Pritalle zacisnęła dłoń na rękojeści sztyletu, aż kłykcie zbielały, z czego najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy.
— Skoro uważasz, że wiesz lepiej — oznajmiła chłodno może gdy skończymy, udasz się do Silviany.
Egwene uznała to za połowiczny sukces. Była pewna, że nie jej dotyczył gniew Pritalle.
— Spodziewam się po tobie stosownego zachowania oświadczyła jej następnego dnia z całą stanowczością Serancha Colvine. Właściwym słowem na oddanie wyglądu Szarej siostry było: „ściągnięta”. Ściągnięte usta, bez przerwy zmarszczony nos, jakby wciąż węszyła nieprzyjemny zapach. Nawet otoczenie bladoniebieskich oczu zdawało się ściągnięte w wyrazie dezaprobaty. Bez tego grymasu mogła z powodzeniem uchodzić za ładną. —- Zrozumiałaś?
— Zrozumiałam — odparła Egwene, sadowiąc się na taborecie, który postawiono naprzeciw krzesła z wysokim oparciem, należącego do Seranchy. Poranek ów należał do chłodnych, więc na kamiennym palenisku płonął niewielki płomień, Przełknij ból. Uczyń go częścią siebie.
— Odpowiedź nieprawidłowa — powiedziała Serancha. — Prawidłowa odpowiedź to ukłon i słowa: „Zrozumiałam, Serancha Sedai”. Zamierzam przygotować listę twych uchybień, którą zaniesiesz Silvianie, gdy skończymy. Rozpocznijmy od nowa. Zrozumiałaś, dziecko?
— Zrozumiałam — odrzekła Egwene, nie podnosząc się z taboretu. Twarz Seranchy oblała się purpurą... i tyle ze sławnej pogody ducha Aes Sedai. Lista w końcu liczyła cztery strony. Serancha podała ją kurczowo zaciśniętą dłonią. Poświęciła więcej czasu na pisanie niż na wykład! Tego spotkania nie można było uznać za sukces.
Potem była Adelorna Bastine. Zielona Saldaeanka roztaczała wokół siebie stateczną atmosferę, choć była szczupła i nie wyższa od Egwene. Cechowało ją przy tym iście królewskie, władcze obejście, które mogłoby onieśmielać, gdyby Egwene na to sobie pozwoliła.
— Dowiedziałam się, że sprawiasz kłopoty — rzekła, podnosząc oprawioną w kość słoniową szczotkę z małego inkrustowanego stolika obok krzesła, na którym siedziała. — Jeżeli spróbujesz sprawiać kłopoty mnie, przekonasz się, że wiem, jak zareagować.
Egwene przekonała się, nawet nie próbując sprawiać kłopotów. Trzy razy lądowała na kolanach Adelorny. Kobieta naprawdę umiała posłużyć się szczotką w innym celu niż czesanie włosów. A godzinną lekcję przeciągnąć do dwóch.
— Czy mogę już iść? — zapytała w końcu Egwene, ocierając spokojnie policzki chusteczką, która i tak była już mokra. Wetchnij ból. Wchłoń ogień. — Miałam przynieść wodę Czerwonym siostrom i nie chcę się spóźnić.
Adelorna spojrzała na szczotkę i skrzywiła się, następnie odniosła ją na stolik, który Egwene wcześniej dwukrotnie przewróciła kopniakiem. Potem wykrzywiła się, patrząc na Egwene, badając ją wzrokiem, jakby chciała zajrzeć w głąb serca.
— Szkoda, że w Wieży nie ma Cadsuane — wymruczała. — Myślę, że stanowiłabyś dla niej prawdziwe wyzwanie. — zdawało się, że w głosie zabrzmiała nuta szacunku.
Dzień ten pod pewnymi względami okazał się punktem zwrotnym. Choćby, dlatego, że Silviana postanowiła, iż Egwene dwukrotnie w ciągu dnia będzie poddawana Uzdrawianiu.
— Zdaje się, że obrywanie cięgów sprawia ci przyjemność, dziecko. To zwykły upór, którego nie zamierzam tolerować, Staniesz twarzą w twarz z rzeczywistością. Przy następnej wizycie w moim gabinecie przekonamy się, jak ci smakuje pas. — Mistrzyni Nowicjuszek podwinęła koszulę na plecach Egwene i urwała. — Uśmiechasz się? Czy powiedziałam coś śmiesznego?
— Przyszło mi po prostu do głowy coś zabawnego — odrzekła Egwene. — Nic ważnego. — Przynajmniej nie było to nic ważnego dla Silviany. Egwene nauczyła się, jak czynić ból częścią siebie. Rozgrywała wojnę, a nie pojedynczą bitwą i każda wizyta w gabinecie Silviany była oznaką, iż stoczyła kolejną walkę i nie uległa. Ból był krzyżem walecznych. Przy każdym uderzeniu pantofla wyła i wierzgała tak jak wcześniej, lecz gdy następnie osuszała policzki, nuciła sobie po cichu. Jak lekko nosi się krzyż walecznych.
