Pojawiło się trzech kolejnych oficerów, wszyscy byli młodzi i szlachetnie urodzeni, każdy miał na ciemnym jedwabnym kaftanie tę czerwoną rękę, a ich spotkanie z Zabaweczką przebiegało wśród głośnych wybuchów śmiechu i poklepywania po plecach, które tutaj najwyraźniej uważano za oznakę sympatii. Wkrótce zorientowała się, kto jest kim. Edorion był smagły, szczupły i poważny, gdy się nie uśmiechał; Reimon — potężnie zbudowany i uśmiechał się właściwie przez cały czas; a Carlomin był wysoki i szczupły. Edorion gładko wygolony, natomiast i Reimon, i Carlomin mieli brody czarne, wystrzyżone i lśniące niczym natarte oliwą. Wszyscy trzej z nadzwyczajnym szacunkiem odnosili się do Aes Sedai, kłaniając się im głęboko. Pokłon złożyli nawet Bethamin i Secie! Tuon pokręciła głową.
— Od dawna ci powtarzam, że to jest inny świat niż ten, do którego przywykłaś — mruknęła pani Anan. — Ale wciąż nie potrafisz w to uwierzyć, nieprawdaż?
— Z faktu, że coś układa się tak, a nie inaczej — zareplikowała Tuon — nie wynika, że tak powinno być, nawet, jeśli trwa to od bardzo dawna.
— Niektórzy mogliby to samo powiedzieć o twoim ludzie, moja pani.
— Niektórzy mogliby. — Tuon postanowiła w tym miejscu zakończyć temat, choć zazwyczaj dobrze jej się rozmawiało z kobietą. Pani Anan sprzeciwiała się braniu na smycz marath’damane, czego można było oczekiwać, choć nie podobało jej się również trzymanie da’covale, co już bardzo dziwiło, niemniej były to dyskusje, a nie kłótnie, i Tuon zdarzyło się ustąpić w paru kwestiach. Wciąż nie traciła nadziei, że ostatecznie tamtą przekona. Choć nie nastąpi to dzisiaj. Dzisiaj wolała się skupić na Zabaweczce.
Pojawił się pan Roidelle, okrągłolicy, siwy mężczyzna Z brzuchem wypinającym ciemny kaftan. Za nim szło sześciu krzepkich młodzieńców; każdy niósł długą cylindryczną skórzaną tuleję.
— Przyniosłem wszystkie mapy Altary, jakie posiadam, mój panie — kłaniając się, poinformował Talmanesa melodyjnym głosem. Czy wszyscy na tych ziemiach musieli mówić, jakby poganiali słowa? — Niektóre obejmują obszar całego kraju, inne tylko po kilkaset mil kwadratowych. Najlepsze wyszły oczywiście spod mojej ręki, zrobiłem je w ciągu ostatnich kilku tygodni.
— Lord Mat powie ci, co chce zobaczyć — odparł Talmanes. — Mamy zostawić cię samego, Mat?
Ale Zabaweczką już mówił kartografowi, na czym mu zależy — mianowicie na mapie z obozami Seanchan. Wkrótce została wydobyta z tulei i rozłożona na ziemi, Zabaweczką przykucnął nad nią. Pan Roidelle posłał któregoś asystenta po stołek. Gdyby chciał pójść za przykładem Zabaweczki, nie wytrzymałyby guziki jego kaftana, nie mówiąc już o tym, że pewnie by się przewrócił.
Talmanes i pozostali szli w kierunku Tuon, po drodze patrzyli na siebie i śmiali się, jakby ich ironiczne uwagi były najśmieszniejsze w świecie. Aes Sedai stanęły nad mapą, póki Zabaweczką nie zakazał im zaglądać sobie przez ramię. Odsunęły się trochę, Bethamin i Seta wciąż się trzymały za nimi z dala i o czymś szeptały, od czasu do czasu zerkając na niego. Gdyby Zabaweczka zechciał się przyjrzeć ich oczom, zwłaszcza Joline, mógłby się przejąć mimo niewiarygodnego ter’angreala który wedle słów pani Anan stale nosił przy sobie.
— Jesteśmy gdzieś tutaj, prawda? — powiedział, dotykając palcem mapy. Pan Roidelle mruknął twierdząco.
