Выбрать главу

Ocalali Saldaeanie strzelali do ptaków z łuków albo nadziewali je na swe esowato zakrzywione miecze, wreszcie zwyczajnie tłukli łopatami, haczkami, bronami, wszystkim, co mogło posłużyć za poręczną maczugę — na Ziemiach Granicznych zostawienie przy życiu wrony lub kruka było czymś nie do pomyślenia; zbyt często służyły Czarnemu za oczy — mimo to padlinożerców było zbyt wielu. Setki czarnopiórych kształtów leżały na ziemi wśród trolloków, ale wydawało się, że na każde truchło przypada setka skrzeczących i kłócących się o smaczniejsze kąski, w tym fragmenty ciał ich martwych krewniaków. Asha’mani i Aes Sedai najwyraźniej już zrezygnowali z prób pozabijania wszystkich.

— Nie lubię, gdy moi ludzie marnują w ten sposób siły — powiedział, Logain. Jego ludzie, ciekawe. — Ani siostry, jeśli już o tym mowa. O zmierzchu Gabrelle i Toveine będą padać z nóg. — Tym dwóm Aes Sedai osobiście nałożył więź, więc pewnie wiedział najlepiej. — Co zrobimy, jeżeli nastąpi kolejny atak?

Wokół budynku dworu i przybudówek, co raz to rozbłyskiwały ognie, tak jaskrawe, że ludzie osłaniali oczy — Aes Sedai i Asha’mani palili ciała trolloków oraz Myrddraali w miejscach, gdzie padły. Ciał było zbyt wiele, a brakowało siły roboczej, by bodaj zwlec je na stosy. Ponieważ Aes Sedai nie było nawet dwudziestu, Asha’manów zaś mniej niż tuzin, trolloków natomiast może i sto tysięcy, zapowiadało się na długą pracę. Zanim dobiegnie końca, odór rozkładu dołączy do pa|skudnych woni już wiszących w powietrzu: mdlącego, miedzianego smrodu Pomiotu Cienia, strasznego zapachu tego, co trolloki miały w swych rozprutych wnętrznościach. Nad czym najlepiej się nie zastanawiać. Być może żaden żywy rolnik czy wieśniak nie ostał się na obszarze między dworem a Grzbietem Świata. Ponieważ stamtąd zapewne trolloki przybyły, przez Portal przy Stedding Shangtai. Dobrze, że choć o dom Loiala można być spokojnym — żaden trollok ani Myrddraal nie wejdzie na obszar stedding, chyba że przymuszony, a i w takim wypadku przymus musiałby być naprawdę brutalny.

— Wolałbyś je tu zostawić, żeby zgniły? — dopytywała się Cadsuane, ale tonem pełnym wahania, jakby sama nie była pewna, co zrobić. Zebrała zielone spódnice, żeby jedwab nie ciągnął się po przesiąkniętym krwią błocie i rozsianych na ziemi wnętrznościach, przeszkody w postaci odciętych kończyn i głów omijała z równym spokojem, co Panny. Też splotła sobie parasol, podobny do tego, który chronił przed deszczem głowę Alivii, oczywiście ta druga wcześniej podpatrzyła splot u Zielonej siostry. Rand wielokrotnie prosił zaprzysięgłe mu siostry, I żeby nauczyły Seanchankę czegoś więcej o Mocy, ale słyszał nieodmiennie, że sprawa ta nie mieści się w ramach przysięgi wierności. Ponieważ Alivia nie stanowi zagrożenia ani dla siebie, ani dla innych, nie ma powodów do interwencji. Nynaeve też odmówiła, powołując się na wizję Min. Cadsuane natomiast chłodno poinformowała go, że nie jest jej zadaniem uczenie dzikusek. — Wtedy całe to miejsce stałoby się jedną wielką kostnicą powiedziała Min. Idąc, kołysała się uroczo, choć najwyraźniej starała się nie myśleć o tym, co ma pod stopami, a równocześnie unikać deptania obcasami bucików tego czegoś, o co potykała się od czasu do czasu. Ona również przemakała, deszcz przyklejał jej loki do czoła, niemniej w więzi nie było nawet śladu irytacji. Tylko gniew, i to chyba pod adresem Logaina, wnosząc z ostrych spojrzeń, jakimi go obrzucała.

— Dokąd pójdą służący czy ludzie pracujący na polach, w stodołach i stajniach? Jak mają dalej żyć?

