Выбрать главу

Kobieta w bieli, posługująca Zasiadającym Komnaty oraz siostrom i zazwyczaj stojąca cicho w kącie, mimo iż ostatecznie taka nieznośna, wkrótce stała się częścią umeblowania. Na jej widok zmieniały temat rozmowy, udało jej się posłyszeć dość, aby się zorientować w intrygach, zazwyczaj wyrastających z małostkowej chęci odwetu na innych Ajah. Zastanawiające było, że większość sióstr zdawała się uważać inne Ajah Wieży za gorszych wrogów niż siostry z obozu poza murami miasta, a Zasiadające Komnaty nie były lepsze. Niejednej miała ochotę, dać klapsa. Co prawda, to dobrze wróżyło wzajemnym stosunkom, kiedy siostry wrócą do Wieży, jednak...

Udało jej się podsłuchać, co nieco o innych sprawach. Na przykład o klęsce, która spotkała ekspedycję skierowaną przeciw Czarnej Wieży. Wydawało się, że niektóre siostry nie wierzą, tym pogłoskom i próbują same siebie oszukiwać, iż coś takiego nie mogło się zdarzyć. Kolejne siostry wzięto do niewoli po walnej bitwie i jakimś sposobem zmuszono do zaprzysiężenia wierności Randowi. Egwene już wcześniej żywiła podobne podejrzenia, a kiedy się potwierdziły, zareagowała na nie równą niechęcią, jak niechęć sióstr, którym Asha’mani nałożyli więzi zobowiązań. Fakt, że Rand był ta’veren, Smokiem Odrodzonym, nie stanowił dostatecznego wytłumaczenia. Nigdy w dziejach żadna Aes Sedai nie przysięgała na wierność żadnemu mężczyźnie. Siostry oraz Zasiadające Komnaty spierały się, kto był temu winien. Najcięższe zarzuty padały pod adresem Randa i Asha’manów. Wszakże jeszcze jedno imię przewijało się w niemal każdej rozmowie. Elaida do Avriny a’Roihan. Dużo też słyszała o samym Randzie, o tym, jak go odnaleźć, zanim nadejdzie Tarmon Gai’don. Wiedziały, że się zbliża, mimo iż nie robiły nic w sprawie uspokojenia nowicjuszek oraz Przyjętych i rozpaczliwie pragnęły dostać Randa w swoje ręce.

Czasami ryzykowała komentarz — tu wzmianka, że Shemerin wbrew wszelkim zwyczajom odarto z szala, tam sugestia, iż edykt Elaidy w sprawie Randa był najlepszym pod słońcem sposobem sprowokowania go. Wyrażała się ze współczuciem o siostrach, które zostały wzięte do niewoli przez Asha’manów, a także o tych, które pojmano pod Studniami Dumai — padało przy tym imię Elaidy — bądź ubolewała nad zaniedbaniami, które doprowadziły do tego, iż wspaniałe ongiś ulice Tar Valon przemieniły się w gnijący śmietnik. Wtedy nie musiała już wymieniać imienia, Elaidy — dobrze wiedziały, kto był odpowiedzialny za Tar Valon. Czasami komentarze te kończyły się nadprogramowymi odwiedzinami w gabinecie, Silviany. Czasami zaś dodatkowymi obowiązkami. Zadziwiające było, że nie zawsze. Zwracała baczną uwagę na siostry, które ograniczały się do upominania jej, by siedziała cicho. Lub — jeszcze lepiej — nic nie mówiły. Niektóre nawet kiwały głową na znak zgody, zanim się zorientowały, co robią.

Dodatkowe obowiązki owocowały zaskakującymi spotkaniami.

Rankiem drugiego dnia pobytu w Wieży za pomocą długiego, bambusowego czerpaka czyściła stawy w Wodnym Ogrodzie. Poprzedniej nocy spadł ulewny deszcz, a po ciężkich wichurach, pośród jasnozielonych liści lilii oraz pączkujących irysów wodnych zaległy liście i trawa; znalazła nawet martwego wróbla, którego pieczołowicie pochowała na jednym z kwietnych ganków. Para Czerwonych sióstr zajęła miejsce na jednym z łukowato sklepionych mostków, przechylały się ponad kamienną balustradą o koronkowych rzeźbieniach i przyglądały się jej oraz rybom, które wirowały w wodzie w tańcu z czerwieni, złota oraz bieli. Kilka wron wzbiło się w powietrze z gałęzi skórzanego liścia i poszybowało na północ. Wrony! W myśl założeń tereny Wieży winny być bacznie strzeżone przed krukami i wronami. Wyglądało na to, że Czerwone nic nie zauważyły.

