— Dziękuję — odezwała się grzecznie. — Chyba usłyszałam już dość. — Ta’veren. Absurdalne. Ci ludzie i ich niezliczone przesądy! Mały brązowy ptaszek, zapewne zięba, wyfrunął z korony wysokiego dębu i w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara trzykrotnie okrążył Tuon ponad jej głową potem odleciał. Oto wyczekiwany omen. Trzymaj się blisko Zabaweczki. Oczywiście, wcale nie miała zamiaru postępować inaczej. Dała słowo, więc grała w tę grę zgodnie ze wszystkimi regułami, poza tym nigdy w życiu nie złamała danego słowa.
Jakąś godzinę po wyruszeniu w drogę przed nimi zaśpiewał ptak, a Selucia wskazała pierwszego wartownika: mężczyzna siedział z kuszą wśród rozłożystych gałęzi dębu, przyciskając zwiniętą dłoń do ust. A więc to nie ptak. Kolejne ptasie śpiewy towarzyszyły ich pochodowi i wkrótce wjechali do porządnie rozbitego obozu. Namiotów wprawdzie w nim nie było, ale lance stały równo, konie były spętane i uwiązane w rzędach wśród drzew, blisko koców ludzi, którzy później ich dosiądą siodła i juczne siodła tuż obok każdego zwierzęcia. Obóz można było zwinąć właściwie w jednej chwili i zaraz ruszać. Ogniska były niewielkie i dawały mało dymu.
Kiedy jechali przez obóz, na ich widok podnosili się żołnierze w ciemnozielonych napierśnikach, z godłem czerwonej ręki na rękawach kaftanów i czerwonymi szarfami zawiązanymi na lewym ramieniu. Widziała posiwiałe i pobliźnione czerepy, ale też świeże i młode oblicza — wszyscy patrzyli na Zabaweczkę, a w oczach mieli wyraz, który zasługiwał na miano: żar. Niósł się za nimi coraz głośniejszy szmer głosów, niczym wiatr szumiący wśród drzew.
— To lord Mat.
— Lord Mat wrócił.
— Lord Mat nas znalazł.
— Lord Mat.
Tuon wymieniła z Selucią spojrzenia. Poruszenie w głosach nie było udawane. Dowódcom nieczęsto udawało się wzbudzić w żołnierzach tego rodzaju przywiązanie i zazwyczaj dotyczyło to tych, którzy nie przykładali się do egzekwowania dyscypliny. Jeszcze przed chwilą oczekiwała, że armia Zabaweczki będzie obszarpaną bandą spędzającą większość czasu na piciu i grze. Ci ludzie natomiast nie wyglądali gorzej niż dowolny regiment regularnego wojska po pokonaniu górskiego łańcucha i kilkuset mil. Nikt nie chwiał się na nogach.
— Staramy się unikać Seanchan, obozując za dnia i jadąc nocą — Talmanes wyjaśnił Zabaweczce. — Z faktu, że nie widzieliśmy żadnej latającej bestii, nie wynika, iż gdzieś się tu nie kręcą. Większość sił Seanchan stacjonuje chyba dalej na północ i południe, niemniej najbliższy ich obóz znajduje się niecałe trzydzieści mil stąd, a plotka głosi, że mają tam latającego stwora.
— Wyglądasz na dobrze poinformowanego — powiedział Zabaweczka, przyglądając się mijającym go żołnierzom. Nagle zdecydowanie kiwnął głową jakby właśnie podjął decyzję. Wydawał się ponury i może... zrezygnowany?
— Jestem, Mat. Wziąłem ze sobą połowę oddziałów zwiadowczych, zwerbowałem też nieco Altaran, którzy walczyli z Seanchanami. Cóż, większość zainteresowana była głównie kradzieżą ich koni, lecz znalazło się paru, którzy naprawdę chcieli walczyć. Sądzę, że znam położenie większości seanchańskich obozów, stąd aż po Przesmyk Malvide na południu.
Nagle ktoś zaczął śpiewać głębokim głosem, po chwili dołączyli inni i pieśń poniosła się po obozie. Uciecha jest wielka w piwie i winie, jest jej też siła w miłej dziewczynie, a mnie co innego raduje, czyż nie? Ja wolą zatańczyć z Widmowym Jakiem. Teraz śpiewali już wszyscy, tysiące głosów ryczały pieśń.
Będziem kości uparcie rzucać do ranka białego, Dziewczyny podszczypywać, drwiąc sobie z Czarnego, A gdy Mat w drogę ruszy, weźmiem przykład z niego, Żeby zatańczyć z Widmowym Jakiem.
Skończyli, krzyknęli, zaczęli się śmiać i klepać po plecach. Kim, na Światłość, był ten Widmowy Jake?
Zabaweczka ściągnął wodze i uniósł tą swoją dziwną włócznię. Tylko tyle, — ale wśród żołnierzy nagle zapanowała cisza. A więc nie miał kłopotów z dyscypliną. Istniały wprawdzie inne powody autentycznej sympatii, jaką dowódcy cieszyli się wśród żołnierzy, ale najbardziej oczywisty z nich nie mógł się stosować do Zabaweczki... nie do niego przecież.
