Przede wszystkim, dlatego, że rany od miecza, które odniósł w Maderin, naprawdę bolały. Kilka zaogniło się, choć — jak dotąd — zdołał ukryć ten fakt przed towarzyszami. Litości nad sobą nie znosił w takim samym stopniu, co stosowania wobec niego Mocy. Lopin i Nerim pozszywali go najlepiej, jak potrafili, na Uzdrawianie zaś się nie zgodził, mimo iż wszystkie trzy Aes Sedai nie na żarty go zamęczały. Był zaskoczony, że najbardziej nieznośna okazała się właśnie Joline — aż ręce załamywała z rozpaczy, gdy nie miał zamiaru ulec. Tuon sprawiła mu następną niespodziankę.
— Nie bądź głupi, Zabaweczko — zaciągała, stojąc nad nim w jego namiocie z rękoma splecionymi na piersiach; tymczasem Lopin i Nerim z igłami pochylali się nad ranami, a Mat zgrzytał zębami. Zaborcza atmosfera, jaką rozsiewała wokół siebie Tuon, zachowująca się niczym właścicielka dbająca, aby odpowiednio naprawiono jej własność, sama w sobie wystarczała, żeby zgrzytać zębami, o igłach nie wspominając. Poza tym był rozebrany do bielizny! Tak po prostu weszła sobie do środka i widać było, że nie da się dobrowolnie usunąć, poza tym nie miał zamiaru ryzykować przemocy wobec kobiety, która Z łatwością mogła mu złamać rękę.
— Uzdrawianie to zupełnie cudowna rzecz. Moja Mylen się na tym wyznaje, inne też nauczyłam. Oczywiście wielu ludzi reaguje głupim lękiem na myśl o dotknięciu Mocy. Połowa mojej służby zemdlałaby na samą myśl, większość Krwi również, więc niby nie powinnam być zaskoczona. Ale po tobie się tego nie spodziewałam. — Niechby miała bodaj czwartą część tych doświadczeń z Aes Sedai co on.
Zjechali z drogi wiodącej z Maderin, jakby kierowali się na Lugard, a potem, gdy tylko ostatnie farmy zniknęły im z oczu, skręcili w las. W momencie, kiedy znikali wśród drzew, kości znowu zaczęły toczyć się w jego głowie. To była druga rzecz odpowiedzialna za jego kiepski nastrój — od dwu dni przeklęty grzechot kości w głowie. Poza tym las nie wydawał się najlepszym miejscem na rozstrzygnięcie, które sprawi, że się zatrzymają. Cóż ważnego może się zdarzyć w lesie? Mimo to trzymał się z dala od siół, które mijali. Wcześniej czy później, kości się zatrzymają, mógł tylko czekać.
Tuon i Selucia poszły umyć się w strumyku, przez cały czas migając do siebie palcami. Pewien był, że rozmawiają o nim. Kiedy kobiety nachylały głowy ku sobie, można było być pewnym…
Amathera krzyknęła i wszystkie głowy zwróciły się w jej stronę. Mat zorientował się, o co chodzi w tym samym momencie, w którym zareagował Juilin — długi na dobre siedem stóp czarny wąż ześlizgiwał się szybko z kłody. Leilwin zaklęła i z dobytym mieczem skoczyła na równe nogi, lecz Juilin, jako się rzekło, był szybszy. Dobył z pochwy krótki miecz i rzucił się za wężem tak energicznie, że z głowy spadł mu czerwony stożkowaty kapelusz.
— Zostaw go, Juilin — powiedział Mat. — Ucieka przed nami. Zostaw. — Stworzenie najprawdopodobniej miało pod tą kłodą swoją jamę i przestraszyło się obecności ludzi. Na szczęście czarne piki prowadziły samotny tryb życia.
Juilin wahał się przez moment, wreszcie najwyraźniej doszedł do wniosku, że uspokojenie roztrzęsionej Amathery jest ważniejsze niż ściganie węża.
— Ktoś wie może co to za gatunek? — zapytał, splatając ramiona na piersiach. Mimo wszystko był człowiekiem z miasta. Mat poinformował go i przez chwilę znów się zdawało, że może jednak za nim pogoni. Zdecydował inaczej... Mądrze. Czarne piki były szybkie jak błyskawice, a z krótkim mieczem trzeba było podejść blisko. W każdym razie Amathera tuliła się do niego tak mocno, że donikąd by nie pobiegł.
Mat zdjął swój kapelusz z końca drzewca wbitego ostrzem w ziemię ashandarei i nasadził na głowę.
