Poczuła, jak wzbiera w niej smutek, ale w słowach nie było po nim nawet śladu.
— Powinieneś wrócić — powiedziała cicho.
Dopiero na te słowa odwrócił głowę, spojrzał na nią z góry i zmarszczył brwi. W jasnych, błękitnych oczach było tyle chłodu. Już nie wyzierała z nich śmierć, przynajmniej nie do tego stopnia, co kiedyś — tego była pewna — ale wciąż pozostawał ten chłód.
— Moje miejsce jest przy tobie, serce mego serca. Teraz i zawsze.
Zgromadziła całą swą odwagę, zebrała się w sobie, aż zabolało. Zapragnęła wyrzucić wszystko z siebie jednym tchem żeby mieć to już za sobą żeby zdążyć, nim się rozmyśli... ale opanowała się i mówiła powoli, wyraźnie:
— Słyszałam kiedyś od ciebie przysłowie Pograniczników „Śmierć jest lżejsza od pióra, obowiązek cięższy niż góra”. Mój obowiązek jest tutaj, muszę zapobiec temu, by Alivia zabiła Randa. Ale zabiorę cię na Ziemie Graniczne. Ponieważ ty tam masz swoje obowiązki. Chcesz dotrzeć do Shienaru? Wspominałeś Shienar i króla Easara. Stamtąd już blisko do Malkier.
Patrzył na nią przez długi czas, w końcu jednak odetchnął swobodniej, a równocześnie napięcie zniknęło z mięśni.
— Jesteś pewna, Nynaeve? Jeżeli jesteś, to wobec tego, tak, Shienar. Podczas Wojen z Trollokami Cień wykorzystywał Przełęcz Tarwina do przerzucania wielkich oddziałów trolloków, dokładnie tak, jak miało to miejsce niedawno, gdy szukaliśmy Oka Świata. Ale tylko pod warunkiem, że jesteś całkowicie pewna.
Nie, nie była pewna. Chciało jej się płakać, krzyczeć na niego, że jest głupcem, że powinien być przy niej, a nie umierać samotnie w beznadziejnej prywatnej wojnie z Cieniem. Tylko nie potrafiła tego powiedzieć. Mimo iż nie była połączona z nim więzią zobowiązań, widziała przecież, że jest wewnętrznie rozdarty, rozdarty między miłością do niej a poczuciem obowiązku, że to rozdarcie jest broczącą raną, równie głęboką, juk zadana mieczem. Nie chciała jej dalej rozdrapywać. Niemniej mogła zrobić coś, dzięki czemu jego szanse na przeżycie wzrosną.
— Czy proponowałabym, gdybym nie była pewna? — Ucięła sucho, sama zdziwiona pewnością swego głosu. — Wcale nie mam ochoty cię odsyłać, ale ty masz swoje obowiązki, a ja mam swoje.
Objął ją, przycisnął do piersi, z początku delikatnie, potem mocniej, póki nie zdało jej się, że się dusi. Ale nie miała pretensji. Wpijała się w niego równie żywiołowo, a kiedy przestała, musiała siłą odrywać swe dłonie od jego pleców. Światłości, tak jej się chciało płakać. I wiedziała, że za nic jej nie wolno.
Kiedy pakował juki, pośpiesznie przebrała się w suknię do jazdy konnej z zielonego jedwabiu z żółtymi rozcięciami oraz mocne, skórzane buty, a potem nie czekając na niego, wyślizgnęła się z pokoju. Algarin miał w dworze wielką bibliotekę, urządzoną w kwadratowym pomieszczeniu z wysokim sufitem; wzdłuż ścian biegły półki. Na podłodze stało bez ładu kilkanaście wyściełanych krzeseł, a długi stół i wysoki stojak na mapy dopełniały umeblowania. Na kamiennym kominku nie płonął ogień, lampy nie świeciły, przeniosła, więc drobinę Mocy, żeby zapalić trzy spośród nich. Po krótkiej chwili pospiesznych poszukiwań znalazła potrzebne jej mapy w romboidalnych przedziałach stojaka. Były równie stare jak większość książek, ale w końcu geografia nie mogła się wiele zmienić przez ostatnie dwieście czy trzysta lat. Kiedy wróciła na pokoje, Lan czekał w salonie, z jukami przewieszonymi przez ramię i w zmiennobarwnym płaszczu Strażnika. Jego oblicze było zupełnie nieruchome — kamienna maska. Nynaeve potrzebowała tylko chwili, by porwać swój własny płaszcz — z błękitnego jedwabiu, obrzeżony aksamitem — a potem w milczeniu ruszyli w kierunku stajni, gdzie stały ich wierzchowce; prawą dłonią ściskała jego lewy nadgarstek. Stajnie były ciemne, powietrze pachniało sianem, końską sierścią i nawozem, jak to zazwyczaj w stajniach.
