Laras obrzuciła ją przeciągłym spojrzeniem, pochyliła głowę, aż na szyi powstał czwarty podbródek, potem wróciła do wymachiwania łyżką i zaglądania kucharkom przez ramię. Ongiś dopomogła w ucieczce Siuan i Leane, zatem jej lojalność wobec Elaidy była wątpliwa. Czy teraz inna kobieta może na nią liczyć? Z całą pewnością dokładała wszelkich starań, by nie patrzeć Egwene w oczy. Tuż obok niej pojawiła się podkuchenna, która prawdopodobnie nie odróżniała jej od pierwszej lepszej nowicjuszki. Uśmiechnięta kobieta wyraźnie pracowała nad wyhodowaniem sobie podwójnego podbródka. Wręczyła jej drewnianą tacę z olbrzymim, pękatym kubkiem parującej herbaty i pokrytym białą glazurą talerzem, na którym znajdowały się chleb, oliwki i kruchy biały ser. Egwene zaniosła posiłek do sali jadalnej. Tam znowu napotkała ciszę i setkę utkwionych w nią spojrzeń. Musiały wiedzieć, że została wezwana przed oblicze Mistrzyni Nowicjuszek. Koniecznie chciały się przekonać, czy będzie jadła na stojąco. Niczego bardziej nie pragnęła, niż rozciągnąć się na jednej z twardych, drewnianych ławek, zmusiła się wszak, by siedzieć normalnie. Co oczywiście tylko podsyciło płomień palący w pośladkach. Nie tak silny jak wcześniej, jednak na tyle dokuczliwy, by nie zdoławszy się opanować, odruchowo zmieniła pozycję. Dziwne, ale jej twarz w naturalny sposób była spokojna — żadnego skrzywienia ani grymasów. Miała ochotę stać, prawda, ale nie okazywać bólu. Był częścią jej samej. Pogodziła się z nim bez walki.
Teraz starała się go przyjąć w siebie, to jednak nadal pozostawało poza zasięgiem możliwości.
Oderwała kawałek chleba — mąka, z której go upieczono, zawierała także, jak się okazało, wołki zbożowe — na sali zaś stopniowo ponownie zaczęły rozlegać się rozmowy, przyciszone, ponieważ nowicjuszkom nie pozwalano na hałasy. Przy jej stole również rozmawiano, choć nikt nie kwapił się, by do niej zagadnąć. Ale tak też było dobrze. Nie znalazła się tutaj po to, by zawierać przyjaźnie z nowicjuszkami. Ani po to, aby uznały ją za jedną ze swoich. O nie, miała zupełnie inny cel.
Zwróciła tacę do kuchni, wyszła z refektarza wraz z innymi nowicjuszkami i przekonała się, że czeka na nią następna para czerwonych sióstr. Jedną była lisia Katerine Alruddin, w szarej sukni z licznymi czerwonymi rozcięciami. Burza kruczoczarnych włosów spadała kaskadą do talii, szal spoczywał na ramionach.
— Wypij to — powiedziała Katerine kategorycznie, smukłą dłonią podając jej cynowy kubek. — Do dna, pamiętaj. — Druga Czerwona, smagła, o kwadratowej twarzy z niecierpliwością poprawiła szal i wykrzywiła twarz w grymasie. Najwyraźniej nie podobała jej się rola służącej czy bodaj towarzyszki służącej. Niewykluczone też, że nie podobała jej się zawartość kubka.
Egwene pochłonęła zawartość, tłumiąc westchnienie. Słaby napar z widłokorzenia wyglądał jak lekko zbrązowiała woda, a odległą nutą smakował miętą. Zresztą bardziej wspomnieniem po mięcie niż samą miętą. Pierwszy kubek wypiła niemal zaraz po przebudzeniu, kiedy pełniące dyżur Czerwone siostry miały już dosyć oddzielania jej tarczą i pałały ochotą zajęcia się swoimi sprawami. Katerine spóźniła się o godzinę, mimo to Egwene wątpiła, by nawet bez tej porcji widłokorzenia potrafiła poważniej przenosić. Przynajmniej na tyle, żeby coś z tego wyniknęło.
— Nie chcę spóźnić się na swoją pierwszą lekcję — rzekła, oddając kubek. Katerine wzięła go z jej ręki, choć z jakiegoś powodu wyglądała na zdumioną własnym gestem. Egwene poszła za nowicjuszkami, zanim siostra zdążyła zaprotestować, Lub zrugać za brak ukłonu.
