Выбрать главу

Jeśli zaś o Asha’mana chodzi, uparte spojrzenie wprawdzie nie zniknęło z jego oczu, jednak musiał posłuchać polecenia, ponieważ w pewnym momencie Nacelle klasnęła w dłonie i roześmiała się.

— Saroiya — powiedziała podniecona. — Sięgnąłeś strumieniem ku Saroiyi. Biała Domani. Mam rację?

Miedziane oblicze Saroiyi powlekła bladość, otuliła się szalem o białych frędzlach i skuliła na ławce, jakby chciała zniknąć wszystkim z oczu. Jeśli już o tym mowa, to Aledrin też chyba się dokądś wybierała.

— Powiedz jej — poleciła Merise. — Jahar potrafi być uparty, ale to dobry chłopak.

— Biała Domani — zgodził się niechętnie Jahar. Saroiya zachwiała się, jakby zaraz miała zemdleć, on popatrzył na nią pogardliwie. — To był tylko Duch i od dawna już go nie ma.

Oblicze Saroiyi dla odmiany pociemniało, ale czy z gniewu, czy zawstydzenia, nie sposób było stwierdzić.

— Niezwykłe odkrycie — stwierdziła Lelaine. — I pewna jestem, że Merise pozwoli ci dalej z nim eksperymentować, Nacelle, teraz jednak Komnata musi się zająć swoimi sprawami. Pewna jestem, że się ze mną zgodzisz, Romanda.

Romanda ledwie się opanowała, by nie popatrzeć na tamtą wilkiem. Lelaine coś za często wysuwała się przed nią.

— Jeśli to już koniec pokazu — powiedziała — to możesz odejść, Nacelle. — Zielona Malkierka ociągała się z wyjściem, być może dlatego, że potrafiła odczytać z wyrazu twarzy Merise, iż żadnych dalszych testów nie będzie... a przecież naprawdę ze wszystkich kobiet to właśnie Zielone powinny najlepiej wiedzieć, że nie robi się nic ze Strażnikiem innej siostry… lecz oczywiście nie miała wyboru.

— Jaką więc propozycję ma dla nas Smok Odrodzony, chłopcze? — zapytała Romanda, gdy Nacelle znalazła się po drugiej stronie osłon antypodsłuchowych.

— Oto ona — odparł, dumnie patrząc jej w oczy. — Każda siostra wierna Egwene al’Vere może nałożyć więź zobowiązań na Asha’mana, w ostatecznej liczbie czterdziestu siedmiu. Smok Odrodzony nie wchodzi w grę ani żaden mężczyzna noszący smoka, ale żaden Żołnierz czy Oddany nie będzie mógł wam odmówić.

Romanda poczuła, jakby właśnie z jej płuc odeszło wszelkie powietrze.

— Zgadzacie się, że zadowala to nasze oczekiwania? — zapytała z całkowitym spokojem Lelaine. Ta kobieta od początku musiała wiedzieć, o co chodzi; żeby sczezła.

— Zgadzam się — odpowiedziała Romanda. Z pomocą czterdziestu siedmiu przenoszących mężczyzn będzie można znacznie poszerzyć kręgi. Być może nawet do rozmiaru, w którym obejmą wszystkich czterdziestu siedmiu. A jeśli nawet pojawią się jakieś ograniczenia, inaczej niż poprzez praktykę się ich nie pozna.

Faiselle wstała, jakby odbywało się posiedzenie formalne.

— To domaga się debaty. Wnoszę o zwołanie posiedzenia formalnego.

— Nie widzę potrzeby — sprzeciwiła się Romanda, nie wstając. — To jest znacznie lepsza propozycja niż to... co wcześniej ustaliłyśmy. — Nie ma sensu mówić zbyt wiele w obecności tego chłopca. Tudzież Merise. Co ją łączyło ze Smokiem Odrodzonym? Może jest jedną z sióstr, które złożyły mu przysięgę wierności?

Zanim jeszcze Romanda skończyła mówić, Saroiya już stała.

— Wciąż pozostaje kwestia odpowiedniego paktu, który zagwarantuje nam kontrolę nad sytuacją. Wciąż nie ma zgody względem treści takiego paktu.

— Osobiście sądzę, że więź Strażnika czyni wszelkie inne punkty całkowicie nieistotnymi — sucho oznajmiła Lelaine.

Faiselle powstała gwałtownie, ona i Saroyia zaczęły mówić jedna przez drugą.

— Skaza... — Urwały, patrząc na siebie podejrzliwie.

Saidin jest czysty — poinformował je Jahar, choć nikt nie zwracał się do niego o opinię. Merise naprawdę powinna nauczyć chłopaka manier, jeśli już przyprowadza go na posiedzenie Komnaty.

