Выбрать главу

Harine wymieniła pytające spojrzenia z Mareil, która lekko pokręciła głową. Jak daleko Harine sięgała pamięcią, żaden Amayar nigdy nie poprosił o dar podróży, choć dla nich rzeczywiście byłby to dar, ponieważ nie oczekiwano by od nich nic w zamian. Niemniej oni unikali soli, trzymając się w swych maleńkich rybackich łodziach blisko brzegu, tak więc prośba o wysadzenie ich z dala od lądu była równie dziwna jak prośba o dar podróży. Wszelako nic złowieszczego jeszcze w tym nie było.

— Z portów odpłynęli wszyscy Amayarowie, nawet ci, którym stocznie czy wytwórnie lin winne były pieniądze, niemniej przez jakieś dwa, trzy dni nikt nie wiedział, o co chodził — Wino nie zdołało na tyle zwilżyć gardła Cemeille, by przestała chrypieć. Wierzchem dłoni otarła łzy z policzków. — Aż zorientowaliśmy się, że żaden nie wrócił. Rząd wysłał ludzi do wiosek Amayarów i tam znaleźli... — Zacisnęła powieki. — Amayarowie byli martwi lub umierali. Mężczyźni, kobiety — jej głos się załamał — dzieci.

Żałobny lament podniósł się w kajucie, zaskoczona Harine zdała sobie sprawę, że ostre tony pieśni wydobywają się również z jej ust. Dostatecznie smutne, by kotwica zapłakała? Tak smutne, że niebo powinno łkać. Nic dziwnego, że głos Mistrzyni Żagli był ochrypły. Ile godzin, ile dni musiała przepłakać, odkiedy dowiedziała się o tej katastrofie?

— Dlaczego? — dopytywała się Pelanna, kiedy lamentacja ucichła. Z oszalałą twarzą pochylała się na krześle. Trzymała puzderko z pachnidłami przy nosie, jakby dzięki temu jakoś mogła odepchnąć wstrętny odór usłyszanych wieści. — Jakaś choroba? Mów, kobieto!

— Trucizna, Mistrzyni Fal — odparła Cemeille. Spróbowała się opanować, ale łzy znowu popłynęły po policzkach. — Wszędzie, gdzie dotarłam, wyglądało to tak samo. Dali dzieciom truciznę, po której zasnęły snem, z którego już się nie obudziły. Trucizny wszak chyba nie starczyło dla wszystkich, więc wielu dorosłych przyjęło środki wolniej działające. Niektórzy żyli dość długo, by zastano ich przy życiu i wypytano. Wielka Dłoń Tremalking zniknęła. W miejscu wzgórza, na którym stała, jest teraz głęboka dziura. Wychodzi na to, że Amayarowie mieli proroctwo, które wspominało o Dłoni, a kiedy została zniszczona, uwierzyli, że oznacza to koniec czasu, jak oni mówią: koniec Iluzji. Uwierzyli, że naszedł czas, by opuścili tę... iluzję — zaśmiała się gorzko, wymawiając ostatnie słowo — którą my nazywamy światem.

— Żaden nie ocalał? — zapytała Zaida. — Ani jeden? — Na jej policzkach również lśniły łzy, ale Harine nie winiła jej za to. Jej własne policzki też były mokre.

— Żaden, Mistrzyni Statków.

Zaida wstała, mimo łez na policzkach otaczała ją władcza mira, a głos brzmiał mocno.

— Na każdą wyspę należy wysłać najszybszy statek. Nawet na Aile Somera. Trzeba znaleźć sposób, żeby tam dopłynąć. Kiedy po Pęknięciu sól uspokoiła się po raz pierwszy, Amayarowie poprosili nas o ochronę przed piratami i bukanierami, wciąż winniśmy im wywiązanie się z tej obietnicy. Nawet, jeśli znajdziemy tylko garstkę żyjących, nasze przyrzeczenie pozostanie w mocy.

— Jest to chyba najsmutniejsza historia, jaką w życiu słyszałem. — Głos Logaina grzmiał zbyt głośno w żałobnej ciszy, on sam podszedł i stanął przed Zaidą. — Ale wasze okręty muszą popłynąć do Bandar Eban. Jeśli nie macie dość rakerów, użyjcie innych szybkich jednostek. Wszystkie są niezbędne.

— Jesteś nie tylko bez serca, ale również szalony? — zapytała Zaida. Stanęła na rozstawionych nogach, wsparła się; pięściami pod boki, jakby miała pod stopami chybotliwy pokład rufowy. — Musimy odprawić żałobę. Uratować tych których uratować się da, odprawić żałobę po niezliczonych tysiącach, których uratować nie potrafiliśmy.

Równie dobrze mogła się uśmiechać, jeśli wnosić po skutku, jaki jej wściekłe spojrzenia wywarły na Logainie. Kiedy przemówił, Harine zdało się, że w kajucie powiało lodem, a światła przygasły. Nie była jedyną kobietą, która objęła się ramionami, osłaniając się przed chłodem.

— Odprawiajcie żałobę, jeżeli musicie — powiedział. — Ale odprawiajcie ją po drodze ku Tarmon Gai’don.

