W wejściu Rand przystanął jak wryty, Min i pozostali również, się zatrzymali. Logain warknął przekleństwo. Dwie lampy zwisające ze słupów podtrzymujących stryszek dawały mętne światło, którego wszak było dość, żeby zobaczyć warstwę pełzających much, pokrywającą wszystkie powierzchnie, nawet zasłane słomą klepisko. W powietrzu brzęczały następne roje.
— Skąd one się wzięły? — zapytał Rand. Algarin nie był szczególnie bogaty, niemniej jego stodoły i stajnie utrzymywane były we względnej czystości, jak dalece to oczywiście możliwe w przypadku takich miejsc. Potężny mężczyzna wzdrygnął się. Był młodszy niż większość służby we dworze, ale i tak już łysawy; szerokie usta i oczy otaczała siatka zmarszczek.
— Nie wiem, mój panie — mruknął, pocierając czoło kułakiem brudnej dłoni. Wpatrywał się w Randa z taką desperacją, że jasne było, iż za żadną cenę nie chce oglądać się za siebie. — Podszedłem do wrót, chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza, a kiedy się odwróciłem, one były wszędzie. Pomyślałem... pomyślałem, że to może są martwe muchy. Rand pokręcił głową z odrazą. Muchy były aż nadto żywe Nie każdy z broniących stodoły Saldaean zginął, ale ciała wszystkich poległych zostały zgromadzone w tej stodole. Saldaeanie nie lubili pochówków w deszczu. Żaden z nich nie potrafił wyjaśnić dlaczego; twierdzili, że po prostu nie grzebie się ludzi, gdy pada. Dziewiętnaście ciał leżało w równym rzędzie na klepisku, wyglądali spokojnie, przynajmniej na tyle, na ile można z brakującymi członkami i rozpłatanymi głowami. Ułożyli ich przyjaciele, oni też zadbali o umycie twarzy i zamknięcie oczu. Dlatego właśnie Rand tu przyszedł. Nie, żeby się pożegnać czy zrobić coś równie łzawego — nie znał żadnego z tych ludzi bliżej, jak tylko z widzenia. Przyszedł przypomnieć sobie, że nawet bezdyskusyjne z pozoru zwycięstwo okupuje się krwią. A spoczywający tu ludzie zasłużyli na coś lepszego niż warstwa pełzających po nich much.
„Ja nie potrzebuję przypomnienia” — warknął Lews Therin.
„Nie jestem tobą” — pomyślał Rand. „Muszę stwardnieć” A na głos powiedział:
— Logain, pozbądź się tego przeklętego robactwa!
„Jesteś twardszy, niż ja kiedykolwiek byłem” — powiedział Lews Therin. Znienacka zachichotał. „Jeżeli nie jestem mną to kim jesteś?”.
— A teraz robi się ze mnie przeklętą muchołapkę? —mruknął Logain.
Rand odwrócił się ze złością w jego stronę, ale zanim zdążył coś powiedzieć, Alivia rzekła tym swoim rozwlekłym głosem:
— Pozwól mi spróbować, mój panie. — Można rzec, że poprosiła, ale niczym pierwsza lepsza Aes Sedai nie zamierzała czekać na pozwolenie. Kiedy ujęła saidara i przeniosła, poczuł gęsią skórkę.
Muchy unikały najlżejszego nawet deszczu, ponieważ pojedyncza kropla wody mogła muchę strącić na ziemię, gdzie stawała się łatwą zdobyczą, przynajmniej dopóki nie wysuszyła skrzydełek, teraz jednak we wrotach zaroiło się od owadów, jakby wszystkie znienacka wolały deszcz od wnętrza stodoły. Powietrze zrobiło się od nich aż gęste. Rand strzepywał muchy z twarzy, Min schowała oblicze w dłoniach, w więzi zagrało obrzydzenie — na szczęście owady interesowała wyłącznie ucieczka. W ciągu paru chwil już ich nie było. Łysiejący mężczyzna, który patrzył na Alivię z otwartymi ustami, znienacka zakaszlał i wypluł dwie muchy na dłoń. Cadsuane obrzuciła go takim spojrzeniem, że zaraz zamknął usta i znów zaczął pocierać czoło kłykciami. Jedno spojrzenie i po wszystkim — cała. ona.
— A więc obserwujesz — powiedziała do Alivii. Spojrzenie ciemnych oczu spoczęło na twarzy Seanchanki, ale Alivia nawet się nie zająknęła. Aes Sedai wywierały na niej znacznie mniejsze wrażenie niż na większości ludzi.
