— Siedem? — z niedowierzaniem wykrzyknął Zabaweczka. — To więcej niż potrzeba, ale o czymś takim nigdy nie słyszałem. Nigdy. — Ostatnie słowo wymruczał z namaszczeniem, jakby miało dlań wyjątkowe znaczenie, potem pokręcił głową. — Skąd je zdobyłeś?
— Siedem lub osiem. W Murandy był pewien mechanik, który chciał zawieźć do Caemlyn cały wóz pełen swoich wynalazków. W Caemlyn znajduje się jakaś szkoła, zatrudniająca uczonych i wynalazców. Potrzebował jednak pieniędzy na podróż, więc zgodził się nauczyć zbrojmistrzów Legionu, jak się robi te kołowroty. Daje to zupełnie nową taktykę: przy każdej możliwej sposobności można zalewać przeciwnika strzałami. Zawsze lepiej zabijać z daleka niż w bezpośrednim boju.
Selucia uniosła dłonie tak, by Tuon je widziała, smukłe palce zamigotały szybko. CO TO ZA LEGION, O KTÓRYM MÓWIĄ? Posługiwała się właściwą formą wypowiedzi — gorsza zwracała się do lepszej od siebie, — lecz jej niecierpliwość była prawie namacalna. Niecierpliwość w obliczu wszystkiego, co się działo. Tuon niewiele miała przed nią tajemnic, choć rozsądnie było na razie parę zachować. Przypuszczała, że w razie czego Selucia gotowa jest siłą zawlec ją do Ebou Dar, aby tylko nie złamała słowa. Wiele istniało sekretnych zobowiązań, niektóre wymagały ofiary ostatecznej. A on za nic nie chciałaby znaleźć się w sytuacji, w której musiałaby zarządzić egzekucję Selucii.
Odpowiedziała w formie rozkazu.
WYRAŹNIE PRYWATNA ARMIA ZABAWECZKI.
SŁUCHAJ, MOŻE DOWIEMY SIĘ WIĘCEJ.
Zabaweczka na czele armii — raczej trudno było to sobie wyobrazić. Bywał czarujący, a nawet bystry i zabawny, ale często zmieniał się w bufona i zawsze wychodził z niego łotr. Jako pieszczoszek Tylin wydawał się całkowicie w swoim żywiole, Z drugiej strony, wśród artystów widowiska też czuł się jak u siebie, podobnie w obecności marath’damane i dwu zbiegłych damane, i w mordowni. Mordownia okazała się taka rozczarowująca. Żadnej walki! Późniejsze wydarzenia nie stanowiły dostatecznej rekompensaty. Dać się ogarnąć ulicznej bójce to nie to samo, co zobaczyć walkę w mordowni. Która przyznać trzeba — okazała się znacznie nudniejsza, niż głosiły plotki usłyszane w Ebou Dar. Z drugiej strony, podczas tej ulicznej bójki Zabaweczka ukazał swoje niespodziane oblicze. Niezwykły człowiek, choć obdarzony osobliwą słabością. Kiedy o nim w ten sposób pomyślała, z jakiegoś powodu zrobiło jej się cieplej na sercu.
— Dobra rada — powiedział z roztargnieniem, szarpiąc czarną. chustkę obwiązaną wokół szyi. Nie mogła nie zastanawiać się, jak wygląda blizna, którą z takim uporem skrywał. Fakt, że to robił, był całkowicie zrozumiały. Za co go powieszono i jak uszedł z życiem? Nie mogła zapytać. Jedną rzeczą jest utrzeć mu od czasu do czasu nosa... po prawdzie, to nawet zabawne: oglądać, jak łatwo się wije pod jej słowem, wymagało to tak niewiele wysiłku... ale nie chciała go zniszczyć. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
— Nie poznajesz? — zapytał Talmanes. — To z twojej książki. Król Roedran miał dwa egzemplarze w swojej bibliotece. Zresztą nauczył się jej na pamięć. Myślał, że dzięki temu zostanie wielkim dowódcą. Był tak uradowany skutecznością naszej umowy, że kazał dla mnie skopiować i oprawić książkę.
Zabaweczka obrzucił tamtego zdumionym spojrzeniem.
— Moja książka?
— Ta, o której nam opowiadałeś, Mat. Mgła i stal autorstwa Madoca Comadrina.
— Ach, ta książka. — Zabaweczka wzruszył ramionami. Czytałem ją tak dawno temu.
Tuon zazgrzytała zębami. Jej palce zamigotały.
KIEDY WRESZCIE PRZESTANĄ ROZMAWIAĆ O KSIĄŻKACH I WRÓCĄ DO CIEKAWSZYCH RZECZY?
JEŻELI BĘDZIEMY SŁUCHAĆ, MOŻE DOWIEMY SIĘ WIĘCEJ, odpowiedziała Selucia. Tuon popatrzyła na nią złym okiem, ale na widok spojrzenia pełnego ucieleśnionej niewinności nie potrafiła się gniewać. Zaśmiała się — cicho, żeby Zabaweczka nie zorientował się, jak blisko za nim jadą — po chwili Selucia przyłączyła się do niej. Cichutko.
