— Rozbierz się, Zabaweczko — powiedziała tym samym łonem, jakiego używała wobec swej pokojówki. — Maść szczypie, jednak spodziewam się, że będziesz odważny.
— Nie mam zamiaru...
— Ktoś nadjeżdża — oznajmił Harnan. Siedział już w siodle ciemnego gniadosza z białymi przednimi pęcinami, trzymając uzdę prowadzącego w jednej z kolumn jucznych konia. — To Vanin.
Mat wskoczył na grzbiet Oczka, żeby mieć lepszy widok. Dwóch jeźdźców zbliżało się do nich galopem, omijając powalone drzewa. Widział wprawdzie bułanka Chela Vanina, ale i tak rozpoznałby człowieka. Nikt tak gruby i wyglądający w siodle niczym worek łoju nie dałby rady narzucić takiego tempa. Ale tamten utrzymałby się pewnie na rozjuszonej dzikiej świni. A wtedy Mat rozpoznał również drugiego jeźdźca, za którym powiewały poły płaszcza, i poczuł, jakby otrzymał cios w żołądek. Nie byłby zaskoczony, gdyby w tej chwili kości zechciały się zatrzymać, ale nic takiego nie nastąpiło. Cóż, na Światłość, przeklęły Talmanes robi w Altarze?
Niedaleko od Mata obaj jeźdźcy zwolnili do stępa, Vanin ściągnął wodze jeszcze bardziej, dając pierwszeństwo Talmanesowi. Oczywiście powodem nie było zażenowanie wobec pozycji tamtego. Vanin nikogo się nie krępował. Teraz też leniwie wsparł się na łęku siodła i splunął przez szczelinę między zębami. Nie, po prostu wiedział, że Mat nie będzie zadowolony, i trzymał się z dala.
— Vanin objaśnił mi sytuację, Mat — zaczął Talmanes. Niski, żylasty, z wygolonym i napomadowanym czołem, pochodził z naprawdę dobrej cairhieniańskiej szlachty; miałby pełne prawo do licznych barwnych pasów skroś piersi czarnego kaftana, który wszak zdobił tylko małą czerwoną ręką, lewy nadgarstek przewiązał czerwoną chustką. Nigdy się nie śmiał, rzadko uśmiechał, miał po temu powody. — Słyszałem o Naleseanie i tamtych, przykro mi. Nalesean był dobrym człowiekiem. Wszyscy byli.
— Tak, byli — odrzekł Mat, trzymając swój gniew na wodzy. — Przyjmuję, że Egwene nie przyszła do ciebie prosić o zabranie jej od tych głupich Aes Sedai, ale co, na przeklętą Światłość, robisz tutaj? — Cóż, może mimo wszystko nie panował nad sobą tak dobrze, jak mu się wydawało. — Przynajmniej powiedz, że nie zabrałeś ze sobą całego cholernego Legionu trzysta mil w głąb terytorium Altary.
— Egwene wciąż jest Amyrlin — odrzekł tamten spokojnie, wygładzając płaszcz. — Myliłeś się w odniesieniu do niej, Mat. Naprawdę jest Zasiadającą na Tronie Amyrlin, a te wszystkie Aes Sedai trzyma krótko za kark. Choć niewykluczone, że niektóre z nich wciąż o tym nie wiedzą. Ostatni raz widziałem ją, jak wraz z całą swoją zgrają wyruszała na oblężenie Tar Valon. Być może już je zdobyła. Potrafią robić dziury w powietrzu, jak ta, przez którą Smok Odrodzony przeniósł nas w okolice Salidaru. — Przed oczyma Mata zawirowały kolory, na moment skrzepły w postać Randa, który rozmawiał z jakąś kobietą z siwym koczkiem na czubku głowy, bez wątpienia Aes Sedai, ale jego gniew zdmuchnął wizję niczym dym.
Całe to gadanie o Tronie Amyrlin i Tar Valon przyciągnęło, rzecz jasna, uwagę sióstr. Przysunęły się na koniach w pobliże Mata i próbowały zdominować rozmowę. Cóż, Edesina trzymała się nieco z boku jak zawsze, gdy Teslyn i Joline próbowały ją sobie podporządkować, ale one dwie...
— O kim ty mówisz? — zapytała Teslyn, nim Joline zdążyła otworzyć usta. — Egwene? Była taka Przyjęta o imieniu Egwene al’Vere, ale ona jest uciekinierką.
— O tej samej Egwene al’Vere właśnie mówię, Aes Sedai — grzecznie stwierdził Talmanes. Zawsze traktował Aes Sedai z najwyższą uprzejmością. — I nie jest żadną uciekinierką. Jest Zasiadającą na Tronie Amyrlin, ręczę mym słowem.
Z gardła Edesiny wyrwał się odgłos, który, gdyby nie chodziło o Aes Sedai, w pełni zasługiwałby na określenie „pisk”.