— A więc to w tym obozie rzekomo ma się znajdować raken? Latający stwór?
Kolejne mruknięcie.
— Dobrze. Co to za obóz? Ilu jest w nim żołnierzy?
— Wedle raportów jest to obóz zaopatrzeniowy, mój panie, Zaopatruje patrole. — Któryś z młodzieńców pojawił się ze składanym stołkiem, potężnie zbudowany mężczyzna osunął się nań z sapnięciem. — Zwiadowcy donieśli, że zapewne jest w nim około setki żołnierzy, głównie Altaran, ale z innych źródeł wnoszę, że od czasu do czasu może być ich tam pięciuset i więcej. — Ostrożny człowiek, ten pan Roidelle. Talmanes ukłonił się przed Tuon w dziwny sposób, to znaczy wysuwając naprzód jedną nogę, pozostali poszli za jego przykładem.
— Moja pani — powiedział Talmanes — Vanin poinformował mnie o twojej sytuacji i obietnicach, jakie złożył ci lord Mat. Chciałem cię tylko upewnić, że dotrzymuje słowa.
— Zaiste, dotrzymuje, moja pani — mruknął Edorion. — Zawsze. Tuon dała mu gestem znak, żeby się odsunął i umożliwił jej dalszą obserwację Zabaweczki, co uczynił, zerkając zaskoczony najpierw na Zabaweczkę, potem na nią. Popatrzyła na niego surowo. Absolutnie nie chciała, żeby sobie zaczęli coś wyobrażać. Nie wszystko jeszcze potoczyło się w pożądany sposób. Wciąż istniała możliwość, że się nie uda.
— On w końcu jest lordem czy nie? — zapytała.
— Proszę mi wybaczyć — rzekł Talmanes. — Ale czy zechciałabyś powtórzyć? Przepraszam. Chyba muszę mieć brudne uszy.
Powtórzyła, więc pytanie, tym razem wyraźniej, ale mimo to dobrą chwilę zabrało im zrozumienie.
— Żeby sczezła ma dusza, nie — na koniec oznajmił ze śmiechem Reimon. Pogładził brodę. — Tylko w naszych oczach. Dla nas jest w wystarczającym stopniu lordem.
— On raczej nie przepada za szlachtą — powiedział Carlomin. — Za zaszczyt poczytuję sobie, że jestem wśród tych, których ceni.
— Zaszczyt, zaiste — zgodził się Reimon. Edorion tylko kiwał głową.
— Żołnierze, panie Roidelle — zdecydowanie stwierdził Zabaweczka. — Pokaż mi, gdzie stacjonują żołnierze. W oddziałach większych niż kilkusetosobowe.
— O co mu chodzi? — zapytała Tuon, marszcząc brwi. — Nie wyobraża sobie chyba, że wymknie się z taką armią z Altary, choćby nawet znał pozycję każdego wrogiego żołnierza. Zawsze są lotne patrole, obserwatorzy na rakenach. — Znowu chwilę im zabrało, zanim odrzekli. Być może należało mówić bardzo szybko.
— Nie widzieliśmy żadnych patroli na przestrzeni ostatnich trzystu mil, żadnych... rakenów... żadnych rakenów również — cicho wyjaśnił Edorion. Przyglądał jej się uważnie. Już za późno, żeby powściągnąć jego imaginację.
Reimon znów się roześmiał.
— Na ile znam Mata, układa strategię bitwy. Legion Czerwonej Ręki znów rusza do boju. Jeśli chcecie znać moje zdanie, zbyt długo siedzieliśmy bezczynnie.
Selucia parsknęła, podobnie jak pani Anan. Tuon musiała się z nimi zgodzić.
— Żadna bitwa nie otworzy wam drogi z Altary — rzekła ostro.
— W takim razie — stwierdził Talmanes — zapewne układa plany całej wojny. — Pozostali kiwnęli głowami, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod Światłością. Reimon nawet się roześmiał. Jemu chyba wszystko wydawało się zabawne.
— Trzy tysiące? — zapytał Zabaweczka. — Jesteś pewien? W przybliżeniu, człowieku. Wystarczy rozsądne przybliżenie. Vanin ich znajdzie, jeśli nie oddalili się za bardzo.