Podpisane było po prostu: „Verin”.
Rand westchnął ze smutkiem. Nieliczne tylko rozumieją tę przysięgę jako nakaz absolutnego posłuszeństwa? Chyba żadna z nich. Zazwyczaj były posłuszne, ale co do litery, nie zaś co do ducha. Choćby sama Verin. Ostrzegła go, że inne mogą robić rzeczy, które z pewnością nie przypadną mu do gustu, ale nie powiedziała, dokąd jedzie ani co zamierza tam robić. Bała się, że on tego nie zaaprobuje? A może dała o sobie znać tylko typowa skrytość Aes Sedai. Tajemniczość była dla sióstr niczym oddychanie.
Kiedy podał list Cadsuane, zobaczył, jak jej lewa brew leciutko zadrżała. Taki wyraz emocji świadczył, że musiała być naprawdę zaskoczona, niemniej wzięła list i podniosła do światła.
— Kobieta skrywająca się za wieloma maskami — powiedziała na koniec, oddając mu list. — Ale udzieliła ci dobrej rady. Co miała znaczyć uwaga o maskach? Już miał zapytać, kiedy we wrotach stajni ukazali się znienacka Loial ze Starszym Hamanem; na ramionach mieli topory o długich styliskach i ozdobnych głowicach. Zakończone pędzelkami uszy siwowłosego Ogira przylegały płasko do czaszki, twarz skrzepła w ponury grymas, uszy Loiala drżały. Z podniecenia, uznał Rand. Ale ostatecznie trudno było stwierdzić z całą pewnością!
— Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy? — powiedział Starszy Haman, strzygąc smutno uszami na widok szeregu ciał.
— Nie przeszkadzacie — zapewnił go Rand, chowając list do kieszeni. — Żałuję, że nie mogę być na twoim ślubie Loial, ale...
— Och, ślub już się odbył, Rand — odrzekł Loial. Faktycznie musiał być podniecony, ponieważ nie miał w zwyczaju przerywać nikomu. — Matka nalegała. Nie ma czasu pewnie nawet na jakieś większe wesele, może w ogóle go nie będzie ponieważ ja muszę u Pnia...
Starszy Ogir położył mu rękę na ramieniu.
— Co? — zapytał Loial, spoglądając na niego. — Ach. Tak. Oczywiście. Dobrze. — Ogir podrapał się po górnej wardze palcem rozmiarów grubej kiełbasy.
Znowu coś, o czym nikomu nie wolno mówić? Wychodziło na to, że nawet Ogirowie mają swoje tajemnice. Rand musnął palcami list w kieszeni. Cóż, podobnie jak cała reszta.
— Jedno mogę ci obiecać, Rand — oznajmił Loial. — Cokolwiek się zdarzy, będę przy tobie w czas Tarmon Gai’don. Cokolwiek się zdarzy.
— Mój chłopcze — mruknął Starszy Haman. — Nie sądzę, że powinieneś... — Urwał, kręcąc głową i mrucząc pod nosem, co brzmiało niczym echo odległego trzęsienia ziemi.
Rand w trzech krokach pokonał zasłane słomą klepisko stajni i wyciągnął prawą rękę. Loial uśmiechnął się szeroko, co w przypadku Ogira oznaczało naprawdę od ucha do ucha, i ujął jego dłoń, która dosłownie zatonęła w olbrzymiej łapie. Stojąc tak blisko, Rand musiał mocno zadzierać głowę, żeby spojrzeć w oczy przyjaciela.
— Dziękuję ci, Loial. Nie potrafię powiedzieć, jak wiele to dl a mnie znaczy. Ale będziesz mi potrzebny znacznie wcześniej.
— Jestem ci... potrzebny?
— Loial, zapieczętowałem te Portale, o których istnieniu wiem: w Caemlyn, Cairhien, Illian i Łzie, a przy tym, który został zniszczony w pobliżu Fal Dara, zastawiłem nadzwyczaj paskudną pułapkę, niemniej nie potrafiłem odnaleźć Portalu właściwego dla Far Madding. Nawet wiedząc, że w mieście znajduje się Portal, sam go nie znajdę, poza tym tyle już miast, zniknęło z powierzchni ziemi. Loial, jesteś mi potrzebny po to, by znaleźć pozostałe, w przeciwnym razie trolloki będą mogły uderzać wszędzie i nikt nie będzie wiedział o nadciągającym zagrożeniu, póki nie znajdą się w samym sercu Andoru czy Cairhien.
Uśmiech zniknął z twarzy Loiala jak zdmuchnięty. Pędzelki uszu zadrżały, a brwi zwisły tak, że ich końce dotykały policzków.
— Nie mogę, Rand — powiedział z żalem. — Jutro o pierwszym brzasku ruszam w drogę i nie wiem, kiedy będę wstanie znów odwiedzić Zewnętrze.