— I pamiętam, co zobaczyłam. Muszę się jakoś uczyć, jeśli mam pomóc Lordowi Smokowi. Nauczyłam się znacznie więcej, niż wam się wydaje. — W gardle Min zabrzmiał nieartykułowany odgłos, prawie jęk, a więź napęczniała gniewem; słomianowłosa kobieta zignorowała ją. — Nie jesteś na mnie zły? — zapytała Randa. W jej słowach pobrzmiewał niepokój.
— Nie jestem zły. Ucz się, ile możesz. Idzie ci bardzo dobrze.
Zarumieniła się i spuściła wzrok, niczym dziewczyna obdarzona nieoczekiwanym komplementem. Kąciki jej oczu znaczyły drobne zmarszczki, czasami jednak niełatwo było pamiętać, że jest sto lat starsza od dowolnej żyjącej Aes Sedai, nie zaś kilka lat młodsza od niego. Naprawdę trzeba znaleźć kogoś, kto ją czegoś nauczy.
— Randzie al’Thor — powiedziała gniewnie Min, splatając ramiona na piersiach. — Nie pozwolisz chyba tej kobiecie...
— Twoje wizje nigdy nie błądzą — wszedł jej w słowo. To, co widzisz, zawsze się sprawdza. Próbowałaś zmieniać tok wydarzeń, ale to się nigdy nie udawało. Sama powiedziałaś Min. Co każe ci sądzić, że tym razem będzie inaczej?
— Ponieważ tym razem musi być inaczej — oznajmiła zapalczywie. Pochyliła się lekko, jakby chciała się na niego rzucić. — Ponieważ ja chcę, żeby było inaczej. Ponieważ będzie inaczej. Tak czy siak, wszystkiego nie wiem. Ludzie przeprowadzają się w inne strony. Myliłam się w sprawie Moiraine. Widziałam mnóstwo rozmaitych rzeczy w jej przyszłości, a teraz ona nie żyje i nie ma przyszłości. Może też inne rzeczy, jakie widziałam, nigdy się nie spełniły.
„Tym razem nie może być inaczej” — dyszał Lews Therin „Obiecałeś!”.
Czoło Logaina przeciął lekki mars, nieznacznie pokręcił głową. Jemu nie mogło się podobać, gdy Min kwestionowała swe zdolności. Rand nie potrafił odżałować, że powiedział mu o jej widzeniu na jego temat, choć w owym czasie wydawało się to stosunkowo niegroźnym pocieszeniem. A tamten tymczasem poszedł do Aes Sedai, żeby potwierdziły umiejętności Min, choć był na tyle mądry, by zataić swe wątpliwości przed Randem.
— Nie potrafię pojąć, co sprawia, że ta młoda kobieta darzy cię tak namiętnym uczuciem — zadumała się Cadsuane. Jej wargi zacisnęły się w namyśle, po chwili pokręciła głową, a złote ozdoby zakołysały się. — Cóż, przystojny jesteś, jak można mniemać, ale co do reszty... nie rozumiem.
Aby uniknąć kolejnej kłótni z Min — ona oczywiście nie nazywała ich w ten sposób, mówiła o „rozmowach”, wszelako różnicę trudno było dostrzec — Rand wyjął list od Verin i złamał pieczęć z żółtego wosku, w którym odciśnięty był pierścień z Wielkim Wężem. Pajęcze pismo Brązowej siostry pokrywało większą część stronicy, kilka liter rozmazało się w miejscach, gdzie krople deszczu spadły na papier. Podszedł do najbliższej latarni. Rozsiewała wokół słabą woń płonącej oliwy.
Jako rzekłam, zrobiłam tu wszystko, co miałam do zrobienia. Ufam, że gdzie indziej lepiej wywiążę się z mojej przysięgi wierności, a więc zabieram Tomasa i ruszam w drogę. Mimo wszystko można ci służyć na rozmaite sposoby i rozmaite można podejmować w tej sprawie starania. Przekonana jestem, że możesz zaufać Cadsuane i z pewnością powinieneś słuchać jej rad, strzeż się jednak innych sióstr, włącznie z tymi, które przysięgły ci wierność. Taka przysięga nic nie znaczy w ustach Czarnej siostry, ale nawet te, którym Światłość jest łaskawa, mogą ją interpretować w sposób, który z pewnością by ci nie przypadł do gustu. Wiesz już, że nieliczne tylko rozumieją tę przysięgę jako nakaz absolutnego posłuszeństwa we wszystkich sprawach. Inne mogą znaleźć w niej kolejne szczeliny. Tak, więc niezależnie, czy chcesz, czy nie chcesz się stosować do rad Cadsuane, a powtarzam, że powinieneś, mam dla ciebie jeszcze jedną radę. Bądź nadzwyczaj czujny.