Выбрать главу

„To już koniec” — pomyślał. „To już koniec, Lewsie Therinie. Możesz już wypuścić saidina”. Harilin i Enaila stały przy stole, z zasłoniętymi twarzami i włóczniami w dłoniach. Min stała obok nich z obliczem ponurym, podrzucała noże w obu dłoniach. Więź pełna była strachu, ale jak podejrzewał, nie o siebie się bała. Uratowały mu życie, teraz sam musiał się uratować.

— Było blisko — mruknął Logain. — Gdyby atak nastąpił, zanim przybyłem na miejsce... Było blisko. — Wzdrygnął się i wypuścił Źródło, odwracając się od wybitego okna. — Te nowe sploty zamierzasz zatrzymać dla garstki faworytów, jak Taim? Te bramy. Dokąd wyekspediowały trolloki? Ja tylko dokładnie skopiowałem splot. — Nieważne, dokąd trafiły — powiedział Rand roztargnionym głosem. Całą jego uwagę przykuwał Lews Therin. Szaleniec, ten wściekły głos w jego głowie właśnie zaczerpnął odrobinę więcej Mocy. „Daj spokój, człowieku”. — Pomiot Clenia nie przeżyje podróży przez bramę.

„Chcę umrzeć” — powiedział Lews Therin. „Chcę się połączyć z Ilyeną”. „Jeżeli naprawdę chcesz umrzeć, czemu zabijałeś trolloki?” — zapytał w myślach Rand. „Dlaczego zabijałeś Myrddraale?”. — Ludzie znajdą grupki martwych trolloków i może Myrddraala, ale na żadnym nie będzie znaków, z których da się odczytać przyczynę śmierci — powiedział na głos. „Wydaje mi się, że pamiętam, jak umierałem” — mruknął Lews Therin. „Pamiętam, jak to zrobiłem”. Zaczerpnął jeszcze więcej Mocy, a Rand poczuł ból w skroniach.

— Tak czy siak, nie wszyscy trafią na jedno miejsce. Punkt docelowy zmienia się za każdym otwarciem Bramy Śmierci.

Rand potarł skronie. Ten ból był znakiem ostrzegawczym. Zbliżał się do granicy ilości saidina, jaką mógł zaczerpnąć i nie zginąć lub nie wypalić się.

„Nie możesz jeszcze umrzeć” — zwrócił się do Lewsa Therina. „Musimy dożyć do Tarmon Gai’don albo świat zginie”.

— Brama Śmierci — rzekł Logain, a w jego głosie zabrzmiała nuta niesmaku. — Dlaczego wciąż trzymasz Moc? — zapytał znienacka. — I to aż tyle. Jeżeli chcesz mi dowieść, że jesteś silniejszy ode mnie, to przecież już o tym wiem. Widziałem, jak wielkie były twoje... twoje „Bramy Śmierci” w porównaniu z moimi. Poza tym zwracam ci uwagę, że moim zdaniem dzierżysz już do ostatniej kropelki cały saidin, jaki jesteś w stanie w miarę bezpiecznie utrzymać.

Ostatnie słowa niechybnie przyciągnęły uwagę wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu. Min schowała noże i zeskoczyła ze stołu, więź znienacka zalała taka fala strachu, że zapulsowało. Harilin i Enaila wymieniły zaniepokojone spojrzenia, a potem wróciły do wyglądania przez okno. Nie uwierzą, że trolloki umarły, póki ciała nie poleżą w grobach przez trzy dni.

Alivia marszczyła brwi i dała krok w jego stronę, ale lekko pokręcił głową, więc wróciła do swego okna i tylko mars na czole pozostał. Cadsuane przeszła przez pokój, jej gładka twarz była pełnił determinacji.

— Co on czuje? — zwróciła się z pytaniem do Min. — Nie igraj ze mną, dziewczyno. Wiesz, ile to może kosztować. Wiem, że nałożył ci więź zobowiązań, a ty wiesz, że ja wiem. Boi się?

— On się nigdy nie boi — stwierdziła Min. — Chybił, że boi się o mnie albo... — Uparcie zacisnęła szczęki i splotła ramiona na piersiach, mierząc Cadsuane wyzywającym spojrzeniem. Splątane emocje w więzi sięgały od strachu do wstydu, który najbardziej chyba starała się stłumić, jakby miała jakieś pojęcie, czym może się skończyć prowokowanie Cadsuane.

— Masz mnie pod nosem — powiedział Rand. — Jeżeli chcesz wiedzieć, jak się czuję, mnie zapytaj.

„Lewsie Therinie?” — pomyślał. Odpowiedzi nie było, a wypełniający go saidin nawet nie drgnął. W skroniach zaczynało łupać.

— A więc? — niecierpliwiła się Cadsuane.