— Nie informujmy ich, że tu jesteśmy, dopóki nie będziemy chcieli, by wiedzieli — głośno oznajmił Zabaweczka. Nie przemawiał, po prostu chciał, żeby jego słowa dotarły do uszu wszystkich. I ludzie słyszeli, powtarzali je przez ramię stojącym z tyłu, a tamci przekazywali następnym.
— Jesteśmy daleko od domu, ale zaprowadzę was z powrotem. Gotujcie się do wymarszu, i to szybko. Legion Czerwonej Ręki potrafi maszerować tak prędko jak nikt, a my zaraz tego dowiedziemy. — Nie było okrzyków radości, wielu jednak kiwało głowami. Odwrócił się do Talmanesa i zapytał: — Masz mapy?
— Najlepsze, jakie można było znaleźć — odrzekł Talmanes. — Legion ma obecnie własnego kartografa. Zanim się do nas przyłączył, pan Roidelle dysponował już dobrymi mapami terenów od Oceanu Aryth do Grzbietu Świata. Od kiedy pokonaliśmy Damonas, wraz z asystentami sporządzali mapy wszystkich obszarów, jakie przemierzaliśmy. Dysponujemy nawet mapą wschodniej Altary z zaznaczonymi pozycjami Seanchan. Lecz większa część ich obozów ma charakter tymczasowy. Przystanki na trasie marszruty.
Selucia poruszyła się w siodle, a Tuon przekazała jej palcami znak: CIERPLIWOŚCI w postaci nie dopuszczającej sprzeciwu, w istocie był to rozkaz. Na jej twarzy nic się nie odbijało, w środku aż się trzęsła ze złości. Z wiedzy, gdzie znajdują się Żołnierze, można było wywnioskować, dokąd zmierzają. Trzeba będzie jakoś zniszczyć tę mapę. To równie ważne, co te nowe kołowroty do kusz.
— Z panem Roidelle też porozmawiam — powiedział Zabaweczka.
Pojawili się żołnierze, żeby zaopiekować się ich końmi i na moment wokół zapanował niewielki rozgardiasz. Jakiś szczerbaty człowiek wziął wodze Akein, a Tuon dokładnie poinformowała go, jak ma zadbać o klacz. Obrzucił ją ponurym spojrzeniem, ukłonił się. Pospólstwo na tych ziemiach zachowywało się, jakby uważało siebie za równych. Selucia udzieliła tych samych instrukcji chudemu młodzikowi, który wziął Pączek Róży. Wcześniej doszła do wniosku, że to jak najbardziej stosowne imię dla wierzchowca garderobianej. Młodzieniec zagapił się na jej biust, za co dostał w ucho. Mocno. Ale tylko uśmiechnął się i odprowadził bułanka, rozcierając głowę. Tuon westchnęła. Selucia mogła sobie robić, co chciała, gdyby zaś jej przyszło uderzyć pospolitaka, przez miesiące nie mogłaby nikomu spojrzeć w oczy.
Wkrótce już siedziała na składanym stołku, Selucia stała za nią, a krępy Lopin podawał im blaszane kubki z ciemną herbatą, kłaniając się stosownie zarówno przed Selucią, jak i przed Tuon. Nie pochylał się wprawdzie dostatecznie głęboko, ale trzeba było oddać łysolowi, że się starał. Herbata była idealnie doprawiona miodem, idealnie, to znaczy lekko — służył jej już dość długo, by wiedzieć. Wokół trwała gorączkowa aktywność. Talmanes porozmawiał krótko z siwowłosym Nerimem, który najwyraźniej był jego służącym i równie wyraźnie ucieszył się na jego widok. Co należało wnosić z faktu, że skrzepłe w żałobnych zmarszczkach oblicze z wysiłkiem próbowało się ułożyć w uśmiech. Takie rzeczy najlepiej załatwiać na osobności. Leilwin i Domon pozwolili panu Charinowi oprowadzić Olvera po obozie — Juilin i Thera poszli razem z nimi, a po krótkim namyśle dołączyli do nich Thom i Aludra, żeby rozprostować nogi, jak stwierdzili — potem rozmyślnie usiedli nie daleko. Leilwin posunęła się nawet do tego, by patrzeć przez dłuższą chwilę na Tuon, i ani razu nie mrugnęła. Z gardła Selucii wydobył się dziwny głuchy odgłos, coś jakby warczenie, ale Tuon zignorowała prowokację i gestem zaprosiła do siebie panią Anan; ta przyniosła swój stołek i usiadła przy niej. Ostatecznie zdrajcy zostaną ukarani, jako też złodziej, rzeczy wrócą do ich prawowitych właścicieli, marath’damane zostaną wzięte na smycz — jednak wszystko to musi ustąpić miejsca kwestiom bardziej naglącym.