich i cieńszych niż przedramię Randa. Najbliższe trolloki musiały słyszeć przeszywający wizg instalacji, ale jeśli nie dotarł do nich przekaz wspomnień z Wojny z Cieniem, nie wiedziały, że oto słyszą śmierć. Lews Therin splótł ostatnią nitkę Powietrza i ogień zakwitł. Z wyciem, które wstrząsnęło dworem, każda czerwona pręga w okamgnieniu zmieniła się w krąg płomieni, szeroki na trzydzieści stóp. Rogate łby i zwierzęce pyski poleciały w powietrze wraz z wirującymi ramionami, obutymi nogami, kopytami i szponami. W promieniu ponad stu kroków od eksplozji trolloki padły na ziemię i tylko niektóre powstały na powrót. Tkając te sieci, Lews Therin równolegle plótł sześć kolejnych — Duch z odrobiną Ognia, więc splot otwierający bramę, ale potem położył nań muśnięcia Ziemi, tu i tam. Niedaleko od dworu, na terenie, który Rand znał wystarczająco dobrze, w pewnej odległości od siebie pojawiły się znane srebrzystoniebieskie pionowe pręgi, a potem skręciły się... bynajmniej nie w otwartą przestrzeń bram, ale ich zamglone rewersy, cztery kroki na cztery. I zamiast pozostać otwarte, bramy skręciły się i zamknęły ponownie, a potem znowu, i znowu. Poza tym nie zostały w miejscu, lecz pomknęły ku trollokom. Bramy, a równocześnie wcale nie bramy. Więc bramy śmierci. Gdy tylko Bramy Śmierci ruszyły, Lews Therin podwiązał sieci luźnym splotem, który utrzyma się tylko przez kilka minut, zanim pozwoli sieci się rozpuścić, i zaczął splatać znowu. Kolejne Bramy Śmierci, kolejne Kwiecia Ognia wstrząsały murami dworu, rozrzucały trolloki, kładąc je pokotem. Pierwsze z Bram śmierci uderzyły w szeregi trolloków i urządziły im krwawą kośbę. Nie chodziło tylko o tnącą krawędź zamykającej się i otwierającej wciąż bramy. Tam, gdzie przeszły Bramy Śmierci, nie zostawały żadne trolloki.
„Moje ręce!” — wył szaleniec. „Moje ręce!”.
Rand powoli uniósł dłonie, wystawił je za otwór okienny. Lews Therin natychmiast splótł Ogień i Ziemię w misternej kombinacji, a potem z koniuszków palców Randa trysnęły czerwone włókna, po dziesięć z każdego, jak wachlarz. Oto Strzały Ognia. Wiedział. Gdy tylko pierwsze się rozpłynęły, w ślad za nimi poszły następne, tak szybko, że nie tyle się rozpływały po kolei, ile migotały. Trafione włóknami trolloki szarpały się, ponieważ w jednej chwili ciało i krew wrzały poza punkt parowania, a potem eksplodowały; trolloki szarpały się i padały, w ich ciałach ziały dziury na skroś. Często jedno włókno zbierało dwie lub trzy ofiary, nim zgasło. Rand rozłożył ręce i poruszał nimi wahadłowym ruchem, siejąc śmierć wzdłuż całej nacierającej tyraliery. Gdzieniegdzie pojawiał się Kwiecia Ognia, które nie były jego dziełem, jak też Brama Śmierci, nieco mniejsze niż twory Lewsa Therina — to musiał być Logain. Pozostali Asha’mani również się przyglądali, ale niewielu mogło dostrzec z dala, jak powstały dwa ostatnie sploty. Trolloki padały setkami, tysiącami, rozłupywane grotami błyskawic i ognistymi kulami, Kwieciem Ognia, Bramami Śmierci i Strzałami Ognia, ziemia wybuchała pod ich stopami niemniej wciąż biegły, wyjąc i potrząsając bronią, a Myrddraale jechały w ślad za nimi z mieczami o czarnych klingach w dłoniach. Gdy wreszcie dotarły do zabudowań, otoczyły je gromadnie, bijąc pięściami w drzwi, włóczniami i mieczami szarpiąc deski ścian, na strzechę posypały się pochodnie. Saldaeanie szyli z góry strzałami tak szybko, jak potrafili, i skopywali na dół pochodnie, jednak te zaczepiały się o skraj dachu i wkrótce już płomienie zaczęły łapać namokniętą słomę. „Ognie” — pomyślał Rand, kierując słowa do Lewsa Therina. „Saldaeanie spłoną! Zrób coś!”.
Lews Therin nie odpowiedział, tylko z całych sił tkał śmierć i ciskał nią w trolloki: Bramy Śmierci i Strzały Ognia. Myrddraal przeszyty kilkoma włóknami zwisł z siodła, wkrótce ten sam los spotkał następnego. Trzeci stracił głowę od Strzały Ognia, jego czerep eksplodował wrzącą krwią i ciałem, ale ten akurat pojechał dalej, wymachując mieczem i jakby nie zdając sobie sprawy, że już nie żyje. Rand szczególnie się przykładał do wyszukiwania Myrddraali. Gdyby udało się je pozabijać może trolloki stracą ducha i uciekną. Lews Therin splatał już tylko Bramy Śmierci i Strzały Ognia. Zabita masa trolloków znajdowała się zbyt blisko budynku dworu, żeby ryzykować Kwiecie Ognia. Niektórzy z Asha’manów najwyraźniej nie zdawali sobie z tego sprawy. Pokój trząsł się od potężnych wybuchów, drżał cały dwór, jakby walił weń gigantyczny młot, dygotał, jakby w każdej chwili miał się rozpaść, a potem eksplozje ucichły i odzywały się tylko tam, gdzie wybuchała kula ognista, lub grunt podrywał się, rozrzucając trolloki niczym połamane zabawki. Niebo roniło błyskawice. Srebrnoniebieskie groty biły nieustannie i równomiernie, tak blisko dworu, że włosy na przedramionach Randa i włosy na jego głowie stały dęba.
Jakimś trollokom udało się wyważyć drzwi do jednej ze stodół, zaczęli się wlewać do środka. Rand wystawił dłonie w ich stronę, powalając tych, którzy nie zdążyli się schować — czerwone migoczące włókna wypalały dziury w ich ciałach. Z nielicznymi, którzy uciekli Strzałom Ognia, Saldaeanie będą sobie musieli sami poradzić. Na dach drugiej stodoły i stajni powoli wspinały się płomienie, łucznicy zaczynali kaszleć od kwaśnego dymu.
„Posłuchaj mnie, Lewsie Therinie. Pożar. Musisz coś zrobić!”.
Lews Therin nic nie powiedział, tylko splatał sieci, niosące śmierć trollokom i Myrddraalom.
— Logain — krzyknął Rand. — Pożary! Zgaś je!
Tamten również nie odpowiedział, ale Rand dostrzegł sploty, które odbierały płomieniom żar, tym samym je dławiąc. Po chwili pożary zgasły, zostawiając po sobie poczerniałe strzechy, znad których nie unosiły się nawet pojedyncze smużki dymu. Śmierć kroczyła w szeregach trolloków, ale były już tak, blisko, że nawet eksplozje ognistych kul wstrząsały podstawami domu.
Nagle pod oknem pojawił się pieszy Myrddraal, bezoka twarz spokojna była jak oblicze Aes Sedai, ostrze czarnego miecza runęło na Randa. Dwie włócznie Aielów trafiły go w pierś, w gardle wykwitła rękojeść ciśniętego przez kogoś noża, ale stwór tylko się zachwiał i znów wzniósł dłoń do ciosu. Rand złożył dłonie i na moment przed tym, nim dosięgła gol klinga, sto Strzał Ognia przeszyło Myrddraala, odrzucając ciało na dwadzieścia kroków, gdzie spoczęło podziurawione, barwiąc ziemię czarną krwią. Myrddraale rzadko umierały od razu, ten jednak nawet nie drgnął. Rand pośpiesznie rozejrzał się w poszukiwaniu innych celów, ale wtedy zrozumiał, że Lews Therin przestał przenosić. Wciąż czuł gęsią skórkę, z której wnioskował, że Cadsuane i Alivia dalej trzymają Moc, nadal czuł saidina wypełniającego Logaina, ale tamten też już nie splatał sieci. Na zewnątrz teren zaścielony był równo ciałami i fragmentami ciał — od pól po same ściany dworu. Kilka kroków od nich. Na nogach trzymało się tylko parę koni, osieroconych przez Myrddraale, jeden unosił przednią nogę, zapewne złamaną. Bezgłowy Myrddraal, zataczając się, chodził w kółko, machał dziko i na oślep mieczem. Tu i tam jakiś trollok jeszcze szarpał się albo niezgrabnie i bezskutecznie gramolił na nogi, oprócz tego nie poruszało się nic.