Kłopot w tym, że Zabaweczka akurat pogrążył się w milczeniu, a Talmanes zdawał się całkowicie usatysfakcjonowany tym stanem rzeczy. Jechali w całkowitej ciszy, zakłócanej tylko odgłosami lasu: śpiewem ptaków, kwileniem biegających po gałęziach wiewiórek z czarnymi ogonkami. Wśród drzew przemykały jaskrawo upierzone ptaki. Raz zobaczyli liczące jakieś pięćdziesiąt sztuk stadko wysokich, chudych krów z bardzo długimi rogami, sterczącymi prosto po obu stronach łbów. Zwierzęta wcześniej usłyszały, że się zbliżają, i zbiły się w ciasną gromadę. Patrzyły. Byk zarzucał łbem i grzebał kopytem w ziemi. Zabaweczka i Talmanes ostrożnie, z daleka okrążyli stado. Tuon jeszcze czas jakiś oglądała się przez ramię. Czerwonoręcy — skąd ta nazwa? Będzie musiała zapytać Zabaweczkę — Czerwonoręcy prowadzili juczne zwierzęta, ale Gorderan trzymał uniesioną kuszę, a pozostali mieli strzały nasadzone na cięciwy łuków. Czyli te krowy były niebezpieczne. Z bydłem związanych było parę omenów, więc poczuła się lepiej, gdy stado zniknęło za nimi wśród drzew. Nie po to przebyła całą tę drogę, żeby zostać zabita przez krowę. Albo przyglądać się, jak Zabaweczkę biorą na rogi.
Po jakimś czasie dołączyli do niej Thom i Aludra, kobieta zerknęła na nią raz, a potem już tylko wpatrywała się przed siebie nieruchomym wzrokiem. Kiedy spoglądała na nią lub Selucię, jej twarz — otoczona cienkimi warkoczykami z wplecionymi w nie jaskrawymi paciorkami — przybierała ten drewniany wyraz, jakże wyraźny u wszystkich, którzy nie potrafili zaakceptować Powrotu. Teraz spojrzała na Zabaweczkę i przez moment wydawała się... zadowolona. Jakby właśnie sprawdziły się jakieś jej domniemania. Dlaczego Zabaweczka zabrał ją ze sobą? Z pewnością nie dla jej fajerwerków. Były wprawdzie śliczne, ale nie mogły się równać ze Światłami Niebios, wykreowanymi przez bodaj na poły wyszkoloną damane.
Thom Merrilin był znacznie bardziej interesujący. Tuon gotowa była się założyć, że siwowłosy jest wyszkolonym i doświadczonym szpiegiem. Kto go wysłał do Ebou Dar? Od razu przychodziła na myśl Biała Wieża. Stosunkowo obojętnie traktował te samozwańcze Aes Sedai, ale dobrze wyszkolony szpieg nigdy by się w ten sposób nie zdradził. Jego obecność niepokoiła ją. Póki ostatnia Aes Sedai nie zostanie wzięta na smycz, Białej Wieży należało się strzec. Mimo wszystkich świadectw, że jest inaczej, wciąż od czasu do czasu nawiedzały podejrzenia, iż Zabaweczka jest częścią intrygi Białej Wieży. Oczywista niemożliwość, chyba że te Aes Sedai były wszechwiedzące — ale jakoś nie mogła się od tej myśli opędzić.
— Dziwny zbieg okoliczności, nieprawdaż, panie Merrilin? — zapytała. — Spotkanie z oddziałem armii Zabaweczki w głuszy altarańskiego lasu?
Podkręcił kciukiem długiego wąsa, ale nie udało mu się zamaskować nieznacznego uśmiechu.
— On jest ta’veren, moja pani, a nie sposób przewidzieć, co może się stać w obecności ta’veren. Podróże w towarzystwie takowego są... zawsze... interesujące. Mat potrafi znaleźć dokładnie to, czego potrzebuje, w chwili, gdy jest mu potrzebne. Czasami nawet wcześniej, niż zda sobie z tego sprawę.
Wbiła w niego wzrok, ale najwyraźniej mówił poważnie.
— Jest przykuty do Wzoru? — Tak powinno brzmieć tłumaczenie tego słowa. — Co to miałoby znaczyć?
Błękitne oczy starego rozszerzyły się ze zdumienia.
— Nie wiesz? A przecież powiada się, że Artur Jastrzębie Skrzydło był najsilniejszym ta’veren, jakiego znał świat, być może równie silnym jak Rand al’Thor. Można by mniemać, że spośród wszystkich ludzi wy właśnie... Cóż, skoro twierdzisz, że nie wiesz, pewnie nie wiesz. Ta’veren to człowiek, wokół którego kształtuje się Wzór, to człowiek, którego Wzór utkał tak, aby dzięki niemu zapewnić sobie właściwy porządek tkania, a być może, aby naprawić wady, jakie wkradły się w procesie tkania. Któraś z Aes Sedai z pewnością potrafiłaby to lepiej objaśnić. — Jakby mogła sobie pozwolić na konwersacje z marath’damane albo, co gorsza, ze zbiegłą damane.