Выбрать главу

Kiedy umilkł, przez dłuższy czas panowała cisza, póki na koniec Escaralde cicho nie powiedziała:

— Zapamiętamy go, Jahar. Ale jak doszło do tego, że Asha’mani nałożyli... pięćdziesięciu jeden siostrom więź zobowiązań? — Pochyliła się naprzód, jakby oczekiwała, że odpowiedź będzie równie cicha.

Chłopak wzruszył ramionami, wciąż zły. Dla niego fakt, że Asha’mani nakładali Aes Sedai więzi, nie miał większego znaczenia.

— Elaida posłała je, by nas zniszczyły. Obowiązuje stały rozkaz Smoka Odrodzonego, że żadnej Aes Sedai nic się nie może stać, chyba, że pierwsza spróbuje któremuś z nas coś zrobić, więc Taim postanowił je schwytać i nałożyć im więzi zobowiązań, zanim czegoś spróbują.

No, tak. To były popleczniczki Elaidy. Czy to robi różnicę?

W jakimś sensie, choć niewielką. Ale każda siostra w rękach Asha’manów pozwalała postawić na nowo kwestię równość w tym partnerstwie, a na to nie można było pozwolić.

— Ja też chciałabym mu zadać pytanie, Merise — poprosiła Moria i poczekała, aż Zielona skinęła głową.

— Dwukrotnie wspomniałeś o kobiecie, która rzekomo przenosiła saidina. O co chodzi? To niemożliwe. — Zgodny szmer poniósł się po namiocie.

— Może i jest to niemożliwe — odparł chłodno chłopak — Ale tak właśnie było. Przenosiła. Daigian doniosła nam o tym, co powiedział Eben, i potwierdziła, że niczego nie widziała, nawet gdy tamta kobieta przenosiła. To musiał być saidin.

Nagle znów ten sam dzwoneczek zadźwięczał w głębi głowy Romandy i zrozumiała, gdzie słyszała imię Cabriany Mecandes.

— Natychmiast trzeba zarządzić aresztowanie Delany i Halimy — rzekła.

Oczywiście musiała im przedstawić uzasadnienie. Nawet Tron Amyrlin nie miał prawa bez uzasadnienia aresztować Zasiadającej Komnatę. A więc: dokonane przy użyciu saidina morderstwa dwu sióstr, przyjaciółek Cabriany, z którą Halima też się ponoć przyjaźniła; Przeklęta władająca męską połową Mocy. Z początku były raczej nieprzekonane, zwłaszcza Lelaine, ale przeszukanie obozu nie zaowocowało znalezieniem którejkolwiek z kobiet. Widziano je, jak szły w kierunku terenów Podróżowania — Delana i jej służąca niosły za Halimą ciężkie tobołki — a potem ślad po nich zaginął.

24

Herbata z miodem

Egwene od samego początku zdawała sobie sprawę, iż jej dziwna niewola będzie trudna, wierzyła wszak, że najłatwiej poradzi sobie z bólem, który nauczyła się pokonywać na modłę Aielów. Jakkolwiek patrzeć, została mocno pobita w ramach toh, który miała wobec Mądrych za swe kłamstwa. Dobrze pamiętała, jak biły ją jedna po drugiej, ale pamiętała też, że potrafiła to wytrzymać. Lecz opanowanie bólu nie polegało na uleganiu mu zamiast przeciwstawiania się. Należało pozwolić, by wniknął głęboko w każdą komórkę ciała, i otworzyć się nań, jak na część samej siebie. Aviendha mówiła, że trzeba być zdolnym uśmiechać się i śmiać z radości lub śpiewać, mimo iż ciałem targają najstraszliwsze boleści. To już nie było takie proste.

Ale starała się, jak mogła, owego pierwszego poranka przed świtem w komnacie Silviany, gdy Mistrzyni Nowicjuszek tłukła jej gołe pośladki pantoflem o twardej podeszwie. Wcale nie próbowała powstrzymać szlochów ani też — później — nieartykułowanego krzyku. Kiedy miała ochotę wierzgać nogami, wierzgała, a gdy Mistrzyni Nowicjuszek niezdarnie, z uwagi na obszerne spódnice, zablokowała je swoją nogą, tylko bębniła palcami o podłogę, rzucając wściekle głową. Usiłowała wchłonąć ból w siebie, wciągnąć go niczym oddech. Ból stanowił równie ważną część życia. Tak przynajmniej pojmowali życie Aielowie. Jednak, o Światłości, jakże bolało!

Kiedy w końcu, po czasie, który wydawał się nieomal wiecznością, mogła się wyprostować, wstała i skrzywiła się, gdy halka i sukienka urażały obolałe ciało. Biała wełna zdawała się ciężka na podobieństwo ołowiu. Próbowała również poddać się piekącemu do żywego gorącu, wchłonąć je, jak poprzednio ból. Nie poszło łatwo. Wręcz przeciwnie, było strasznie trudno. Dopiero po chwili, ku własnemu zdumieniu przekonała się, że jej szloch ucichł, jakby kierowany własną wewnętrzną logiką a strumienie łez znienacka wyschły. Przestała pochlipywać; i spazmować. Przeglądała się w wiszącym na ścianie lustrze o ramach z obłażącej pozłoty. Ile tysięcy kobiet zaglądało do niego przez lata. Od tych, którym karę wymierzano w tym pokoju, oczekiwano zawsze, że po zakończeniu przyjrzą się uważnie własnemu odbiciu i zastanowią, dlaczego zostały ukarane. Ona jednak spojrzała do lustra z innych powodów. Twarz miała w dalszym ciągu zaczerwienioną, mimo to wyglądała właściwie na... spokojną. Pomimo piekącego bólu w pośladkach. Naprawdę czuła się spokojna. Może powinna zaśpiewać? Chyba lepiej nie. Ostrożnie otarła policzki lnianą chusteczką, którą wyciągnęła z rękawa.