Siedziała w kucki na brzegu jednego ze stawów, zmywając z rąk brud po pogrzebie nieszczęsnego ptaka, kiedy pojawiła się Alviarin owinięta ściśle szalem z białymi frędzlami. Jakby poranek był w dalszym ciągu wietrzny, a na niebie nie świeciło słońce. Oto trzeci już raz napotykała Alviarin i znowu samą, nie zaś w towarzystwie innych Białych, które wszak gromadkami kręciły się po korytarzach. Czy należy się w tym dopatrywać jakiejś wskazówki? Jeżeli nawet, nie potrafiła sobie wyobrazić, o co może chodzić. Chyba że chodziło o ostracyzm Alviarin ze strony jej Ajah. Z pewnością zgnilizna nie doszła tak głęboko.

Alviarin wystarczył rzut oka na Czerwone. Zaczęła zbliżać się do Egwene, idąc wzdłuż wyłożonej grubym żwirem ścieżki, która wiła się pomiędzy stawami.

— Nisko upadłaś — odezwała się, kiedy znalazła się bliżej — Musi cię to bardzo boleć.

Egwene wyprostowała się i wytarła brudne ręce w spódnicę, następnie uniosła czerpak.

— Nie ja jedna. — Przed świtem odbyła kolejną sesję z Silvianą, a kiedy wychodziła z gabinetu, Alviarin czekała pod drzwiami na swoją kolej. To był codzienny rytuał Białej siostry i temat niekończących się plotek w kwaterach nowicjuszek, w których spekulowano nad przyczyną.

— Mama zawsze mówiła, żebym nie płakała nad rozlanym mlekiem. W tych okolicznościach to chyba dobra rada.

Na policzkach Alviarin pojawiły się słabe rumieńce.

— Wydaje mi się jednak, iż płakałaś całkiem sporo. Bez przerwy, według wszelkich doniesień. Na pewno wyrwałabyś się z tego, gdybyś mogła.

Egwene ujęła szczotką kolejny dębowy liść i zmiotła go do drewnianego skopka pełnego wilgotnej ściółki.

— Twoja lojalność wobec Elaidy nie ma zbyt mocnych podstaw, nieprawdaż?

— Dlaczego tak mówisz? — spytała Alviarin z niedowierzaniem. Spoglądając na dwie Czerwone, które, jak się zdawało, poświęcały w tej chwili więcej uwagi rybom niż Egwene, podeszła bliżej, zniżając głos do szeptu.

Egwene wybrała czerpakiem długie źdźbła trawy, które musiały pochodzić z równiny poza rzeką. Czy pora teraz wspominać o liście, jaki ta kobieta napisała do Randa? Obiecywała w nim, praktycznie rzecz biorąc, że złoży mu Białą Wieżę u stóp. O nie, taka informacja może okazać się bezcenna, należała wszak do tego rodzaju rzeczy, którymi posłużyć się można tylko raz.

— Pozbawiła cię stuły Opiekunki i skazała na pokutę. To niewielka zachęta do lojalności.

Twarz Alviarin była nadal gładka, jednak ramiona wyraźnie opadły. Rzadko zdarzało się, by Aes Sedai okazywała tak wiele uczuć. Zapewne odczuwa niezwykłe skrępowanie, skoro do lego stopnia traci panowanie nad sobą. Znowu zerknęła w stronę Czerwonych. — Rozważ tę sytuację — powiedziała głosem niemal zniżonym do szeptu. — Jeżeli szukasz drogi ucieczki przed konsekwencjami, cóż, być może ją znajdziesz.

— Jestem zadowolona z sytuacji, w której się znalazłam — odparła Egwene z prostotą. Alviarin uniosła brwi z niedowierzaniem, znowu patrząc w kierunku Czerwonych — jedna z nich przestała przyglądać się rybom i zwróciła spojrzenie w ich kierunku, — po czym odeszła, bardzo szybko, prawie biegiem.

Przychodziła co dwa, trzy dni w czasie, gdy Egwene wykonywała swe obowiązki i choć nigdy otwarcie nie zaproponowała pomocy w ucieczce, często używała tego słowa, kiedy zaś Egwene najwyraźniej nie chciała chwycić przynęty, zaczęła zdradzać objawy frustracji. Bo była to — oczywiście — przynęta. Egwene nie ufała tej kobiecie. Być może chodziło o ten list, napisany zapewne tylko po to, by ściągnąć Randa do Wieży, w szpony Elaidy, może zaś o to, że cały czas wyczekiwała, aż Egwene zrobi pierwszy ruch — najlepiej jakby zaczęła żebrać. Wtedy zapewne Alviarin zaczęłaby stawiać warunki. W każdym razie nie miała najmniejszego zamiaru uciekać, chyba że nie będzie miała innego wyboru, więc zawsze udzielała tej samej odpowiedzi: