Выбрать главу

Zanim drugi worek kobiety trafił do kamiennego kanału, na stoku zrobiło się tłoczno. Pierwsza pojawiła się Seonid, niska kobieta, zadzierająca ciemne suknie do jazdy konnej, żeby je uchronić przed zabrudzeniem. Mishima zaraz przestał patrzeń na Panny, spojrzał w jej stronę i wykonał jeden z tych drobnych gestów, mających strzec od złego. Dziwne, że ci ludzie wierzą, iż to działa. Żołnierze stali w rzędzie ze swoimi workami, gapili się na nią, nierzadko szeroko rozwartymi oczami, i przestępowali z nogi na nogę. Seanchanom nie przychodziło łatwo współdziałanie z Aes Sedai. Strażnicy Seonid, Furen i Teryl, szli tuż za nią, wspierając dłonie na rękojeściach mieczy. Najwyraźniej o Seanchanach myśleli mniej więcej to, co ci na ich temat. Furen miał smagłą cerę i czarne loki przyprószone siwizną, Teryl był bladej kompleksji i znacznie młodszy, twarz zdobiły mu sumiaste wąsy — a mimo wszystko wydawali się podobni do siebie jak dwa ziarna fasoli: wysocy, smukli, twardzi. Krótko po nich pojawił się Rovair Kirklin, mocno zbudowany, lekko łysiejący, z ponurą miną na obliczu. Nie lubił tracić z oczu Masuri. Wszyscy trzej mieli niewielkie zawiniątka z prowiantem przytroczone do pleców, z ramion zwisały zacne worki na wodę. Jakiś chudzielec właśnie stawiał swoje worki z widłokorzeniem na krawędzi otworu, a żylasta kobieta szła już w dół stoku po następne. Na bryczkach były tego całe stosy.

— Pamiętaj — Perrin napominał Seonid — z największym niebezpieczeństwem związana jest droga od cysterny do fortecy. Powinnaś iść chodnikiem straży po murach, w mieście nawet o tej godzinie mogą przebywać Shaido.

Galina nie do końca była pewna, jak to z tym jest. W oddali głucho zahuczał grzmot, potem następny.

— Może spadnie deszcz i cię osłoni.

— Dzięki — odrzekła lodowato. Jej skryta w cieniach księżycowej poświaty twarz była uosobieniem pogody ducha Aes Sedai, ale poczuł woń urazy. — Gdybyś mi nie powiedział, nigdy bym na to nie wpadła. — W następnej chwili jej przeszło, położyła dłoń na jego ramieniu. — Wiem, jak się o nią martwisz. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. — W tonie jej głosu trudno było się doszukać sympatii, jak zawsze zresztą, ale nie był już lodowaty, może nawet zabarwiała go odrobina współczucia.

Teryl wziął ją na ręce i podsadził na krawędź akweduktu — Seanchanie rytmicznie sypali widłokorzeń w czeluść; wysoki mężczyzna, prawie równie mocno pobliźniony, co Mishima, o mało nie upuścił swego worka — ona zaś skrzywiła się lekko, opuściła nogi i weszła do wody. Zaraz zaczerpnęła gwałtownie powietrza, woda musiała być zimna. Schyliła głowę, żeby uniknąć wzroku ewentualnych obserwatorów z Malden. Furen wspiął się zaraz za nią, po nim Teryl, wreszcie Rovair. Ci musieli się zginać wpół, by zmieścić się pod stropem akweduktu.

Następny był Elyas. Zanim się podciągnął, poklepał Perrina po plecach.

— Trzeba mi było przystrzyc brodę, twoja jest znacznie bardziej praktyczna do takich przedsięwzięć — rzekł, zerkając w dół na płynącą wodę. Jego stargana przez wiatr siwa broda sięgała piersi. A jeśli już o tym mowa, związane na karku skórzanym rzemieniem siwe włosy spływały aż do pasa. Też miał małe zawiniątko z jedzeniem i worek z wodą. — Z drugiej strony, zimna kąpiel od czasu do czasu ułatwia mężczyźnie trzymanie się z dala od kłopotów.

— Sądziłem, że ułatwia trzymanie się z dala od kobiet — zareplikował Perrin. Nie był wprawdzie w nastroju do żartów, ale nie uważał też, by każdy musiał być ponury.

Elyas roześmiał się.

— A niby skąd biorą się męskie kłopoty? — Zniknął w wodzie, na jego miejscu pojawił się Tallanvor.

Perrin schwycił go za rękaw ciemnego kaftana.

— Pamiętaj, żadnej brawury. — Do ostatniej chwili nie potrafił się zdecydować, czy pozwolić mu na udział w ekspedycji.

