Выбрать главу

— Cztery takie złączone razem, jeden za drugim, ciągnęły za sobą setkę wozów przez całą drogę z Cairhien — ciągnął dalej Doni, ignorując drugiego chłopaka. — Każdego dnia przejeżdżały prawie sto mil, mój panie. Sto mil!

Com westchnął ciężko.

— Było ich sześć, Doni, i ciągnęły tylko pięćdziesiąt wozów, ale za to przejeżdżały każdego dnia ponad sto mil. Niekiedy nawet i sto dwadzieścia, jak słyszałem, a mówił o tym jeden z parowych ludzi.

Doni odwrócił się, spojrzał na niego złym okiem i już rwali się do bitki.

— Tak czy siak, nadzwyczajne osiągnięcie — powiedział szybko Rand, zanim zaczęły padać ciosy.

Sięgnął do kieszeni, dobył z niej dwie monety i rzucił po jednej chłopakom, nie patrząc na nominały. Nim chłopcy zręcznie schwycili pieniądze, na moment w powietrzu zamigotało złoto. Tamci wymienili zaskoczone spojrzenia, a potem rzucili się szybko ku bramom, bez wątpienia przestraszeni, że może się domagać zwrotu. Taka ilość złota zapewni ich rodzinom wyżywienie przez całe miesiące.

Min popatrzyła za nimi zasmuconym spojrzeniem, które to uczucie natychmiast powtórzyła echem więź i które trwało w niej jakiś czas po tym, jak już pokręciła głową i zapanowała nad rysami twarzy. Co widziała? Prawdopodobnie śmierć. Rund nie czuł smutku, tylko gniew. Ile dziesiątek tysięcy umrze, zanim rozstrzygnie się Ostatnia Bitwa? Ile wśród nich to dzieci? Nie miał w sercu miejsca na smutek.

— Nadzwyczajna szczodrość — oznajmiła Nynaeve przez Ściśnięte gardło. — Ale czy mamy zamiar stać tu cały ranek? — Wóz parowy powoli znikał z pola widzenia, a mimo to jej pulchna kasztanka wciąż rżała nerwowo, rzucała łbem i sprawiała trudności, mimo iż z natury była zwierzęciem niesłychanie łagodnego usposobienia. Nynaeve jednak nie była nawet w połowie tak dobrą amazonką, za jaką się uważała. Wierzchowiec Min, pochodząca ze stajni Algarina siwa klacz o łabędziej szyi, tańczyła tak, że tylko zdecydowany chwyt czerwonych rękawiczek dziewczyny uchronił ją przed wyrwaniem wodzy z dłoni i choć deresz Alivii również próbował tańczyć, to była damane radziła sobie z nim tak łatwo, jak Cadsuane ze swoim gniadoszem. Alivia zdradzała talenty w zupełnie nieoczekiwanych dziedzinach. Po damane najwyraźniej oczekiwano zdolności hippicznych.

Kiedy zagłębiali się w miasto, Rand po raz ostatni zerknął na znikający wóz parowy. „Zdumiewający” było jak najbardziej właściwym słowem. Sto wozów czy tylko pięćdziesiąt — „tylko”! — to było zupełnie niewiarygodne. Czy kupcy zaczną je stosować zamiast koni? Mało prawdopodobne. Kupcy byli dość konserwatywnym ludem, znanym z niechęci do nowinek. Z jakiegoś powodu Lews Therin znów wybuchnął śmiechem.

Łza nie była tak piękna jak Caemlyn czy Tar Valon (próżno w niej szukać uroczych prospektów cechujących tamte metropolie), niemniej była spora — bez wątpienia jedno z wielkich miast świata — i wciąż się rozrastała, jak inne stolice bez ładu i składu. W gęstwinie krętych ulic i spadzistych dachów (krytych dachówką gospód i łupkiem stajni) wznosiły się gdzie niegdzie pałace z kwadratowymi, białymi kopułami oraz wysokie wieże otoczone balkonami i zwieńczone iglicami — właśnie te ostatnie sięgały ponad szary masyw, lśniąc bielą w słońcu wczesnego poranka. Kuźnie i wytwórnie noży, szwaczki i rzeźnicy, sklepy rybne i warsztaty tkackie wciskały się w marmurowe budowle o wysokich, brązowych drzwiach, skryte za białymi kolumnadami, za którymi mieściły się izby gildii oraz faktorie i kantory.

O lej porze na ulicach zalegał jeszcze głęboki cień, mimo to tętniły życiem sławnej południowej przedsiębiorczości. Lektyki niesione przez pary wychudzonych mężczyzn przeciskały się przez ciżbę nieomal równie łatwo jak dzieci bawiące się w gonionego; powozy i karety ciągnione przez szóstkowe czy czwórkowe zaprzęgi miały z tym jednak kłopoty i rzadko osiągały większą prędkość niż wozy i wózki zaprzężone w wielkie woły. Tragarze nieśli ciężary po dwóch, na tyczkach spoczywających na ramionach, czeladnicy na plecach dźwigali wytwory swoich mistrzów: zwinięte dywany, inne rękodzieło w skrzynkach. Uliczni handlarze zachwalali towar z tac i obwoźnych stoisk: szpilki, wstążki, pieczone orzechy, mięsne pierożki; na każdym właściwie skrzyżowaniu dawali przedstawienia żonglerzy, akrobaci i muzycy. Nikt by nie pomyślał, że miasto zaznało oblężenia.