— Nie będzie następnego ataku — orzekł Rand. — Przynajmniej nie wcześniej, niż inicjator nie dowie się o porażce, a może i wówczas nie. Wysłali wszystkich, którymi dysponowali. Myrddraale nie potrafiłyby wymyślić strategii szeregu masowanych ataków.

Logain mruknął coś pod nosem, ale nie znalazł kontrargumentów.

Rand obejrzał się na budynek dworu. W paru miejscach ciała trolloków leżały tuż przy podmurówce. Żaden nie wdarł się do wnętrza, ale...

„Logain miał rację” — pomyślał, obejmując wzrokiem pole rzezi. Naprawdę było blisko. Bez Asha’manów i Aes Sedai przyprowadzonych przez Logaina bitwa mogła się inaczej potoczyć. Było bardzo blisko. A jeśli jednak nastąpi kolejny atak...? Z pewnością ktoś znał sztuczkę Ishamaela. Albo ten błękitnooki w jego głowie naprawdę umiał zlokalizować miejsce jego pobytu. Kolejny atak, jeżeli nastąpi, przeprowadzony będzie jeszcze większymi siłami. Albo nadejdzie z nieoczekiwanej strony. Może powinien pozwolić Logainowi sprowadzić jeszcze kilku Asha’manów.

„Powinieneś ich pozabijać” — zapłakał Lews Therin. „Teraz jest już za późno. Za późno”.

„Źródło jest już czyste, głupcze” — pomyślał Rand.

„Tak” — odparł Lews Therin. „Ale czy oni są czyści? Ja?”.

Rand sam się nad tym zastanawiał. Podwójną ranę w boku zawdzięczał ciosom Ishamaela i Padana Faina, ten drugi użył sztyletu skażonego zmazą Shadar Logoth. Od czasu do czasu odzywała się pulsowaniem i wtedy sprawiała wrażenie, jakby żyła własnym życiem.

Krąg Panien rozstąpił się nieznacznie i do środka wszedł siwowłosy służący o długim, ostrym nosie, sprawiający wrażenie jeszcze bardziej kruchego niż Ethin. Ze wszystkich nieprawdopodobnych okryć dla osłony przed deszczem wybrał sobie dwuwarstwowy parasol Ludu Morza, któremu brakowało połowy zewnętrznego obszycia i którego wiekowy niebieski jedwab miał kilka poszarpanych dziur, więc drobne krople padały na żółty kaftan i głowę. Rzadkie włosy przylegały do czaszki, ociekając wodą. Nie sposób było się opędzić od myśli, że bez wadliwego okrycia zmókłby chyba mniej. Parasol był za pewne pamiątką po jakiejś przygodzie jednego z przodków Algarina i towarzysząca mu opowieść musiała być ciekawa. Ponieważ było mało prawdopodobne, by Lud Morza z lekkimi sercem oddał klanowy parasol Mistrzyni Fal.

— Mój Lordzie Smoku — powiedział tamten z ukłonem, a strumień wody wlał mu się za kołnierz. — Verin Sedai poleciła mi dostarczyć ci to natychmiast. — Spod kaftana wydobył list, złożony i zapieczętowany. Rand pośpiesznie schował papier do kieszeni kaftana, chroniąc przed deszczem. Atrament rozmakał nadzwyczaj łatwo.

— Dziękuję ci, ale z otwarciem będę musiał zaczekać, aż wrócę do środka. Najlepiej również pędź do domu, zanim przemokniesz do suchej nitki.

— Naprawdę powiedziała: „natychmiast”, mój Lordzie Smoku. — Tamten sprawiał wrażenie urażonego. — To słowa Aes Sedai.

Kiedy Rand skinął głową, służący ukłonił się znowu i ruszył powoli w kierunku budynku dworu, wyprostowany dumnie, pozwalając, by dziurawy parasol zalewał go strumieniami Wody. Aes Sedai. Wszyscy byli na każde zawołanie Aes Sedai, nawet w Łzie, gdzie nikt za nimi nie przepadał. Co Verin mogła mieć do powiedzenia, że musiała to zawrzeć w liście? Rand potarł kciukiem pieczęć i poszedł dalej.

Zmierzał ku stodole z częściowo poczerniałą strzechą. Do tego budynku trolloki zdołały się wedrzeć. Kiedy podszedł bliżej, potężnie zbudowany mężczyzna w obszarpanym, brązowym kaftanie i zabłoconych butach, opierający się o skrzydło otwartych wrót, wyprostował się i z jakiegoś powodu ukradkiem obejrzał za siebie; tymczasem Panny już otaczały stodołę.