W drugim dniu jej niewoli postawy nowicjuszek zaczęły się. zmieniać. Chyba Nicola oraz Areina, która znalazła zajęcie w stajniach i często przychodziła z wizytą do Nicoli — były tak blisko ze sobą że Egwene zastanawiała się, czy przypadkiem nie są przyjaciółkami od poduszki; głowy zawsze blisko, twarze tajemniczo uśmiechnięte — raczyły wszystkie pozostałe nowicjuszki opowieściami o Egwene. Dodając im pikanterii. W relacjach tych dwóch kobiet Egwene prezentowała się jako postać łącząca w sobie przymioty wszystkich legendarnych Aes Sedai plus Birgitte Srebrny Łuk oraz samej Amaresu, z Mieczem Słońca w dłoni, ruszającej do bitwy. Wydawało się, że połowę nowicjuszek Egwene napawała lękiem, podczas gdy druga połowa była na nią z jakiegoś powodu zła lub otwarcie ją lekceważyła. Niektóre naiwnie próbowały naśladować jej za chowanie na lekcjach, póki w końcu zalew odwiedzin w gabinecie Silviany nie położył kresu tym praktykom: trzeciego dnia południowy posiłek spożywało na stojąco ponad dwadzieścia czerwonych ze wstydu nowicjuszek. Była wśród nich Nicola,, Oraz — o dziwo — także Alvistere. Podczas kolacji liczba ich spadła do siedmiu, czwartego zaś dnia tylko Nicola i Cahicnianka jadły na stojąco. I taki był koniec całej historii.
Egwene przypuszczała, że niektóre tak mogą jej zazdrościć konsekwencji, że same stawały na baczność i gięły karki. Wbrew oczekiwaniom, wychodziło na to, że maleje liczba nowicjuszek jej niechętnych, a rosną zastępy tych, które ją szanują. Żadna nie próbowała się z nią zaprzyjaźnić, co też było dobrym znakiem. Mimo białych szat była Aes Sedai i nie wypadało jej wchodzić w bliższe relacje z nowicjuszkami. Zawsze istniało ryzyko, że przyjaciółka zadrze nosa i narobi sobie kłopotów. Nowicjuszki zaczęły przychodzić do niej po radę, po pomoc w odrabianiu lekcji. Z początku ledwie garstka, liczba ich wszak rosła z dnia na dzień. Pomagała im, co zazwyczaj sprowadzało się do umocnienia wiary dziewczyny w siebie, wytłumaczenia sensu rozwagi bądź na cierpliwym poprowadzeniu jej za rękę przez arkana wiedzy na temat sprawiających kłopoty splotów. Nowicjuszkom nie wolno było przenosić pod nieobecność Aes Sedai bądź Przyjętej, niemniej potajemnie prawie wszystkie lekceważyły zakaz, a Egwene mimo wszystko była siostrą. Tego rodzaju pomoc starała się wszak zdecydowanie ograniczać. Plotki o tym, co dzieje się na spotkaniach, musiały wyjść na jaw, a w efekcie do gabinetu Silviany nie trafi sama. Ona była na to gotowa, ale nie chciała narażać innych. Jeśli idzie zaś o rady... Nowicjuszkom, którym zabraniano kontaktów z mężczyznami, mogła powiedzieć tylko jedno. Choć napięcia pojawiające się między przyjaciółkami od poduszki bywały tak samo bolesne jak kłopoty z mężczyznami.
Pewnego wieczora, w drodze powrotnej z kolejnej wizyty w gabinecie Silviany podsłuchała rozmowę Nicoli z dwoma nowicjuszkami, które nie mogły mieć więcej niż piętnaście, szesnaście lat. Egwene pamiętała, jaka sama była w ich wieku. Choć zdawało się, że to już stulecia temu. Marah była krępą dziewczyną z Murandy, w jej niebieskich oczach drzemały ukryte chochliki. Namene była wysoką, szczupłą Domani, chichoczącą bez powodu.
— Zapytaj Matkę — powiedziała Nicola. Nieliczne nowicjuszki w ten sposób tytułowały Egwene, choć nie sposób było zetknąć się z tym tytułem nigdzie poza kwaterami kobiet w bieli. Były naiwne, ale nie do przesady. — Zawsze chętnie służy radą.
Namene zaśmiała się nerwowo i okręciła na pięcie.
— Nie chcę jej przeszkadzać.
— Poza tym — zaczęła Marah śpiewnie — ona zawsze udziela jednej rady i za każdym razem jest to ta sama rada.
— I to dobra rada. — Nicola podniosła dłoń i strzeliła palcami. — Słuchajcie Aes Sedai. Słuchajcie Przyjętych. Pracujcie ciężko. Coraz ciężej.