Выбрать главу

Egwene uśmiechnęła się i poszła do swojego pokoju. Gdy była prawowitą Amyrlin, nie zdołała nauczyć Nicoli właściwego zachowania, być może dokona tego w przebraniu nowicjuszki. Ciekawe.

Mogła służyć im w jeszcze jeden sposób — pociechą. Choć to pozornie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, wnętrze Białej Wieży faktycznie niekiedy się zmieniało. Ludzie gubili się, próbując odnaleźć drogę do komnat, w których bywali już dziesiątki razy. Ze ścian wychodziły kobiety albo w nich znikały, często odziane w suknie o starodawnym kroju, niekiedy w cudacznych kostiumach, w szatach, które wyglądały po prostu na długie, jaskrawo farbowane tkaniny, owinięte wokół ciała, w wyszywanych płaszczach do kostek, pod które, co jeszcze bardziej zdumiewające, wkładały szerokie spodnie. Światłości, jak którakolwiek kobieta mogłaby nałożyć suknię całkowicie ukazującą łono? Egwene przedyskutowała te sprawy z Siuan w Tel’aran’rhiod i wiedziała, że to oznaki zbliżania się Tarmon Gai’don. Nieprzyjemna myśl, w tej kwestii wszakże nic nie mogła zrobić. Co się stało, nie odstanie się, poza tymi pierwszym zwiastunem Ostatniej Bitwy był przecież sam Rand. Siostry w Wieży musiały wiedzieć, co to wszystko oznacza, ale pochłonięte własnymi sprawami nie miały czasu dla nowicjuszek, które płakały ze strachu. Pocieszać je próbowała Egwene.

— Świat jest pełen niezwykłych cudów — zapewniała jasnowłosą Coride, która łkała, z twarzą wciśniętą w poduszkę. Młodsza od niej zaledwie o rok, Coride mimo półtora roku spędzonego w Wieży, była nadal dziewczynką.

— Cóż dziwnego, że niektóre z nich zdarzają się w Białej Wieży? Czy mogłoby zresztą istnieć lepsze miejsce? — W obecności dziewczyn nie wspominała nigdy o Ostatniej Bitwie. To z pewnością nie byłaby żadna pociecha.

— Ale ona przeszła przez ścianę! — zawodziła Coride, unosząc głowę. Miała czerwone wypieki na twarzy, policzki mokre od łez. — Przeszła przez ścianę! I żadna z nas nie potrafiła odnaleźć klasy, Pedra też, i się na nas rozgniewała. Pedra nie złości się nigdy. Ona też się przestraszyła!

— Założę się jednak, że Pedra nie zaczęła płakać. — Egwene siadła na krawędzi łóżka dziewczyny, zadowolona, że udało jej się nie skrzywić z bólu. Materace nowicjuszek nie słynęły z wygody. — Zmarli nie mogą wyrządzić żadnej krzywdy żywym, Coride. Nie mogą nawet nas dotknąć. Zdaje się, że nas zupełnie nie zauważają. Poza tym to tylko nowicjuszki bądź służące Wieży z dawnych czasów. Był to kiedyś ich dom tak samo, jak teraz jest nasz. Jeśli zaś idzie o komnaty i korytarze, które znajdują się tam, gdzie nie powinny, nie zapominaj, że Wieża to miejsce dziwów. Pamiętaj o tym, wtedy przestaniesz się ich bać.

Według Egwene brzmiało to nieprzekonująco, mimo to Coride otarła oczy i przyrzekła, że nie będzie się już bać. Niestety, podobne lęki gościły w głowach stu i dwóch nowicjuszek takich jak ona i nie wszystkie można było równie łatwo pocieszyć. Co tylko pogłębiło niechęć Egwene wobec sióstr z Wieży.

Lekcje, pocieszanie nowicjuszek i kary wymierzane ręką Mistrzyni Nowicjuszek nie wypełniały jej dni bez reszty, choć kar — rzecz jasna — było co dzień okropnie dużo. Silviana miała rację, wątpiąc pierwszego dnia, by Egwene zostało wiele wolnego czasu. Nowicjuszki zawsze miały dużo obowiązków. Niejednokrotnie były to prace pozorne, ponieważ Wieżę obsługiwała służba w liczbie ponad tysiąca mężczyzn i kobiet, nie licząc pracowników tymczasowych, wszelako od zawsze w Wieży obowiązywała doktryna, iż praca fizyczna wzmacniała charakter. Poza tym uważano, że dzięki niej nowicjuszki będą zbyt zmęczone, aby myśleć o mężczyznach. Problem w tym, że Egwene obciążano większą liczbą obowiązków niż pozostałe nowicjuszki. Niektóre prace przydzielone zostały przez siostry, widzące w niej uciekinierkę, inne przez, Silvianę, która żywiła nadzieję, iż dzięki temu utemperuje „buntowniczy” charakter Egwene.