Chudy, łysiejący stajenny z nosem zdradzającym ślady wielokrotnego złamania westchnął, słysząc, że Lan życzy sobie osiodłania Mandarba i Ślubnego Wianka. Siwowłosa kobieta zajęła się krępą kasztanką Nynaeve, a trzech staruszków wzięło na siebie zadanie osiodłania i wyprowadzenia z boksu wysokiego czarnego ogiera Lana.
— Chcę, żebyś mi coś obiecał — powiedziała cicho Nynaeve, gdy czekali. Mandarb tańczył w kółko tak, że próbujący nałożyć mu siodło pulchny stajenny musiał go gonić.
— Przysiągł. Mówię poważnie, Lanie Mandragoran. Nie jesteśmy już sami na świecie.
— Co chcesz, żebym przysiągł? — zapytał ostrożnie. Łysiejący stajenny zawołał do pomocy kolejnych dwóch ludzi.
— Że zanim przekroczysz granice Ugoru, pojedziesz najpierw do Fal Moran, a jeśli ktoś będzie chciał pojechać z tobą pozwolisz mu. Uśmiechnął się krzywo i ze smutkiem.
— Zawsze odmawiałem tym, którzy prosili mnie, bym poprowadził ekspedycję na Ugór, Nynaeve. Ongiś zdarzało mi się dowodzić ludźmi, ale nie...
— Skoro już dowodziłeś ludźmi — ucięła — możesz dowodzić znowu. Przysięgnij, w przeciwnym razie ja przysięgam, że całą drogę do Shienaru będziesz musiał odbyć konno.
— Kobieta dopinała popręgi przy siodle Ślubnego Wianka, ale tamci trzej wciąż nie potrafili nałożyć siodła na grzbiet Mandarba albo bodaj powstrzymać wierzchowca przed ciągłym zrzucaniem derki.
— Na jak głębokim południu Shienaru chcesz mnie zostawić? — zapytał z przekąsem. Kiedy nie odpowiedziała, skinął głową. — Bardzo dobrze, Nynaeve. Jeżeli tego naprawdę chcesz, przysięgam na Światłość oraz na moją nadzieję odrodzenia i zbawienia.
Z największym trudem przyszło jej stłumienie westchnienia ulgi. Udało jej się i nie musiała skłamać. Próbowała zachowywać się zgodnie z instrukcjami Egwene, to znaczy jakby już złożyła Trzy Przysięgi na Różdżkę Przysiąg, ale naprawdę trudno radzić sobie z mężem, jeżeli nie można skłamać nawet w chwili, gdy jest to absolutnie konieczne.
— Pocałuj mnie — powiedziała i dodała pośpiesznie: — To nie jest rozkaz. Po prostu chcę pocałować mojego męża. — Pocałować na pożegnanie. Później nie będzie czasu.
— Na oczach wszystkich? — zapytał, śmiejąc się. — zawsze się tak wstydziłaś.
Kobieta już prawie skończyła ze Ślubnym Wiankiem, jeden ze stajennych z całych sił trzymał Mandarba, podczas gdy dwaj pozostali pośpiesznie dopinali popręgi.
— Są zbyt zajęci, żeby się zorientować. Pocałuj mnie, bo w przeciwnym razie pomyślę, że jesteś jednym z tych... — Zamknął jej usta pocałunkiem. Dreszcz przeszył ją od stóp do głów.
Kilka chwil później oparła czoło o jego szeroką pierś, on głaskał ją po włosach.
— Być może w Shienarze uda nam się spędzić razem ostatnią noc — szepnął. — Pewnie minie sporo czasu, zanim będziemy razem, i będę tęsknił za podrapanymi plecami.
Spłonęła rumieńcem, niepewnie odsunęła się od niego, Stajenni skończyli i teraz dość demonstracyjnie wbijali wzrok w pokryte słomą klepisko, ale znajdowali się dość blisko, by wszystko słyszeć!
— Nie wydaje mi się. — Dumna była z siebie, że się nie jąka. — Nie chcę na tak długo zostawiać Randa z Alivią.
— On jej ufa, Nynaeve. Nie rozumiem, dlaczego, ale tak jest i tylko to się liczy.