— Jak postępują roboty w zatoce?
— Opieszale, Matko.
Wraz ze zdławieniem handlu miasto stanęło prawie na krawędzi głodu. I wkrótce zacznie głodować, jeżeli ujścia zatok nie zostaną otwarte. Nawet odcięcie żelaznej części łańcucha w Południowej Przystani nie sprawiło, że do Tar Valon zaczęła docierać odpowiednia liczba statków. Kiedy Tarna wreszcie zdołała przekonać Elaidę o zaistniałej konieczności, ta rozkazała rozebrać wieże, aby dzięki temu dało się usunąć owe olbrzymie kawałki cuendillara. Niemniej, podobnie jak mury miasta, wieże zostały wzniesione i umocnione przy użyciu Mocy i tylko Moc potrafiła je rozebrać. Zadanie nie było łatwe. Pierwotni mularze zrobili dobrą robotę, a te osłony jak dotąd nie osłabły ani o włos.
— Na razie Czerwone wykonują większość roboty. Siostry z innych Ajah przychodzą i odchodzą, zawsze jest ich nie więcej niż kilka. Spodziewam się, że to się wkrótce zmieni. — Rozumiały konieczność, jakkolwiek było to niemiłe, siostrom nie przypadała do gustu tego rodzaju praca. Z pewnością Czerwone, które wykonywały większą część zadań, utyskiwały, rozkaz wszakże pochodził z ust Elaidy, co dzisiaj wywierało niestety skutek poniekąd odwrotny.
Elaida westchnęła ciężko, po czym pociągnęła długi łyk z pucharu. Wydawało się, że tego było jej trzeba. Ręka zacisnęła się na pucharze tak silnie, że na skórze uwydatniły się ścięgna. Przeszła po wzorzystym, jedwabnym dywanie i podeszła do Tarny, jakby miała zamiar ją uderzyć.
— Znów mi się sprzeciwiają. Znowu! Wymuszę na nich posłuszeństwo, Tarna. Zrobię to! Zapisz mój rozkaz, a gdy go podpiszę i opieczętuję, wyślij zaraz do wszystkich kwater Ajah. — Przystanęła, nieomal zderzywszy się czołem z Tarną. Jej ciemne oczy lśniły jak u kruka. — Zasiadające Komnaty każdej Ajah, które nie zdołają wydelegować sióstr do stosownego udziału w pracach przy wieżach łańcucha, codziennie będą odbierać chłostę z rąk Silviany, do chwili, gdy bieg spraw przybierze właściwy obrót. Codziennie! I to samo stanie się z Zasiadającymi Komnaty Ajah wszelkiej maści, które wysyłają siostry na te... te rozmowy. Napisz to i zostaw mi do podpisu!
Tarna wzięła głęboki oddech. Kary mogły przynieść skutek, ale niekoniecznie oczekiwany, zależnie od tego, w jakim usposobieniu znajdowały się Zasiadające Komnaty. Nie sądziła, by w głowach Ajah doszło do takiego pomieszania pojęć, że mogą w ogóle odmówić zgody na przyjęcie pokuty. Oznaczałoby to z pewnością koniec Elaidy, być może koniec Wieży. Jednak publiczne ogłoszenie rozkazu, bez pozostawienia siostrom choćby możliwości dyskusji pozwalającej na zachowanie godności, było niewłaściwą drogą postępowania. W rzeczywistości wielce prawdopodobne, że była to najgorsza z dróg.
— Gdybym mogła coś zaproponować... — zaczęła zdanie z taką delikatnością, na jaką było ją stać, a nie słynęła z delikatności.
— Daruj sobie — ucięła Elaida ostro. Pociągnęła kolejny długi łyk i opróżniła puchar do końca. Przeszła po dywanie do stoliczka, aby go znowu napełnić. Ostatnio za dużo piła. Tarna nawet raz widziała ją pijaną! — Jak Silviana radzi sobie z tą dziewczyną al’Vere? — zagadnęła, po raz kolejny napełniając puchar.
— Niemal połowa dnia Egwene upływa na wizytach w gabinecie Silviany, Matko. — Starała się, aby ton jej głosu zabrzmiał neutralnie. Elaida zapytała o młodą kobietę po raz pierwszy, odkąd ta została pojmana dziewięć dni wcześniej.
— Aż pół dnia? Moim pragnieniem było, by utemperowano jej charakter stosownie do rygorów panujących w Wieży Nie było wszak moją wolą łamać jej charakteru.
— Cóż... wątpię, aby zdołano ją złamać, Matko. Już Silviany w tym głowa. — Pozostawała jeszcze kwestia samej dziewczyny. Ta historia jednak nie była przeznaczona dla uszu Elaidy. Tarna miała już dość krzyków. Nauczyła się unikać tematów, które owocowały jedynie wrzaskiem. Niewypowiedziane sugestie i rady były tak samo bezużyteczne, jak te, które ignorowano, a Elaida zawsze je ignorowała. — Egwene jest uparta, spodziewam się jednak, że wkrótce musi dojść do właściwych wniosków. — Musiała. Wysiłki Galiny, które zmierzały do wybicia jej z głowy uporu, w dziesiątej części nie dorównywały staraniom, jakie Silviana czyniła w stosunku do Egwene. Dziewczyna wkrótce będzie musiała się poddać.
