Выбрать главу

Tuon popatrzyła na niego, jak kuca nad mapą, wodzi po niej palcem — i nagle ujrzała go w całkiem nowym świetle. Bufon? Bynajmniej. Widok lwa uwięzionego w końskim boksie może przywodzić na myśl osobliwy żart, ale lew na wysokim plateau to coś całkiem innego. A teraz Zabaweczka poruszał się po wyżynach. Przeszył ją dreszcz. Z jakim człowiekiem związała swój los? I zrozumiała, że mimo wszystkich dni razem spędzonych nic o nim nie wie.

Noc była na tyle chłodna, że choć Perrin miał obszyty futrem płaszcz, lekki dreszcz przejmował go za każdym razem gdy zrywał się wiatr. Halo wokół tłustego półksiężyca zwiastowało rychły deszcz. Gęste chmury gnające po niebie sprawiały, że blada poświata gasła i znowu rozbłyskiwała, gasła i rozbłyskiwała, dla jego oczu wszakże światła było zawsze dość. Siedział na Stepperze tuż przed krawędzią lasu i obserwował stojące blisko siebie cztery wiatraki z szarego kamienia na niezarośniętym szczycie wzgórza — ich jasne skrzydła na przemian rozbłyskiwały i ciemniały wraz z każdym obrotem. Maszyneria jęczała głośno. Wydawało się wątpliwe, by Shaido wiedzieli, że powinni regularnie natłuszczać werki. Kamienny akwedukt był cieniem na wysokich kamiennych łukach, sięgającym ponad opuszczonymi farmami i ogrodzonymi polami na wschód — Shaido wprawdzie zasiali, ale zbyt wcześnie, jak się okazało przy takich opadach — aż ku kolejnemu wzgórzu i znajdującemu się za nim jezioru. Malden leżało za jeszcze następnym wzgórzem. Za kilka godzin na skórzanym rzemieniu w kieszeni pojawi się pięćdziesiąty czwarty węzeł.

Wybiegł myślami daleko poza siebie.

„Jesteś gotów, Śnieżny Świcie?” — pomyślał. „Jesteście już, dość blisko?”. Wilki unikały miast, a ponieważ okoliczne lasy za dnia nawiedzały liczne grupy myśliwych Shaido, trzymały się od Malden jeszcze dalej, niż czyniłyby to w zwykłych okolicznościach.

„Cierpliwości, Młody Byku” — nadeszła zabarwiona irytacją odpowiedź. Ale przecież Śnieżny Świt był z natury drażliwy, jak przystało na pobliźnionego starego samca, który kiedyś w pojedynkę zabił panterę. Te stare rany często dawały mu się we znaki, nie pozwalając porządnie się wyspać. „Powiedziałeś, dwa dni od teraz. Będziemy. Teraz pozwól mi się wyspać. Jutro musimy porządnie zapolować, bo pojutrze polować już nie będziemy mogli”. Odpowiedź oczywiście nadeszła w obrazach i woniach, nie w słowach. „Dwa dni” to było słońce dwukrotnie pokonujące nieboskłon; „polowanie” to stado biegnące z nosami pod wiatr i zapach jelenia. Umysł Perrina przetwarzał obrazy w słowa, jeszcze zanim ukazały się w jego głowie.

Cierpliwość. Tak. Pośpiech jest wrogiem pracy. Ale teraz było najtrudniej, teraz, gdy był już tak blisko. Strasznie trudno.

W ciemnej przestrzeni drzwi najbliższego wiatraka pojawiła się czyjaś sylwetka, pomachała nad głową aielową włócznią. Hałas wydawany przez maszynerię gwarantował właściwie, że w wiatrakach wciąż nikogo nie ma — jak nie było wcześniej, gdy dotarł do nich zwiad Panien; nikt chyba nie znosiłby tych potwornych odgłosów dłużej niż to konieczne — ale wysłał jeszcze raz Gaula i kilka Panien, żeby się upewnić.

— Jedźmy, Mishima — powiedział, zbierając wodze. — Dokonało się. — W taki czy inny sposób.

— Jak ty w ogóle cokolwiek widzisz? — mruknął Seanchanin. Unikał patrzenia na Perrina, wiedząc, że złote oczy świecą w ciemnościach. Pobliźniony weteran, kiedy pierwszy raz je zobaczył, drgnął ze strachu. Dzisiejszej nocy też nie pachniał swobodą i rozbawieniem. W jego woni było napięcie. Niemniej cichy głos brzmiał spokojnie: — Dawać naprzód bryczki. Szybko. Szybciej. I zachować ciszę, albo poobcinam uszy!