— Żadnej brawury, mój panie — potulnie zgodził się Tallanvor. Po raz pierwszy od bardzo dawna wyglądał, jakby mu wreszcie na czymś zależało. A jego woń aż drżała z ochoty. Choć można w niej było znaleźć również nutę ostrożności. I wyłącznie z przyczyny owej ostrożności nie znajdował się teraz w obozie. — Nie ośmielę się narażać Maighdin. Ani lady Faile. Po prostu śpieszy mi się do widoku Maighdin.

Perrin pokiwał głową i pozwolił tamtemu pójść. To rozumiał. Jakaś jego część też chciała się wspiąć do wnętrza akweduktu. Żeby szybciej zobaczyć Faile. Ale wszystkie fragmenty dzieła musiały być wykonane właściwie, a jego czekały inne zadania. Poza tym, wątpił, że gdyby już faktycznie znalazł się w Malden, potrafiłby się powstrzymać przed wszczęciem natychmiastowych poszukiwań Faile. Oczywiście nie czuł własnego zapachu, z pewnością jednak nie było w nim śladu ostrożności. Wiatr zmienił kierunek i kopuły wiatraków obróciły się z głośnym zgrzytem. Wiatr nigdy chyba tu nie cichł. Każda przerwa w dostawie wody mogła się skończyć katastrofą.

Na grzbiecie wzgórza robiło się coraz tłoczniej. Dwadzieścioro akolitów Faile czekało na swą kolej przy akwedukcie, czyli wszyscy, prócz dwójki szpiegującej Masemę. Kobiety miały na sobie męskie kaftany i spodnie, a włosy przycięte krótko, prócz kosmyka z tyłu, który miał być imitacją aielowego — o tym, że żaden Aiel nigdy nie wziąłby do ręki miecza, jakoś nie pamiętali. Kilku Tairenian zgoliło brody, ponieważ Aielowie ich nie nosili. Za nimi czekało pięćdziesięciu ludzi z Dwóch Rzek: halabardy, nienaciągnięte łuki, cięciwy bezpiecznie pochowane za pazuchą, na plecach obok porcji prowiantu po trzy najeżone strzałami kołczany. Do tego zadania zgłosili się na ochotnika wszyscy w obozie, Perrin kazał im ciągnąć losy. Zastanawiał się też nad podwojeniem czy nawet potrojeniem stanu oddziału. I akolici, i ludzie z Dwóch Rzek mieli zawiniątka z jedzeniem i worki z wodą. Równy strumień seanchańskich żołnierzy wciąż płynął obok, pełne worki szły w górę, puste w dół. Byli nadzwyczajnie wręcz zdyscyplinowani. Kiedy, co się w miarę regularnie zdarzało, któryś poślizgnął .się w błocie, nie było żadnych przekleństw, nawet szmerów. Po prostu wstawali i szli dalej.

Selande Darengil w czarnym kaftanie z sześcioma pionowymi kolorowymi pasami na piersiach zatrzymała się, by uścisnąć dłoń Perrina. Sięgała mu zaledwie do piersi, ale Elyas twierdził, że umie się posługiwać mieczem, który miała przy pasie. Perrin nie uważał już jej i pozostałych za skończonych głupców, cóż, przynajmniej nie przez cały czas, — bo nad staraniami naśladowania Aielów nie potrafił przejść do porządku. I pewnie nad swobodną interpretacją ich obyczajów — na przykład tym, że kosmyk czarnych włosów na karku Sellande był związany długą, ciemną wstążką. W jej woni nie było strachu, tylko determinacja.

— Dziękuję ci, że pozwoliłeś mi wejść w skład tej ekspedycji, mój panie — powiedziała wyrazistym cairhieniańskim akcentem. — Nie zawiedziemy cię. Ani lady Faile.

— Wiem o tym — odrzekł, potrząsając jej dłonią. Były chwile, gdy upierała się, że nie służy jemu, a wyłącznie Faile. Po kolei ściskał dłoń każdemu, w miarę jak wchodzili do akweduktu. Wszyscy pachnieli determinacją. Podobnie jak Ban al’Seen, który dowodził oddziałem ludzi z Dwóch Rzek, udającym się do Malden.

— Kiedy pojawi się Faile z tamtymi, zawrzyj na głucho zewnętrzne drzwi, Ban. — Perrin już wcześniej mu o tym mówił, ale nie do końca panował nad sobą i wciąż się powtarzał. — A potem spróbuj ulokować ich z powrotem w akwedukcie. — Za pierwszym razem forteca nie obroniła się przed Shaido, więc raczej nie można było liczyć, iż w przypadku jakichś kłopotów za drugim razem stanie się inaczej. Nie chciał renegocjować umowy z Seanchanami. Shaido mieli zapłacić za to, co zrobili Faile, a poza tym lepiej, żeby już nie pustoszyli okolicy... ale chciał jak najszybciej zadbać o jej bezpieczeństwo.