— Czysty? — zapytała kpiąco Saroiya.

— Był skażony przez ponad trzy tysiące lat — wtrąciła ostro Faiselle. — Jak może teraz być czysty?

— Spokój! — warknęła Romanda, próbując odzyskać kontrolę nad przebiegiem posiedzenia. — Spokój! — Patrzyła na Saroiyę i Faiselle, póki nie usiadły, potem zwróciła się do Merise. — Czy mogę przyjąć, że łączyłaś się z nim?

Zielona siostra skinęła głową. Ewidentnie nie przepadała za towarzystwem, w którym się znalazła, i nie zamierzała wdawać się w pogawędki.

— Możesz nas zapewnić, że saidin nie ma na sobie skazy? Tamta nawet się nie zawahała.

— Mogę. Trochę czasu mi zabrało, zanim się upewniłam. Męska część Mocy jest bardziej obca, niż potraficie sobie wyobrazić. Nie jest to bezlitosna, ale delikatna moc saidara, raczej wściekłe morze ognia i lodu smagane sztormem. Niemniej mogę was zapewnić. Jest czysty.

Komanda wypuściła długo wstrzymywany oddech. Cud jako równowaga dla szeregu koszmarów.

— Nie uczestniczymy w posiedzeniu formalnym, ale poddaję sprawę pod głosowanie. Która wstanie, żeby zaakceptować propozycję? — Zanim skończyła, już stała, Lelainal wszak ją wyprzedziła, a Janya je obie. Po chwili stały wszystkie, wyjąwszy Saroiyę i Faiselle. Za osłonami antypodsłuchowymi głowy wyciągały się w ich stronę, siostry bez wątpienia zastanawiały się, nad czym głosowano.

— Odtąd obowiązuje mniejszy konsens, oferta zaś nałożenia więzi zobowiązań na czterdziestu siedmiu Asha’manów jest w mocy. — Saroiya zgarbiła ramiona, a Faiselle westchnęła ciężko.

W imię jedności wezwała do ustalenia większego konsensu, choć nie poczuła zaskoczenia, gdy tamte dwie nie ruszyły się z ławek. Konsekwentnie i na każdym etapie sprzeciwiały się projektowi zbliżenia z Asha’manami, wbrew prawu i obyczajom próbując powstrzymać ten proces, mimo wcześniej podjętej decyzji. Tak czy siak, dokonało się, bez potrzeby wchodzenia nawet w tymczasowy sojusz. Więź zobowiązań trwał oczywiście całe życie, niemniej lepsza jest niż dowolny sojusz. Sojusz zakładał zbyt wielką równość stron.

— Osobliwa liczba, czterdzieści siedem — zadumała się Janya. — Mogę zadać pytanie twojemu Strażnikowi, Merise? Dziękuję. Skąd Smok Odrodzony wziął tę liczbę?

„Dobre pytanie” — pomyślała Romanda. W oszołomieniu, jakie poczuła, gdy okazało się, że nie istnieje potrzeba nawiązywania autentycznego partnerstwa, jakoś jej to umknęło.

Jahar wyprostował się, jakby od dawna na to pytanie czekał i bał się, jaka będzie reakcja na odpowiedź.

— Jak dotąd Asha’mani nałożyli więzi zobowiązań na pięćdziesiąt jeden sióstr, a czterech z nas pozostaje związanych z Aes Sedai. Różnica wynosi czterdzieści siedem. Było nas pięciu, ale jeden zginął w obronie swej Aes Sedai. Niech jego imię przetrwa w waszej pamięci. Nazywał się Eben Hopwil. Zapamiętajcie go!

W ławach zaległa martwa cisza. Romanda poczuła zimną kluchę w żołądku. Pięćdziesiąt jeden sióstr? Na które Asha’mani nałożyli więzi zobowiązań? To jakaś ohyda!

— Zachowuj się, Jahar! — warknęła Merise. — Nie zmuszaj mnie, bym cię znowu napominała!

Zdumiewające, ale nie położył uszu po sobie.

— Muszą wiedzieć, Merise. Muszą wiedzieć! — Odwrócił się i powiódł wzrokiem po ławach. Jego oczy gorzały. Niczego się nie bał. Był wściekły, wciąż. — Eben był połączony z Daigian i Beldeine, a to Daigian kontrolowała po łączenie, więc kiedy stanęli naprzeciwko jednej z Przeklętych, mógł tylko krzyknąć: „Ona przenosi saidina” i zaatakować ją mieczem.I mimo wszystkiego, co mu zrobiła, umęczony strasznie, wytrwał, nie wypuścił saidina dostatecznie długo, by Duigian tamtą odpędziła. A więc zapamiętajcie jego imię! Eben Hopwil. Walczył o swoją Aes Sedai długo po tym, jak powinien paść martwy!