— Chcemy pokój z dobrym widokiem na Kamień — powiedział Rand.
— To naprawdę robaczki robią jedwab, przyjacielu — usłyszał za plecami słowa wypowiedziane ze znajomym akcentem rozwlekłych samogłoskach. — Przysięgam na moje oczy.
Słysząc to, Rand odwrócił się i zobaczył Alivię wpatrzoną szeroko rozwartymi oczami w mężczyznę w ciemnym kaftanie, który właśnie mignął w otworze drzwi wiodących na ulicę. Zaklął, pobiegł ku drzwiom, ale na zewnątrz od razu zorientował się, że tamten może być jednym z kilkunastu ludzi w ciemnych kaftanach, którzy przed momentem minęli gospodę. Nie było sposobu rozpoznania mężczyzny średniego wzrostu i budowy ciała, którego widziało się tylko od tyłu. Co Seanchanin robił w Łzie? Szpieg pracujący dla kolejnej inwazji? Trzeba się tym zająć. Ale tymczasem zawrócił od drzwi, żałując, że nie może dostać tamtego w swoje ręce. Lepiej mieć pewność, niż być zmuszonym do zgadywania.
Zapytał Alivię, czy przypadkiem nie widziała tamtego wyraźnie, ale tylko pokręciła w milczeniu głową. Wciąż była blada. Potrafiła z zapałem opowiadać, co też zrobi sul’dam, jednak najwyraźniej parę słów z ojczystym akcentem wytrącało ją z równowagi. Miał nadzieję, że nie okaże się to jej słabością. Miała mu pomóc... jakoś... i nie mógł pozwolić jej na okazywanie słabości.
— Kim był człowiek, który właśnie wyszedł? — zapytał Saranche’a. — Ten, który mówiąc, tak rozciągał głoski.
Karczmarz zamrugał.
— Nie mam pojęcia, mój panie. Nigdy go wcześniej nie widziałem. Życzysz sobie jednego pokoju, mój panie? — Zmierzył wzrokiem Min i pozostałe kobiety, poruszał przy tym ustami, jakby liczył.
— Jeżeli myśli pan o czymś nieprzystojnym, panie Saranche — powiedziała z urazą Nynaeve, szarpiąc za warkocz wychodzący spod kaptura jej płaszcza — to radzę się dwukrotnie zastanowić. Zanim wytargam pana za uszy.
Min syknęła cicho i zanim się zdążyła opanować, jedna jej dłoń powędrowała do rękawa. Światłości. Ależ tej dziewczynie ręce się paliły do noży!
— Co jest nieprzystojne? — zapytała Alivia, w jej słowach pobrzmiewały nuty konsternacji. Cadsuane parsknęła.
— Jeden pokój — cierpliwie powtórzył Rand.
„Kobiety zawsze znajdą sobie powód do urazy” — pomyślał. A może to był Lews Therin? Niepewnie wzruszył ramionami. I z odrobiną irytacji, która wszak nie odbijała się w słowach, dodał:
— Twój największy pokój z widokiem na Kamień. Nie zabawimy długo. Będziesz mógł go powtórnie wynająć jeszcze na dzisiejszą noc. Jednak niewykluczone, że konie zostaną dzień czy dwa.
Przez pociągłą twarz Saranche’a przemknął cień ulgi, choć w głosie brzmiały wyłącznie nuty z pewnością fałszywego smutku.
— Żałuję, ale mój największy pokój jest już wynajęty, mój panie. Po prawdzie, to wszystkie większe pokoje są zajęte. Nimniej będę szczęśliwy, mogąc cię odprowadzić do Trzech Księżyców, dalej przy tej samej ulicy i...
— Ba! — Cadsuane zsunęła kaptur z czoła na tyle, by ukazać oblicze i część złotych ozdób we włosach. Była istnym ucieleśnieniem opanowania, ale oczy patrzyły twardo, — Myślę, że jednak znajdziesz dla nas ten pokój, chłopcze. Myślę, że lepiej będzie dla ciebie, jak go znajdziesz. Zapłać mu dobrze — dodała, zwracając się do Randa; ozdoby zakołysały się na złotych łańcuszkach. — To była rada, a nie polecenie.