— Odłóżmy to na później — mruknął Mat. Joline znów otworzyła usta, wyraźnie zagniewana. — Później, powiedziałem. — Tego z pewnością nie starczyłoby, by powstrzymać smukłą Zieloną siostrę, ale Teslyn położyła jej rękę na ramieniu, szepnęła coś... i tyle. Joline wciąż ciskała gromy oczami, obiecującymi, że później wyciągnie z Talmanesa wszystko, co zechce. — Co z Legionem, Talmanes?
— Och. Nie. Przyprowadziłem tylko trzy chorągwie jeźdźców i cztery tysiące konnych kuszników. Trzy konne chorągwie i pięć pieszych czekają w Murandy gotowe do wyruszenia na północ do Andoru. Trochę brakuje kusz. I jest oczywiście Chorągiew Mularzy. Dobrze jest mieć pod ręką mularzy, na wypadek gdyby pojawiła się konieczność zbudowania mostu czy coś takiego.
Mat na moment z całej siły zacisnął powieki. Sześć chorągwi konnych i pięć pieszych. I chorągiew mularzy! Kiedy opuszczał Salidar, Legion składał się z dwu chorągwi, licząc i pieszych, i konnych. Nagle pożałował, że nie ma, choć połowy tego złota, którym tak szczodrze obdarował Lucę.
— Jak mam zapłacić żołd tym ludziom? — zapytał ostro. — W ciągu roku nie wygram tyle w kości!
— Cóż, jeśli o to chodzi, zawarłem drobną umowę z królem Roedranem. Już została zrealizowana, zresztą rychło w czas... podejrzewam, że nie chciał się z niej wywiązać, później to wyjaśnię... ale w chwili obecnej w kasie Legionu jest ponadroczny żołd. Poza tym, wcześniej czy później, Smok Odrodzony z pewnością nada ci posiadłości, i to niemałe. Słyszałem, że wynosi ludzi do władzy nad całymi krajami, a ty przecież wychowywałeś się razem z nim.
Tym razem Mat nie walczył z wirującymi kolorami, które uformowały się w postać Randa i tamtej Aes Sedai. Nie było już wątpliwości — faktycznie Aes Sedai. Wyglądała nadzwyczaj srogo. Jeżeli Rand będzie chciał nadać mu jakieś tytuły, może się spodziewać, że Mat wepchnie mu je do przeklętego gardła. Mat Cauthon nie przepadał za szlachtą — cóż, niektórzy jak Talmanes byli w porządku; Tuon też, nigdy nie wolno zapominać o Tuon — i z pewnością szlachcicem nie miał zamiaru zostać! Ale powiedział tylko:
— Może, może.
Selucia głośno odkaszlnęła. Obie kobiety już wcześniej podprowadziły swoje konie do boku Mata, a Tuon trzymała się w siodle tak prosto, patrzyła tak chłodno i roztaczała wokół siebie taką królewską atmosferę, iż oczekiwał, że Selucia zaraz zacznie recytować jej tytuły. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Zamiast tego zmieniła tylko pozycję w siodle, spojrzała na niego oczyma niczym płonące błękitne węgle i odkaszlnęła znowu. Tym razem jeszcze głośniej. Ach, tak.
— Tuon — zaczął Mat. — Pozwól sobie przedstawić lorda Talmanesa Delovinde’a z Cairhien. Pochodzi z nadzwyczaj starego i wspaniałego rodu, któremu sam też przysporzył nowych zaszczytów.
Drobna kobietka przechyliła głowę. Może o cal.
— Talmanesie, to Tuon. — Póki będzie go nazywała Zabaweczką, nie doczeka się z jego ust żadnych tytułów. Choć wydawałoby się to pewnie niemożliwe, oczy Selucii rozgorzały jeszcze mocniej.
Talmanes zamrugał zaskoczony, a potem bardzo nisko skłonił się w siodle. Vanin głębiej nasunął kapelusz, prawie zupełnie skrywając twarz. Wciąż nie patrzył Matowi prosto w oczy. A więc tak. Wychodziło na to, że zdążył już wyjaśnić Talmanesowi jej pozycję społeczną.
Mat warknął cicho, pochylił się w siodle, porwał kapelusz z włóczni, potem wyciągnął z ziemi samą ashandarei. Nasadził kapelusz na głowę.
— Jesteśmy gotowi do drogi, Talmanes, Zabierz nas do swoich ludzi, a przekonamy się, czy szczęście unikania Seanchan będzie nam tak samo dopisywać przy wyjeździe z Altary, jak dopisywało ci wcześniej.
— Widzieliśmy wielu Seanchan — powiedział Talmanes, zawracając swego gniadosza i zajmując miejsce obok Oczka. — Choć większość spotykanych przez nas żołnierzy to byli raczej Altaranie. Chyba wszędzie mają swoje obozy. Na szczęście nie widzieliśmy nigdzie latających stworów, o których mi opowiadano. Lecz jest jeden szkopuł, Mat. Zeszła lawina. Straciłem ariergardę i trochę jucznych koni. Przełęcz jest na dobre zablokowana. Wysłałem trzech ludzi przez góry z rozkazami dla Legionu, żeby ruszał do Andoru. Jeden skręcił kark, drugi złamał nogę.