23

Wezwanie na posiedzenie komnaty

Magla i Salita przez cały ranek były nieobecne, więc Romanda miała połatany brązowy namiot wyłącznie dla siebie, co dawało jej wspaniałą okazję, by wreszcie poczytać. W spokojnej lekturze przeszkadzał tylko fakt, że niedopasowane mosiężne lampy na małym stole rozsiewały wokół woń zepsutej oliwy, wprawdzie słabą, ale kręcącą w nosie. Czasy były takie, że należało przywykać do tego rodzaju rzeczy. Gdyby ktoś zerknął na książkę, być może wydałaby mu się niegodna jej osiągnięć i pozycji — ongiś dziewczynie z Far Madding zabraniano czytania takiej literatury, — ale pozwalała się oderwać od suchych traktatów historycznych i przerażających raportów o psującej się żywności. Jeszcze niedawno wołowe tusze mogły przez wiele miesięcy pozostawać równie świeże, co w dniu zarżnięcia krowy, ale obecnie Konserwacje zawodziły jedna po drugiej. Niektóre zaczynały szemrać, że dowodzi to błędów dzieła Egwene, ale było to po prostu głupie gadanie. Jeżeli prawidłowo wykonany splot działał raz, musiał działać zawsze pod warunkiem, że nic nie zniszczyło splotu, a nowe wzory Egwene funkcjonowały zawsze zgodnie z przewidywaniami. To trzeba jej oddać. Poza tym, mimo iż właściwie każda próbowała, i to próbowała naprawdę poważnie, żadnej nie udało się znaleźć ewentualnych interwencji w sploty. Wyglądało to tak, jakby sam saidar słabł. Rzecz nie do pomyślenia. A w ewentualnych skutkach tragiczna. I co gorsza, żadna nie potrafiła wymyślić, co w tej sytuacji można zrobić! Z pewnością Romanda wymyślić nie potrafiła. Krótka ucieczka w świat przygody i romansu wydawała się znacznie milsza niż próżne deliberowanie nad tragiczną zawodnością i niemocą tego, co z samej swej natury było niezawodne.

Sprzątająca namiot nowicjuszka miała dość rozumu, by nie komentować jej lektury, czy bodaj nawet dwukrotnie spojrzeć na oprawioną w drewno książkę. Bodewhin Cauthon była całkiem śliczna, a równocześnie nie brakowało jej inteligencji, choć zdecydowanie miała w sobie za dużo z brata — w psotnych iskierkach oczu, ale i w głowie, w tym drugim przypadku zapewne więcej, niż gotowa była przyznać. Bez wątpienia też czyniła spore postępy na drodze do zostania Zieloną, a może Błękitną. Dziewczyna wyraźnie przedkładała prawdziwe przygody nad lekturę o przygodach, jakby życie Aes Sedai nie stanowiło gwarancji przygód, niezależnie, czy się tego chce, czy nie. Romanda nie żałowała domniemanego wyboru dziewczyny. Żółte miały, co wybierać z odpowiednich kandydatek. Oczywiście starsze kobiety nie wchodziły w grę, niemniej chętnych dalej było sporo. Skupiła się na książce. Naprawdę lubiła opowieść o Birgitte i Gaidalu Cainie.

Namiot nie był szczególnie duży, poza tym raczej zagracony. Trzy twarde łóżka polowe, których niewygodę trochę tylko łagodziły cienkie materace wypchane zbryloną wełną; trzy krzesła o drabinkowych oparciach, każde wyraźnie wykonane inną ręką; rozchybotana umywalnia z popękanym lustrem i wyszczerbionym niebieskim dzbanem w białej misce, której nogę, podobnie jak w przypadku stołu, trzeba było podpierać drewnianą szczapą; okute mosiądzem kufry na ubrania; pościele i dobytek osobisty. Jako Zasiadająca Komnaty mogłaby mieć całą tę przestrzeń dla siebie, ale wolała nie spuszczać z oka Magli i Sality. Sam fakt, że wszystkie zajmowały w Komnacie miejsca z ramienia Żółtych, nie stanowił jeszcze przesłanki do ślepego zaufania. Magla, która rzekomo miała być jej sprzymierzeńcem w Komnacie, zbyt często chadzała własnymi drogami, a Salita zawsze miała swoje pomysły. Namiot był, więc nie tylko zagracony, ale i niewygodny. Bodewhin miała z nim mnóstwo pracy, głównie zresztą ze sprzątaniem sukni i pantofli Sality, które rozrzucała po postrzępionych dywanikach, gdy dochodziła do wniosku, że nie pasują. Ta kobieta frywolnością dorównywała Zielonym. Każdego ranka przetrząsała chyba całą swoją garderobę! Zapewne myślała, że Romanda każe sprzątać swej służącej — zawsze uważała, że Aelmara jest w takim samym stopniu jej służącą, co Romandy, — ale Aelmara służyła Romandzie przez wiele lat i teraz właściwie była na emeryturze, nie wspominając już, że jakiś czas temu wybawiła ją z drobnych kłopotów w Far Madding i pomogła w ucieczce. Nie wyobrażała sobie, by wymagać od Aelmary zajmowania się również inną siostrą.