Saranche skwapliwie wziął od Randa cztery grube złote korony — należało wątpić, by tyle wynosił tygodniowy dochód z całej gospody, — ale oczywiście nie złoto, lecz oblicze Cadsuane spowodowało, iż pomknął w podskokach po schodach W tylnej części wspólnej sali i dosłownie po paru minutach wrócił, żeby zaprowadzić ich do pokoju na pierwszym piętrze z ciemną boazerią na ścianach i wygniecionym trzyosobowym łóżkiem; okna po obu stronach łóżka wypełniał masyw Kamienia, wyrastający ponad dachy. Poprzednia lokatorka opuściła pokój w takim pośpiechu, że zostawiła w nogach łóżka parę wełnianych pończoch, a na umywalni w kącie rzeźbiony grzebień z rogu. Następnie karczmarz zaproponował pomoc we Wniesieniu bagaży i wino. Zdziwił się, gdy Rand odmówił, niemniej starczyło jedno spojrzenie na twarz Cadsuane, by gospodarz umknął pośpiesznie w ukłonach.
Pokój był spory, jak na pomieszczenie w gospodzie, daleko mu jednak było do większości komnat w dworze Algarina, pałacu już nie wspominając. Zwłaszcza że miał posłużyć dwunastu osobom. W jednej chwili Randowi zdało się, że ściany walą się na niego. Coś go ścisnęło w piersiach. Każdy oddech przychodził z wysiłkiem. W więzi zapulsowało współczucie i troska.
„Skrzynia” — dyszał Lews Therin. „Muszę się wydostać ze skrzyni!”.
Rand nie odrywał oczu od przestrzeni za oknami, czuł, że za żadną cenę nie może stracić z oczu Kamienia, i dopiero po chwili perspektywa otwartej przestrzeni między Kamieniem i Smokiem oraz szerokie niebo w górze sprawiły, iż ucisk W piersiach zelżał nieco. Tylko odrobinę — wciąż nie odrywając wzroku od nieba nad Kamieniem, nakazał wszystkim stanąć pod ścianami. Posłuchali bez szemrania. Powiedzmy. Cadsuane najpierw obrzuciła go ostrym spojrzeniem, Nynaeve parsknęła, zanim dostojnie podeszła do ściany, ale pozostałe nie żartowały. Jeśli nawet uznały, że potrzebuje przestrzeni z jakichś względów bezpieczeństwa... cóż, w pewnym sensie można było tak powiedzieć. W każdym razie usunęły mu się sprzed oczu i pokój zaczął wydawać się większy. Tylko trochę, ale każdy cal był błogosławioną ulgą. W więzi pulsowała już nieskrywana niczym troska.
„Muszę się wydostać” — jęczał Lews Therin. „Muszę się wydostać”.
Rand uzbroił się w oczekiwaniu na to, o czym wiedział, że zaraz nadejdzie i obserwując Lewsa Therina, pochwycił męskią połowę Prawdziwego Źródła; zalał go saidin. Czy szaleniec znowu próbował mu je wyrwać? Musnął je, z pewnością go dotknął, ale tymczasem znalazło się już w posiadaniu Randa. Góry płomienia, walące się ognistymi lawinami i próbujące go pogrzebać. Fale, przy których lód zdawałby się ciepły, próbowały zgnieść go pośród oszalałych mórz. Pławił się w nich, znienacka tak żywy, że stan sprzed chwili wydawał się rojeniem. Słyszał oddechy wszystkich w pokoju, tak wyraźnie widział wielki sztandar łopoczący nad Kamieniem, że wydawało mu się, iż jest w stanie dostrzec fakturę tkaniny. Podwójna rana w boku pulsowała, jakby chcąc wyrwać się z ciała, ale miał w sobie Moc, więc potrafił zignorować ból. Chyba nawet cios miecza nie zrobiłby na nim większego wrażenia.
Niemniej z saidinem przyszły nieodłączne mdłości, prawie nieprzezwyciężalne pragnienie zgięcia się wpół i opróżnienia żołądka ze wszystkich posiłków, jakie w życiu zjadł. Zadrżały pod nim kolana. Walczył z tym uczuciem równie nieugięcie jak walczył z Mocą, ponieważ z saidinem trzeba walczyć, zawsze. Mężczyzna naginał saidina do swej woli albo ten go niszczył. Przed jego oczyma pojawiła się na moment twarz człowieka z Shadar Logoth. Oczy patrzyły wściekle. Bez wątpienia w tej chwili widział Randa, a Rand widział jego. Najlżejszy ruch dłoni i dotkną się. Jeden drobny ruch.
— Co się dzieje? — zapytała Nynaeve, podchodząc bliżej i patrząc z troską. — Poszarzałeś na twarzy. — Sięgnęła do jego czoła, a jemu po skórze popełzła gęsia skórka. Odepchnął jej dłoń.
— Wszystko w porządku. Odsuń się.
Nie poruszyła się i tylko poczęstowała go jednym z tych spojrzeń, które kobiety noszą chyba w mieszku przy pasku. Wynikało z niego, że wie, iż on kłamie, nawet, jeśli nie jest w stanie tego dowieść. Czy one ćwiczą te spojrzenia przed lustrami?