— Marnujemy światło dnia — oznajmił, nie wyjmując cybucha z ust. — Czas, byśmy ruszali. Nie grzeb się, Tuon. Twoje ręce są już dość czyste. — On sam próbował mówić do niej „Skarbie”, ale od czasu, gdy w Maderin jednostronnie proklamowała swoje zwycięstwo w tej grze, udawała, że nie słyszy jego słów, kiedy się tak zwracał.
Oczywiście, w ogóle się nie spieszyła. Zanim wróciła na miejsce postoju i wytarła dłonie w mały ręcznik, który Selucia zazwyczaj suszyła na łęku swojego siodła, Nerim, z Lopinem zakopali dół na odpadki, spakowali resztki posiłku, schowali je w jukach Nerima i zalali ogień wodą ze strumyka, przyniesioną w skórzanych składanych wiadrach. Z ashandarei w dłoni Mat gotów był dosiąść Oczka.
— Dziwnym jest człowiek, który spokojnie pozwala oddalić się jadowitym wężom — powiedziała Tuon. — Wnioskując z reakcji tego człowieka, czarna pika jest jadowita, nieprawdaż?
— Bardzo — poinformował ją. — Ale węże nie kąsają niczego, czego nie mogą zjeść, chyba że czują się zagrożone. — Wsadził stopę w strzemię.
— Możesz mnie pocałować, Zabaweczko.
Zadrżał. Ponieważ przemówiła zupełnie swobodnym głosem, wszystkie oczy spoczęły na nich. Twarz Selucii była do lego stopnia pozbawiona wyrazu, że trudno już o bardziej dobitny wyraz dezaprobaty.
— Teraz? — zapytał. — Kiedy zatrzymamy się na noc, możemy pójść na spacer i...
— Do wieczora mogę zmienić zdanie, Zabaweczko. Nazwij to kaprysem, łaską damy dla człowieka, który pozwala odejść w spokoju jadowitym wężom. — Może dla niej był to kolejny omen?
Zdjął kapelusz, ponownie wbił czarną włócznię w ziemię, wyjął fajkę z ust i pocałował ją skromnie w pełne usta. Pierwszy pocałunek powinien być delikatny. Nie chciał, by uznała go za natręta czy brutala. W końcu nie była tawernianą dziewką, którą bawią klapsy i łaskotki. Poza tym prawie namacalnie czuł na sobie wszystkie spojrzenia. Ktoś się zaśmiał. Selucia przewróciła oczami.
Tuon zaplotła ramiona na piersiach i spojrzała na niego spod długich rzęs.
— Czy przypominam ci w czymś twoją siostrę? — zapytała groźnie. — A może matkę? — Ktoś się zupełnie otwarcie roześmiał. I nie on jeden.
Mat ponuro wystukał fajkę o obcas buta, po czym wsunął ją do kieszeni kaftana. Odwiesił kapelusz na koniec drzewca, ashandarei. Jeżeli chce prawdziwego pocałunku... Czy wcześniej naprawdę wyobrażał sobie, że będzie zbyt drobna w jego ramionach? Była szczupła — prawda — i filigranowa, ale mieściła się idealnie w jego uścisku. Pochylił się nad nią. Nie była pierwszą kobietą, którą całował. Wiedział, jak to się robi. Ale o dziwo — a może wcale nie — ona nie wiedziała. Była wszak pojętną uczennicą. Bardzo pojętną.
Kiedy na koniec ją puścił, przez chwilę stała, patrząc na niego i próbując odzyskać dech w piersiach. Wreszcie oddech powrócił, cokolwiek przyspieszony. Metwyn zagwizdał z podziwem. Mat uśmiechnął się. A co ona sobie myśli o ewidentnie pierwszym prawdziwym pocałunku w życiu? Mimo to próbował się nie uśmiechać zbyt szeroko. Nie chciał, żeby pomyślała sobie, iż triumfuje.
Musnęła koniuszkami palców jego policzek.
— Tak też myślałam — powiedziała głosem jak lejący się miód. — Masz gorączkę. W twoje rany musiała wdać się infekcja.
Mat zamrugał. Pocałował ją tak, że dreszcz powinien ją przeszyć od stóp do głów, a ona myśli tylko o jego rzekomej gorączce? Znowu pochylił się nad nią — tym razem nie będzie w stanie ustać na nogach! — ale odepchnęła go dłonią.
— Selucia, przynieś szkatułkę z maściami, którą dostałam od pana Luki — rozkazała. Selucia pobiegła szukać czarno-białego wierzchowca Tuon.
— Nie mamy teraz czasu — protestował Mat. — Nasmaruję się wieczorem. — Równie dobrze mógłby w ogóle się nie odzywać.