— Świetnie — mruknęła Elaida. — Wyśmienicie. — Spojrzała przez ramię. Twarz jej była maską spokoju. Oczy w dalszym ciągu lśniły. — Wpisz jej imię na listę tych, które mają u mnie pełnić służbę. Najlepiej już od dzisiejszego wieczoru. Może podać kolację dla mnie i dla Meidani.
— Uczynię, jak każesz, Matko. — Kolejna wizyta u Mistrzyni Nowicjuszek wydawała się nieunikniona, ale bez cienia wątpliwości Egwene czekałaby dokładnie taka sama liczba wizyt, gdyby nie trafiła do Elaidy.
— Teraz poproszę o raporty, Tarna. — Elaida ponownie usiadła na krześle, założyła nogę na nogę.
Odstawiwszy z powrotem na tacę puchar, w którym ledwie umoczyła usta, Tarna ujęła teczkę i zasiadła na krześle, na którym wcześniej spoczywała Meidani.
— Wygląda na to, że odnowione osłony odstraszają szczury. Matko. — Inną kwestią było, na jak długo; sama codziennie sprawdzała te osłony. — Ale na terenie Wieży widywano kruki i wrony, zatem osłony na murach muszą...
W promieniach południowego słońca rozigrane plamki światła tańczyły na ziemi pod gałęziami wysokich liściastych drzew — las porastały głównie skórzane liście i tulipanowce, wśród nich gdzieniegdzie strzelały ku niebu topole oraz masywne sosny. Jakiś czas temu tereny te musiała nawiedzić sroga burza, ponieważ powalone pnie układały się w jednym kierunku tak, że wystarczyło tylko odciąć kilka gałęzi toporkiem, by zyskać znakomite miejsce na obozowisko. Rzadkie poszycie umożliwiało skuteczną obserwację na wszystkie strony, niedaleko po omszałych kamieniach pluskając, pomykał wąski, czysty strumień. Miejsce na obozowisko byłoby znakomite, gdyby nie fakt, że Mat starał się pokonać każdego dnia jak najwięcej drogi, pozostawał, więc krótki popas, podczas którego zjedzą i dadzą odpocząć koniom. Od Gór Damonas wciąż dzieliło ich trzysta mil, a postanowił dotrzeć do nich w ciągu tygodnia. Vanin powiedział, że zna przełęcz przemytników — tylko z plotek; przypadkiem coś mu wpadło w ucho, niemniej, rzecz jasna, znajdzie ją bez najmniejszych trudności — dzięki której dwa dni później znajdą się w Murandy. Znacznie bezpieczniejsza trasa niż próba jazdy na północ do Andoru albo na południe w kierunku Illian. W obu wypadkach za bardzo oddalaliby się od stosunkowo bezpiecznych terenów i dodatkowo ryzykowali spotkanie Seanchan.
Mat przeżuł ostatni kąsek mięsa z króliczego udka i rzucił kostkę na ziemię. Siwiejący Lopin w zaambarasowaniu głaszcząc brodę, zaraz się na nią rzucił, żeby podnieść i wrzucić do schludnego dołu, który on i Nerim wykopali w pokrytej ściółką ziemi, choć oczywiste było, że pół godziny po ich odjeździe zwierzęta go rozgrzebią. Wstał, wytarł dłonie w spodnie. Tuon, która po drugiej stronie ogniska skubała udko głuszca, obrzuciła go znaczącym spojrzeniem, uniosła brwi, równocześnie przekazując coś mową palców Selucii, sycącej apetyt całą połówką ptaka. Z pełnymi ustami trudno coś odpowiedzieć, więc właścicielka wydatnych piersi tylko parsknęła. Głośno. Nie pozostawało nic innego, jak spojrzeć Tuon w oczy i demonstracyjnie znów wytrzeć dłonie w spodnie. Poszedłby do strumienia, gdzie myły ręce Aes Sedai, ale — tak czy siak — gdy dotrą do Murandy, nikt nie będzie miał nieskazitelnie czystego ubrania. Poza tym, kiedy kobieta przez cały czas nazywała człowieka Zabaweczką, należało korzystać z każdej okazji, by jej dowieść, że nie jest się niczyją igraszką. Pokręciła głową, palce znowu zamigotały. Tym razem Selucia roześmiała się, i Mat poczuł, jak twarz oblewa mu szkarłat. Potrafił sobie wyobrazić dwie, trzy rzeczy, o których mogły rozmawiać i żadnej nie chciałby usłyszeć wypowiedzianej na głos.