— Czuję się żwawy niczym strumień. — „Lewsie Therinie?”. — Ale teraz ja mam dla ciebie warunek, Cadsuane. Nie próbuj już grozić Min. W istocie, zostaw ją w spokoju.

— Proszę, proszę. Chłopak pokazuje ząbki. — Złote ptaki, ryby, księżyce i gwiazdy zakołysały się, gdy pokręciła głową. — Żeby tylko nie były zbyt ostre. Poza tym powinieneś najpierw spytać tę młodą kobietę, czy życzy sobie twojej ochrony. — Dziwne, ale Min teraz na niego popatrzyła; złym okiem, a w więzi zachrobotała irytacja. Światłości, już źle było, gdy nie chciała, by się o nią martwił. Teraz najwyraźniej zapragnęła sobie sama poradzić z Cadsuane, na co nawet on pewnie by się nie poważył.

„Możemy zginąć na polach Tarmon Gai’don” — powiedział Lews Therin i znienacka cała Moc opuściła Randa.

— Wypuścił — powiedział na głos Logain, jakby nagle postanowił stanąć po stronie Cadsuane.

— Wiem — poinformowała go. Zaskoczony aż szarpnął głową.

— Min może sobie robić z tobą, co chce — oznajmił Rand, ruszając ku drzwiom. — Ale nie próbuj jej grozić.

„Tak” — pomyślał. „Możemy zginąć na polach Tarmon Gai’don”.

20

Złoty żuraw

Wiatr ucichł, deszcz osłabł, szare chmury wciąż przesłaniały słońce. Siąpiącej z nich drobnej mżawki było dość żeby przechadzającemu się wśród ciał trolloków Randowi przemokły włosy, a czarny haftowany złotem kaftan nasiąkł wilgocią. Logain splótł sobie tarczę z Powietrza, po której spływały krople deszczu, tworząc kaskadę wokół pozornej nicości, Rand wszakże wolał nie ryzykować, że Lews Therin znowu przechwyci saidina. Obiecał, że ze swoją śmiercią zaczeka do Ostatniej Bitwy, ale do jakiego stopnia można w dowolnej sprawie zaufać szaleńcowi?

„Szaleńcowi?” — wyszeptał Lews Therin. „Naprawdę uważasz, że jestem bardziej szalony od ciebie?”. Zaniósł się dzikim śmiechem.

Nandera od czasu do czasu oglądała się przez ramię na Randa. Wysoka, żylasta kobieta z siwymi włosami schowanymi pod shoufą była najwyższą rangą Panną, przynajmniej po tej stronie Muru Smoka, a mimo to zdecydowała się osobiście dowodzić jego strażą przyboczną. Zielone oczy, a tylko je potrafił dojrzeć nad czarną zasłoną, patrzyły bez szczególnego wyrazu, niemniej pewien był, że martwi ją, iż nie zbudował sobie osłony przed deszczem. Panny zauważały najlżejsze nawet odstępstwa od normy. Miał nadzieję, że swoją wiedzę zachowają dla siebie.

„Musisz mi zaufać” — powiedział Lews Therin. „Zaufaj mi. Och, Światłości, błagam głos w mojej głowie. Zaiste, muszę być szalony!”. Nandera i jej pięćdziesiąt zamaskowanych Panien tworzyły wielki krąg wokół Randa, szły w ścisłym szyku, omal ramię; w ramię, i szturchały każdego mijanego trolloka oraz Myrddraala włóczniami, równocześnie ostrożnie przestępując odcięte mocarne członki, łby z rogami i kłami. Bywało, że jakiś trollok jęknął albo resztką sił próbował się odczołgać — ewentualnie szarpał się w ich stronę, warcząc, — ale nie trwało to długo. Wojna z trollokami była jak zmagania z hordami wściekłych psów. Ty ich albo oni ciebie. Nie było żadnej łaski, żadnych jeńców, żadnych stref zdemilitaryzowanych.

Wcześniej deszcz trzymał padlinożerców z dala, teraz wszędzie roiło się od kruków i wron lśniących czarną wilgocią, a jeśli nawet któreś z nich były stworami Czarnego, nie przeszkadzało im to w wydziobywaniu oczu trolloków albo wydzieraniu z ich ciał innych kąsków. Wystarczająco wiele trolloków zostało rozdartych na strzępy, by ptaki miały ucztę. Żaden wszakże nie zbliżał się do martwego Myrddraala, trolloków leżących w pobliżu niego też nie ruszały. Nie należało wyciągać stąd żadnych innych wniosków niż ten, że ptaki są po prostu ostrożne. Najpewniej Myrddraale źle ptakom pachniały. Wiadomo było, że krew Myrddraala potrafi skorodować stal, jeśli w miarę szybko nie oczyści się ostrza. Krukom i wronom musiała się wydawać trucizną.