— Wiem, że długo już przebywasz z dala od stedding, Loial. — Rand próbował nadać swym słowom łagodne brzmienie, ale wbrew jego wysiłkom zabrzmiały strasznie twardo. Delikatność, łagodność zdawały się snem prześnionym. — Porozmawiam z twoja matką. Przekonam ją, by pozwoliła ci wrócić, kiedy już odpoczniesz.
— Jemu potrzeba czegoś więcej niż odrobiny odpoczynku. — Starszy Haman oparł koniec styliska topora o klepisko, ściskając je równocześnie obiema dłońmi i obrzucając Randa srogim spojrzeniem. Ogirowie byli spokojnym ludem, on jednak w tej chwili bynajmniej na spokojnego nie wyglądał. — Od przeszło pięciu lat przebywa na Zewnątrz, zdecydowanie zbyt długo. Potrzeba mu, co najmniej wielu tygodni odpoczynku w stedding. Być może wielu miesięcy.
— Moja matka nie podejmuje już takich decyzji za mnie Rand. Choć prawdę mówiąc, wciąż jest zbyt zaskoczona, żeby zdać sobie z tego sprawę. Teraz to już pozostaje w gestii Erith. Mojej żony. — W tym wypowiedzianym grzmiącym głosem słowie brzmiała duma, od której Loial właściwie pękał. Wysunął pierś do przodu, a uśmiech na dwoje przecinał mu twarz.
— A ja nawet nie zdążyłem ci pogratulować — powiedział Rand, klepiąc go po ramieniu. Próba okazania serdeczności brzmiała fałszywie w jego własnych uszach, ale na nic więcej nie było go stać. — Jeżeli potrzebne ci są miesiące, niech będą miesiące. Co nie zmienia faktu, że bez Ogira nie odnajdę tych Portali. Rankiem osobiście zabiorę was wszystkich do Stedding Shangtai. Może tam uda mi się znaleźć kogoś, kto podejmie się tego zadania.
Starszy Haman spuścił oczy, wbijając wzrok w zaciśnięte na stylisku dłonie, i zaczął znowu coś mruczeć, zbyt cicho, by można było rozróżnić słowa: brzmiało to jak brzęczenie trzmiela wielkości mastyfa, obijającego się po wnętrzu wielkiego słoja w pomieszczeniu obok. Sprawiał wrażenie, jakby zmagał się sam ze sobą.
— To może potrwać — powątpiewająco odparł Loial. — Wiesz, że nie lubimy podejmować pochopnych decyzji. Nie jestem nawet pewien, czy wpuszczą istotę ludzką na teren stedding, a to przez wzgląd na obradujący Pień. Rand? Jeżeli nie dam rady zdążyć na Ostatnią Bitwę... Odpowiesz na wszystkie moje pytania odnośnie do tego, co się wydarzyło, kiedy przebywałem w stedding, prawda? To znaczy chodzi mi o to, abyś odpowiedział z własnej woli, żebym nie musiał z ciebie wszystkiego wyciągać...
— Odpowiem, jeśli będę mógł — zapewnił go Rand. „Jeśli będziesz mógł” — warknął Lews Therin. „Zgodziłeś, się, że umrzemy na polach Tarmon Gai’don. Zgodziłeś się, szaleńcze!”.
— Odpowie tak, jak będziesz sobie tego życzył, Loial — zdecydowanie orzekła Min. — Choćbym miała przez cały ten czas stać nad nim. — Więź przesiąkła gniewem. Chyba naprawdę znała jego myśli.
Starszy Haman odkaszlnął.
— Podejrzewam, że ze wszystkich Ogirów, wyłączywszy może mularzy, ja najbardziej przywykłem do przebywania na Zewnątrz. Hm. Tak. Po prawdzie, to wydaje mi się, że lepszego kandydata niż ja nie znajdziesz.
— Ba! — parsknęła Cadsuane. — Wychodzi na to, że nawet Ogirów potrafisz zarazić, chłopcze. — Ton głosu był surowy, ale jej twarz stanowiła idealną maskę opanowania Aes Sedai, niemożliwą do odczytania, skrywającą bez reszty myśli przemykające za ciemnymi oczami. Uszy Loiala wyprężyły się, jakby właśnie przeżył autentyczny wstrząs, stylisko topora wyślizgnęło się z ręki. Dopiero po chwili niezgrabnie złapał je w locie.
— Ty? Ale przecież Pień, Starszy Hamanie! Wielki Pień!
— Ufam, że tę sprawę mogę bezpiecznie złożyć w twoje ręce, mój chłopcze. Twe słowa były proste, ale jakże wymowne. Hmm... hmm... Jeśli chcesz mojej rady, nie staraj się mówić pięknie. Bądź elokwentny, ale w sposób umiarkowany, a zaskoczysz niejednego. Włącznie z twoją matką.