Silviana zmierzyła ją wzrokiem pełnym satysfakcji, zanim odłożyła pantofel z powrotem do wąskiej szafki naprzeciw zwierciadła.

— Mam nadzieję, że od pierwszej chwili udało mi się zwrócić twoją uwagę, w przeciwnym razie postąpiłabym bardziej stanowczo — rzuciła oschle, głaszcząc kok z tyłu głowy. — W każdym razie sądzę, że nieprędko się zobaczymy. Zapewne zainteresuje cię, że zadałam pytania, o których wspomniałaś. Zresztą Melare mnie uprzedziła. Ta kobieta to sama Leane Sharif, choć Światłość tylko wie, jakim sposobem... — Urwała, pokręciła głową i obróciwszy o sto osiemdziesiąt stopni krzesło stojące za biurkiem, siadła z powrotem. — Bardziej niepokoi się o ciebie niż o samą siebie. Możesz ją odwiedzić w wolnej chwili. Oczywiście nie wiadomo, czy w ogóle będziesz mieć czas dla siebie. Wydam odpowiednie polecenia. Przebywa w otwartej celi. A teraz radzę ci się pospieszyć, jeżeli w ogóle chcesz coś zjeść, zanim zacznie się pierwsza lekcja.

— Dziękuję — powiedziała Egwene i ruszyła ku drzwiom. Silviana westchnęła ciężko.

— A ukłon, dziecko? — Maczając pióro w kałamarzu ze srebrnym wieczkiem, zaczęła pisać w księdze kar, schludnym, bardzo czytelnym pismem. — Zobaczymy się po południu. Zapowiada się na to, że swoje pierwsze posiłki w Wieży spożyjesz na stojąco.

Egwene mogła na tym poprzestać, jednak tej nocy, gdy czekała, aż wszystkie siostry przybędą do sali w Tel’aran’rhiod, doszła do wniosku, że tak naprawdę czeka ją wędrówka po bardzo cienkiej linie. Miała zamiar walczyć, musiała to jednak czynić, stwarzając pozory, że wypełnia narzucone obowiązki. Które wypełniać będzie, tyle że w pewnym określonym zakresie. W granicach wyznaczonych przez nią samą. Konsekwentny sprzeciw wobec wszystkich poleceń skończyłby się tym, że traktowano by ją jak krnąbrną dziewczynkę, — a zapewne również zamknięciem w celi. W celi, gdzie nikomu na nic by się nie przydała. Jeśli chce zachować jakieś pozory powagi, niektórych poleceń za nic nie wolno jej wypełniać. A godność jest najważniejsza. Nie tylko jej pozory. Nie wolno dopuścić, by zanegowały to, kim jest, jakkolwiek by się starały.

— Zasiadająca na Tronie Amyrlin nie kłania się przed nikim — oznajmiła spokojnie, doskonale wiedząc, jakiej reakcji należy oczekiwać.

Rysy twarzy Silviany ściągnęły się, znowu wzięła pióro do lęki.

— A więc spotkam się z tobą w porze obiadu. Radzę ci oddalić się bez dalszych słów, jeżeli nie chcesz spędzić całego dnia przełożona przez moje kolano.

Egwene wyszła bez słowa. I bez ukłonu. Cienka lina, jak drut nad głęboką przepaścią. A ona musi po niej iść.

Ku swemu zdumieniu, przed gabinetem Mistrzyni Nowicjuszek zobaczyła Alviarin, przechadzającą się w tą i we w tę po korytarzu. Na ramionach miała szal z białymi frędzlami, kuliła się w sobie i wpatrywała niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Wiedziała, że ta kobieta przestała już być Opiekunką Kronik Elaidy, ale nie znała powodów tak raptownej dymisji. Przeszpiegi w Tel’aran’rhiod przyniosły tylko strzępy spojrzeń i urywki rozmów. Pod bardzo wieloma względami Świat Snów Stanowił wyłącznie niewyraźne odbicie świata jawy. Z pewnością Alviarin słyszała jej krzyki, ale — o dziwo — Egwene nie czuła wstydu. Uczestniczyła w dziwacznej bitwie, a w bitwie żołnierze odnoszą rany. Biała siostra, zazwyczaj lodowata, dziś wcale nie wydawała się tak nieprzystępna. Wręcz przeciwnie, z rozwartymi ustami i płonącymi oczyma sprawiała wrażenie nadzwyczaj poruszonej. Egwene nie ukłoniła się jej, a Alviarin przed wejściem do komnaty Silviany obrzuciła ją pojedynczym złośliwym spojrzeniem. Spacer po cienkiej linie.