Perrin wbił obcasy w boki bułanka i nie czekając na pozostałych ani na sześć bryczek na wysokich kołach, pchnął ogiera naprzód. Porządnie natłuszczone osie skrzypiały cichutko. I tylko w jego uszach wszystkie dźwięki odzywały się głośno: kopyta koni rozchlapujące błoto, same bryczki, skrzypiące rozciąganym i ocierającym się o siebie drewnem, wątpił wszak, by ktokolwiek inny mógł je usłyszeć z odległości pięćdziesięciu kroków, może nawet mniejszej. Na szczycie łagodnego stoku zsiadł ze Steppera i puścił swobodnie wodze. Ponieważ ogier był wyszkolonym rumakiem bojowym, póki wodze zwisają, będzie tkwił w miejscu jak przymurowany. Skrzydła wiatraków skrzypiały, ustawiając się wolno pod wiatr. Były tak długie, że w najniższym punkcie toru Perrin mógłby któregoś dotknąć, wystarczyło podskoczyć. Popatrzył w kierunku wzgórza, za którym kryło się Malden. Nie rosło tam nic wyższego od krzaków. Nic nie poruszało się w ciemnościach. Tylko to wzgórze dzieliło go od Faile. Panny dołączyły do Gaula na zewnątrz, wszystkie wciąż były zamaskowane.

— Nie ma nikogo — powiedział Gaul, nie starając się ściszać głosu. Tutaj rzężenie maszynerii wiatraków skutecznie zagłuszyłoby ciche słowa.

— Powłoka kurzu wygląda tak samo jak wówczas, gdy byłam tu ostatni raz — dodała Sulin.

Perrin podrapał się po brodzie. I bardzo dobrze. Gdyby musieli pozabijać jakichś Shaido, ciała można by usunąć, ale z pewnością ktoś zainteresowałby się losem zabitych, co może ściągnęłoby niepotrzebną uwagę na wiatraki i akwedukt, A w efekcie ktoś mógłby się zacząć zastanawiać nad wodą.

— Pomóż mi zdjąć te pokrywy, Gaul. — Wcale nie musiał tego robić. W ten sposób zaoszczędzą tylko parę minut, niemniej czuł potrzebę zrobienia czegoś. Gaul bez słowa wsunął włócznię za futerał z łukiem na plecach, gdzie tkwiły pozostałe.

Akwedukt biegł poziomo nad ziemią po szczycie wzgórza między czterema wiatrakami. Perrinowi sięgał do ramienia, Gaulowi nawet nie, ponieważ Aiel był znacznie wyższy. Uchwyty z brązu po obu stronach pozwalały podnieść ciężkie kamienne płyty szerokie na dwie stopy i długie na pięć. Szybko odsłonili sześciostopowy otwór. Po co to było potrzebne budowniczym akweduktu, nie wiedział. Po drugiej stronie było identycznie. Może do obsługi zaworów zapewniających, że woda płynęła tylko w jedną stronę, albo na wypadek konieczności naprawy jakiegoś przecieku. Widział drobne zmarszczki wody płynącej ku Malden, kamienny kanał był do połowy pełny.

Mishima dołączył do nich, zsiadł z konia, potem przez chwile stał bez ruchu i mierzył wzrokiem Sulin oraz pozostałe Panny. Pewnie mu się wydawało, że ciemności skryją wyraz jego twarzy. Teraz pachniał czujnością. Wkrótce jego śladem przyszedł pierwszy z seanchańskich żołnierzy w czerwonym kaftanie, potem pojawili się następni identycznie odziani — gramolili się po gliniastym stoku, każdy niósł po dwa średniej wielkości jutowe worki. Średniej wielkości, ale bynajmniej nie ciężkie. Ważyły tylko po dziesięć funtów. Przyglądając się podejrzliwie Aielom, jakaś żylasta kobieta postawiła swoje worki na ziemi, sztyletem rozcięła materię jednego. Garść drobnych ciemnych ziaren posypała się na grunt.

— Rób to nad otworem — powiedział Perrin. — Żeby każde ziarno trafiło do wody.

Żylasta kobieta spojrzała na Mishimę, który zdecydowanie rzekł:

— Rób, co rozkaże lord Perrin, Arrata.

Perrin przyglądał się, jak opróżniała zawartość worka do wnętrza akweduktu, wysoko unosząc ręce ponad głowę. Ciemne ziarna popłynęły ku Malden. Wcześniej wrzucił szczyptę do kubka z wodą — nienawidząc siebie za marnowanie nawet takiej drobiny — i przekonał się, że czas jakiś zabierze im, nim napęcznieją i zatoną. Miał nadzieję, że dostatecznie długo, by |dotarły do wielkiej cysterny w mieście. Jeśli nie, zmacerują się w samej przestrzeni akweduktu. Tak czy siak, cysterna będzie dawać roztwór widłokorzenia. Światłości, spraw, oby był dostatecznie mocny. Przy odrobinie szczęścia będzie nawet na tyle mocny, by podziałać na algai’d’siswai. Jego celem były potrafiące przenosić Mądre, niemniej przyda się każda przewaga. Światłości, spraw, by roztwór za szybko nie zrobił się zbyt silny. Jeśli Mądre zaczną się słaniać na nogach, mogą się zorientować w przyczynach swego stanu, zanim Perrin będzie gotów. Nie było jednak innego wyjścia, niż postępować tak, jakby dokładnie wiedział, co się stanie. I modlić się.