Codziennie po jednym z posiłków za pomocą soli kuchennej i drucianych szczotek szorowała brudne garnki w głównej kuchni. Czasami do kuchni wtykała głowę, Laras, ale nigdy nie odezwała się słowem. Nigdy też nie posłużyła się wobec niej swoją długą łyżką, nawet w chwilach, gdy Egwene, zamiast szorować, masowała krzyż, obolały od nachylania się nad garnkami. Laras hojną ręką wymierzała klapsy pomywaczkom i podkuchennym, które próbowały płatać Egwene figle, jak to miały w zwyczaju w przypadku nowicjuszek wysyłanych do pracy w kuchni. Laras wprawdzie głośno oznajmiała za każdym razem, kiedy uderzyła kogoś, kto naprzykrzał się, Egwene, że powodem jest uchylanie się od pracy, niemniej Egwene zauważyła, że w wymierzaniu kar była znacznie bardziej powściągliwa, gdy ktoś prawdziwej nowicjuszce dokuczał lub wylewał jej kubek zimnej wody za kołnierz. Wychodziło na to, że ma swego rodzaju sprzymierzeńca. Gdyby tylko wiedziała, jak to wykorzystać.

Nosiła wodę na koromysłach: do kuchni, do kwater nowicjuszek, do kwater Przyjętych, wreszcie całą drogę do apartamentów Ajah. Dostarczała posiłki do komnat sióstr, grabiła ogrodowe ścieżki, wyrywała chwasty, była u sióstr na posyłki, dyżurowała przy Zasiadających Komnaty, zamiatała i myła posadzki, szorowała posadzki na kolanach, a to bynajmniej nie wyczerpywało listy jej prac. Nigdy nie uchylała się od tych obowiązków, po części, dlatego, by nikt nie mógł nazywać jej leniwą. Widziała w tych obowiązkach rodzaj kary, że nie przygotowała właściwie operacji przemiany łańcucha zatoki w cuendillara. Pokutę należy odprawiać z godnością. W każdym razie z taką godnością, na jaką stać szorującą podłogi.

Poza tym odwiedziny w kwaterach Przyjętych dawały sposobność przekonania się, jak one ją postrzegają. W Białej Wieży żyło trzydzieści jeden Przyjętych, lecz zawsze jakieś udzielały lekcji nowicjuszkom, inne same uczestniczyły w zajęciach. Dlatego nieczęsto zdarzało jej się zastać więcej niż dziesięć bądź dwanaście Przyjętych w ich kwaterach wokół dziewięciokondygnacyjnych krużganków, otaczających niewielki ogród. Wieść o jej przybyciu niosła się jednak szybko i nigdy nie brakowało jej audytorium. Z początku kilka próbowało zasypać ją gradem poleceń, zwłaszcza Mair, pulchna i błękitnooka Arafelianka, i Asseil, Tarabonianka o zimnych oczach i brązowych włosach. Kiedy przybyła do Wieży, obie były nowicjuszkami, a gdy ją opuszczała, zazdrościły tak szybkiego wyniesienia do rangi Przyjętej. W ich wypadku, co drugie zdanie zaczynało się od „Przynieś.,.” bądź „Zanieś...”. Dla nich wszystkich, Egwene była tą „nowicjuszką”, która sprawiła najwięcej kłopotów, „nowicjuszką”, która uważała się za Zasiadającą na Tronie Amyrlin. Dźwigała kubły wody, aż do bólu w karku, bez słowa skargi. Nie godziła się wszakże słuchać wydawanych przez nie poleceń. Co oczywiście mnożyło liczbę jej odwiedzin w gabinecie Mistrzyni Nowicjuszek. W miarę upływu dni, gdy okazało się, że bezustanne wędrówki do gabinetu Silviany nie przynoszą żadnego skutku, liczba poleceń malała, aż w końcu tamte dały za wygraną. Asseil czy Mair z natury nie były podłe, chciały tylko zachować się jak należy, wziąwszy pod uwagę okoliczności, i znalazły się w kropce, nie wiedząc, co zrobić z Egwene.

Niektóre Przyjęte też lękały się spotkań z umarłymi i zmian w układzie architektonicznym Wieży, więc ilekroć widziała pobladłe twarze lub oczy pełne łez, powtarzała to samo, co mówiła do nowicjuszek. W takich wypadkach wprawdzie rzadko zwracała się bezpośrednio do pocieszanej, ponieważ to mogło wywołać odwrotną reakcję, tylko starała się o wrażenie, jakby wszystko tłumaczyła samej sobie. Sposób ten sprawdzał się zarówno w wypadku Przyjętych, jak i nowicjuszek. Gdy zaczynała mówić, często wiele podrywało się na równe nogi bądź otwierało usta, jakby chciały powiedzieć, żeby była cicho, ostatecznie żadna tego nie czyniła — po chwili przychodził namysł. Ostatnio, gdy wchodziła na teren kwater Przyjętych, tamte wciąż pojawiały się na obramowanych kamienną balustradą galeryjkach, ale teraz tylko patrzyły w milczeniu, jakby zastanawiając się, kim naprawdę jest. W końcu postanowiła nauczyć je, kim naprawdę jest. Nauczyć tego nowicjuszki oraz siostry.