Jednak nie wszystko sprawiało równie kojące wrażenie. Mimo iż ranek był naprawdę wczesny, Rand widział hałaśliwych pijaków wyrzucanych z karczm oraz tawern i tyle ulicznych walk na pięści, że właściwie trudno było znaleźć spokojne miejsce. W tłumie kręciły się zbrojne zbiry do wynajęcia — miecze przy boku, na szerokich rękawach wełnianych kaftanów barwy Domów, którym akurat służyli, ale nawet ci w napierśnikach i hełmach nie podejmowali żadnych starań, by przerywać bójki. Sami zresztą brali w nich udział — bili się między sobą, z Ludem Morza, z nieporządnie odzianymi ludźmi, którzy mogli być niewykwalifikowanymi robotnikami, czeladnikami lub rozrabiakami. Niemający nic do roboty żołnierze nudzili się, a znudzeni żołnierze upijali się i walczyli. Z zadowoleniem obserwował znudzonych żołnierzy buntowników.

Przeciskające się przez tłum Panny, które wciąż udawały, że nie mają nic wspólnego z Randem, przyciągały niepewne spojrzenia, głównie spod smagłych czół Ludu Morza i tylko czeredka dzieci biegła za nimi, gapiąc się zupełnie otwarcie. Tairenianie, wśród których wielu wcale nie było znacznie jaśniejszej karnacji, widywali już Aielów, a jeśli nawet zastanawiali się teraz, czemu tamci wrócili do miasta, to gnały ich przecież inne, ważniejsze sprawy. Z pozoru nikt nie poświęcał drugiego spojrzenia Randowi i jego kompanii. Na ulicy było wielu konnych, większość cudzoziemców — tu blady cairhieniański kupiec w skromnym kaftanie, tam Arafelianin ze srebrnymi dzwonkami w czarnych warkoczach, ówdzie miedzianoskóra Domani w omal przejrzystej sukni do jazdy konnej, ledwie przykrytej płaszczem, w towarzystwie pary potężnych strażników w skórzanych kaftanach naszywanych stalowymi krążkami, wreszcie Shienaranin z siwym kosmykiem na dokładnie wygolonej głowie i wydatnym brzuchem wypinającym guziki kaftana W Łzie nie sposób było dać dziesięciu kroków, żeby nie natknąć się na cudzoziemca. Taireński handel sięgał daleko.

Nie należy wszakże wnosić, że podróż przez miasto przebiegła bez żadnych dalszych incydentów. W pewnym momencie biegnący przed konnym towarzystwem chłopak od piekarza potknął się i upadł, wyrzucając kosz w powietrze. Kiedy Rand przejeżdżał obok, tamten podniósł się już i z otwartymi ustani wpatrywał w piramidę, która powstała z długich bochenków stojących na sztorc obok kosza. Jakiś człowiek bez kaftana pijący na pierwszym piętrze gospody, wychylił się z okna, stracił równowagę i wypadł z wrzaskiem na ulicę — wrzask jednak zamarł mu na ustach, gdy wylądował prosto na nogach, nie dalej niż dziesięć stóp od Tai’daishara, nawet nie wypuściwszy kufla z dłoni. Rand pojechał dalej, a tamten został na ulicy z szeroko rozwartymi oczyma, popatrując w zdumieniu po sobie. Zmarszczki odmienionych prawdopodobieństw szły za Randem, ogarniając całe miasto.

Nie każde wydarzenie okaże się równie niewinne, jak w przypadku chleba, tudzież znajdzie szczęśliwy finał pozwalający spadającemu wylądować na nogach, nie na głowie. Zmarszczki prawdopodobieństwa mogą zmienić nieszkodliwą kolizję w wypadek z połamanymi kośćmi czy skręconym karkiem. Waśnie na śmierć i życie mogą powstać, ponieważ ludzie zaczną wygłaszać słowa, które nigdy by nawet im na myśl nie przyszły. Kobiety mogą podjąć decyzję otrucia mężczyzn, Pchnięte do zbrodni trywialnymi obrazami, które pokornie tolerowały przez lata. Albo ktoś znajdzie zagrzebany we własnej piwnicy sparciały worek pełen złota, nie wiedząc, co mu kazało kopać w tym, a nie innym miejscu; inny poprosi o rękę kobiety, do której przez lata nawet zbliżyć się nie śmiał, i zostanie przyjęty; tyluż wszak spotka ruina w miejsce pomyślnego losu. Min nazywała to równowagą. Dobro musiało równoważyć każde zło. Choć Rand przychylał się raczej do przekonania, że to zło równoważy każde dobro. Trzeba jak najszybciej załatwić wszystko w Łzie i znikać stąd. Galop po zatłoczonych ulicach był wykluczony, jednak pognał konia szybciej, aż Panny musiały pobiec truchtem.