Pierwsza lekcja odbywała się w surowym pomieszczeniu bez okien, gdzie dziesięć nowicjuszek okupowało ławki przeznaczone dla trzydziestu lub więcej, i okazała się w każdym calu tą właśnie katastrofą, jakiej oczekiwała. Oczywiście to nie ją spotkała katastrofa, jakkolwiek rzeczy się miały. Instruktorką była Idrelle Menford, koścista kobieta o stalowym spojrzeniu, która była już Przyjętą, kiedy Egwene przybyła po raz pierwszy do Wieży. Wciąż jeszcze nosiła białą suknię z lamówką i mankietami obszytymi tasiemką siedmiu kolorów. Egwene zajęła miejsce na skraju ławki, znów nie dbając o wrażliwe miejsca. Były już nieco mniej wrażliwe, choć naprawdę nieco. Wypić cały ból.
Idrelle stała na niewielkim podwyższeniu z przodu pokoju i patrzyła na wszystkie z góry. Na widok Egwene w bieli w jej oczach zamigotała iskierka satysfakcji, dzięki której złagodniał odrobinę mars na czole, stanowiący trwałą cechę jej oblicza.
— Wszystkie nauczyłyście się już tworzyć proste kule ognia — oświadczyła klasie. — Przekonajmy się teraz, do czego zdolna jest nowa uczennica. Wszystkie pamiętamy, jak dumna była ze swych umiejętności. — Kilka nowicjuszek zachichotało.
— Przygotuj kulę ognia, Egwene. Migiem, dziecko.
Kula ognia? To była jedna z pierwszych rzeczy, jakich się uczyły nowicjuszki. O co chodzi?
Egwene otworzyła się na Źródło, objęła saidara, pozwoliła, by ją wypełnił. widłokorzeń pozwalał zaczerpnąć tylko drobny strumyczek Mocy, a ona przywykła już do fal powodzi, niemniej Moc była i niezależnie od ilości, niosła ze sobą całe życie i radość saidara, całą wzmożoną świadomość siebie i komnaty, i w której przebywała. Wzmożona samoświadomość oznaczała jednak odświeżenie doświadczenia chłosty pantoflem, ale nawet nie drgnęła. Wetchnąć w siebie ból! Czuła delikatną woń mydła z porannej kąpieli nowicjuszek, widziała niewielką żyłkę, pulsującą na czole Idrelle. Jakaś część jej samej pragnęła trzepnąć tę kobietę w ucho strumieniem Powietrza, wziąwszy wszak pod uwagę rozmiar Mocy, którą obecnie rozporządzała, Idrelle z ledwością cokolwiek by poczuła. Zamiast tego Egwene przeniosła Ogień i Powietrze w taki sposób, że utworzyły niewielką kulę z zielonego płomienia, która zawisła przed jej twarzą. Kula była blada, przezroczysta i w istocie pożałowania godna.
— Doskonale — oświadczyła Idrelle z sarkazmem. O to przecież chodziło. Pragnęła zacząć od udowodnienia nowicjuszkom, jak marnie radzi sobie Egwene z przenoszeniem. — Uwolnij saidara. A teraz, dziewczynki...
Egwene dodała do tamtej błękitną kulę, potem brązową i szarą, wprawiając je w taniec wokół siebie wzajem.
— Wypuść Źródło — zażądała szorstko Idrelle.
Do kul przyłączyła się jeszcze żółta, biała i — na samym końcu — czerwona. Egwene szybko ozdobiła kule pierścieniami ognia, jedne wewnątrz drugich. Opasały z zewnątrz wirujące kule. Czerwoną stworzyła na samym początku, bo w zamyśle Egwene miała być najmniejsza, zielona miała być ostatnia i największa. Gdyby wybierała Ajah, przyłączyłaby się do Zielonych. W powietrzu, wokół siedmiu kul ognia, kręciło się siedem ognistych obręczy, każda w innym kierunku. W ich sercu nieprzerwanie trwał zawiły taniec. Jakkolwiek były blade i mętne, oglądane z zewnątrz składały się wszak na sugestywne przedstawienie, ponieważ Egwene dowodziła, że potrafi rozdzielić potok saidara na czternaście strumyków. Żonglerka Mocą nie była ani na jotę prostsza niż zwykła żonglerka.
— Przestań — wrzasnęła Idrelle. — Natychmiast! — Poświata saidara spowiła nauczycielkę, Egwene poczuła na plecach uderzenie strumienia Powietrza.